No to wróciliśmy! Warszawa powitała nas mroźnym powietrzem, ale na szczęście.. słońcem! 🙂 Podróż niestety nie była tak łatwa jak się spodziewaliśmy, bo Maks wbrew naszym planom odmówił snu. W związku z tym jego plan dnia się pomieszał i dziś obudził się około 3.00. O 7.30 mieć za sobą już całkiem sporą część dnia to dobry wynik! 🙂

Czas na małe podsumowanie ostatniego miesiąca. Co zrobiliśmy dobrze, a co źle? Gdzie podobało nam się najbardziej i polecamy najmocniej, gdzie podobało się trochę mniej i na co warto uważać? Co zachwyciło, a co rozczarowało?

Nasza podróż zaliczyła wiele zwrotów akcji i miała inny kształt niż początkowo zakładaliśmy, ale ta spontaniczność i zmiany tylko nadały jej uroku. Nie odwiedziliśmy Laosu, za to znów wróciliśmy do Tajlandii i jak bumerang w ostatnim miesiącu 3 razy lądowaliśmy w Bangkoku! I dobrze, bo zapałaliśmy do niego znacznie większą miłością niż rok temu i na pewno będziemy wracać. Gdy na koniec urlopu, mieliśmy znów wrócić tam na 2 dni, oboje bardzo nas to ucieszyło. Nie mówiąc o Maksie, który ubóstwa tuk tuki i ma swoją ulubioną restaurację w Chinatown (a dodatkowo przez miesiąc wspominał dziewczynkę, z którą się tam bawił – first love?:))  Udało nam się spędzić cudowny miesiąc, bez większych problemów, bez kłopotów zdrowotnych, bez chorób, ugryzień komarów i innych niemiłych przeżyć, których się najbardziej obawiałam i którymi nas w dobrej czy w złej wierze straszono.

Co zrobiliśmy dobrze?

– cieszę się, że nie ulegliśmy opiniom z punktu szczepień na Żelaznej i nie faszerowaliśmy się lekami profilaktycznymi na malarię… uff, uff, uff. W listopadzie ani w Bangkoku, ani w Kambodży czy w Wietnamie nie spotkaliśmy zbyt wielu komarów, a spokój ducha zapewniały nam preparaty na skórę, zamiast rewolucji w organizmie, jaką funduje chociażby Malarone

– cieszę się, że wzięliśmy podstawowe leki, które pozwoliły uniknąć wizyty u lekarza oraz nerwowych poszukiwań apteki, gdy Maks dostał biegunki, pozwoliły go również z tej biegunki wyprowadzić

– cieszę się, że zabraliśmy dla Maksa namiot Deryan – dał nam dużo wygody w hotelach, gdzie łóżeczka dla dzieci nie były dostępne, a zatem pozwolił też nieco obniżyć koszty – zwłaszcza podczas tygodniowego pobytu w Siem Reap

Co zrobiliśmy źle?

– nasza największa porażka podczas tej podróży to pomylone daty lotów na trasie Ho Chi Minh-Bangkok-Phuket. Porażka, która na szczęście szybko została rozwiązana, ale nadal pozostawiła lukę na koncie w postaci pieniędzy na te bilety wydanych, oby udało się ją chociaż częściowo odzyskać!

– za późno wzięliśmy się za temat wizy do Wietnamu i z tego względu przydzielono nam wizę na 14 dni, z kategorią D, bez możliwości przedłużenia. Chociaż dzięki temu wróciliśmy na wypoczynek do Tajlandii, co mnie zawsze cieszy, to byliśmy zmuszeni kupić kolejne loty, zamiast zostać na terenie Wietnamu i gdzieś tam zaplanować kilka dni rajskiego lenistwa…

– gdy Maks się pochorował, żałowałam, że wzięłam ze sobą mały zapas profilaktycznego Enterolu, bo w Warszawie uznałam, że nic mu nie będzie. Teraz wzięłabym większy, nawet jeśli finalnie nie był potrzebny. Ale większa ilość na pewno zapewniłaby większy spokój ducha 🙂

rej, Phnom Penh, Siem Reap, Kambodża

jeden z najpiękniejszych momentów w podróży: rejs Phnom Penh – Siem Reap, Kambodża

Co nam się najbardziej podobało, czyli hity naszej podróży:

rejs z Phnom Penh do Siem Reap – to niewątpliwie jeden z naszych ulubionych momentów podczas całej podróży. Nastroje wówczas trochę średnie, bo kilka dni w Phnom Penh minęło pod hasłem bólu brzuchu i biegunki Maksa. Trochę obaw co dalej, trochę obaw, czy nie dopadnie go na statku, zwłaszcza, że toaleta była tak głośna, że Maks bał się do niej zajrzeć…. Wszystkie obawy minęły, choroba również, a nastrój poprawiały niesamowite, bajeczne widoki, których nie brakuje na jeziorze Tonle Sap. Ten rejs to chyba jeden z pierwszych momentów, kiedy poczuliśmy: Kambodża, wow, jest super!

małe wioski, egzotyczne, zupełnie odmienne niż nasze codzienne życie –  uwielbiamy lokalność, małe wioski, ukryte przed światem, wszędzie ich szukamy. Dlatego podczas podróży miejsca, które nas zachwyciły to na pewno pływające wioski na jeziorze Tonle Sap w Kambodży (na czele z Kampong Phluk) oraz górskie tereny zamieszkane przez plemiona Hmong, Dao i Tay w okolicach Sa Pa w Wietnamie – te punkty to wycieczkowy „must”, koniecznie tam zajrzyjcie, jeśli tylko nadarzy się Wam okazja!

przejażdżki tuk tukami – zakochaliśmy się w tuk tukach! w zeszłym roku w Bangkoku musieliśmy poruszać się piechotą lub taksówkami, bo mały Maks bał się głośnych tuk tuków i wiatru urywającego głowę. Tym razem to głównie Maks namawiał: „Chcę do tuk tuka, chcę do tuk tuka!”. Jeździliśmy po Bangkoku, gdzie zwłaszcza nocą ma to nieodparty urok. Jeździliśmy po Phnom Penh i Siem Reap. Moment, gdy ruszamy spod naszego hotelu na obrzeżach Siem Reap tuk tukiem i włączamy się do ulicznego chaosu nieodmiennie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Siem Reap. Taki zwykły, codzienny, niby tylko dojazd, a będzie to jedna z chwil, którą najmilej wspominam: radość, podekscytowanie, ciekawość, co dzisiaj zobaczymy, co nowego poznamy…

Kambodża – generalnie. Miejsce, którego chyba najbardziej się obawialiśmy, okazało się miejscem, do którego będziemy wracać i które wszystkim polecamy. Spokojna, bardziej autentyczna niż Tajlandia, mniej turystów, niskie ceny, masa pięknych miejsc do zobaczenia i … masa kulinarnych przeżyć, których wcale się tam nie spodziewaliśmy! Mega restauracje z niskimi jak na ich poziom cenami. Raj. Raj, do którego na pewno musimy wrócić!

Thai Cooking Class – lekcja gotowania po tajsku – zupa tom yum kung, kurczak w zielonym curry, warzywa w sosie ostrygowym, banany w mleku kokosowym. Fajne przeżycie, które każdemu polecam i pyszny obiad! 🙂 A przepisy przywiezione, zdjęcia i filmy zrobione, więc jak tylko czas pozwoli, podzielimy się nimi z Wami! 🙂

Sa Pa, Wietnam, wioski

spacer po wioskach w okolicach Sa Pa

Co nas rozczarowało?

wietnamskie miasta –  Wietnam nie okazał nam wiele życzliwości podczas tej podróży: niemili urzędnicy, problemy z wizą, problemy w agencjach turystycznych, które jedno obiecują, a inaczej się dzieje… nie zachwyciły nas również miasta, które odwiedziliśmy, czyli Hanoi i Ho Chi Minh. Spodziewaliśmy się więcej: więcej egzotyki, inności, Azji, a tak naprawdę zobaczyliśmy 2 miasta, w których czuliśmy się całkiem podobnie jak u nas.. Jedno mniejsze, bardziej prowincjonalne, drugie światowe, bogatsze, z wielkimi hotelami i chyba całkiem sporą ilością zamożnych ludzi. Liczyliśmy w Ho Chi Minh na zachwyt tamtejszym Chinatown, ale jeśli byliście w Chinatown w Bangkoku, Ho Chi Minh się nawet nie umywa. Bardzo podobała nam się natomiast Sa Pa i okolice, więc liczymy, że w Wietnamie jest jeszcze sporo miejsc do odkrycia i nie przekreślamy go po mało „wow” wrażeniach z Hanoi i Ho Chi Minh

Co nas pozytywnie zaskoczyło?

– na pewno dostęp do Internetu! W każdym hotelu, w każdej restauracji – szczególnie w Kambodży. I oczywiście Kambodża całościowo, ale o tym już pisałam 🙂

Mie Cafe, Siem Reap

jeden z popisów szefa kuchni Mie Cafe – jajko w koszulce oraz tatar z ryby z Tonle Sap

Niebo w gębie przeżywaliśmy w:

AHA Restaurant w Siem Reap

– Mie Cafe w Siem Reap

– w wietnamskiej Magnolii .. w …o dziwo! Phnom Penh

–  w  Madame Hien w Hanoi

– oraz w chińskiej restauracji w hotelu Intercontinenal Asiana Saigon oferujące all you can eat z pysznymi pierożkami dim sum za jakieś 40-50 zł za osobę – na pewno jeszcze o niej napiszemy, bo dim sumy kocham miłością dozgonną już od jakiegoś czasu 🙂

Widok, który rzucił nas na kolana:

– ten, który zobaczyliśmy z naszego tarasu na Phuket po dłuuuugiej i stresującej podróży z Ho Chi Minh. Nagroda, zasłużona!

Phuket, Vijitt Resort

bajka

Po tych wszystkich smakołykach i pięknych widokach, czas wrócić do rzeczywistości. Jesteśmy. Wpadamy w wir pracy, powrotu do bliskich, Maksa powrotu do żłobka i oby.. powrotu do polskich godzin życia, bo wstawanie o 3 czy 4 rano nie należy do moich ulubionych! Nadrabiamy zaległości, tym prędzej, że w niedzielę znikamy z Warszawy na kilka dni i zabieramy Was w bardzo świąteczną podróż! 🙂 ktoś zgadnie, gdzie ?:)