Podróże kształcą. Niby banał, niby truizm, a jakoś nie wszystkich przekonuje i zachęca do podróżowania… Do mnie ten banał trafia, chociaż do podróży zachęcać mnie wcale nie trzeba.

Nie chodzi tylko o inne kultury, języki, kuchnie, zwiedzone miasta, obejrzane muzea czy nawet poznanych ludzi. Nigdy tak często jak w podróży nie nachodzą nas refleksje i przemyślenia dotyczące naszego życia i nas samych. W codziennym biegu na refleksje czasu zawsze mało. W podróży nabieramy dystansu do życia, jakie prowadzimy. Spoglądamy trochę z boku na, to co robimy, jak pracujemy, ile czasu poświęcamy na pracę, dom, zabawę z dzieckiem, ile czasu mamy dla siebie. Nie musimy biec na spotkanie, wysyłać maili, odbierać kolejnych telefonów, które sprawiają, że często przestajemy myśleć i działamy jak roboty. Podczas podróży/ wakacji  mamy czas na myślenie i mamy również coś więcej: inspirację – inny styl życia, innych ludzi, przypadkowe rozmowy, obserwacje. Czasem, by uciec potrzebujemy odległych miejsc, odmiennych kultur, całkowicie innego stylu życia, czasem wystarczy zajrzeć na wieś gdzieś we wschodniej Polsce, by inaczej spojrzeć na to, co ważne..

By uciec od codzienności, czasem wystarczą 2, czasem 3 tygodnie. Lepiej trzy, bo jak mówią w pierwszym tygodniu wakacji dopiero zapominamy o pracy, a w drugim już o niej myślimy… Na 3 tygodnie nie zawsze uciec się da – wiem. Bo nie ma urlopu, bo szef nieprzychylnie patrzy, bo inne zobowiązania. I chociaż są szczęśliwcy, którym udaje się wyjechać na miesiąc (jak my!) albo wyjechać na rok w podróż dookoła świata (gratulacje i mam nadzieję, że kiedyś weźmiemy przykład!:)), nie wierzę i nie popieram ostro promowanego przez NaTemat.pl życia w stylu “odszedł z korpo i bloguje” / “odszedł z korpo i surfuje” / “odszedł z kropo i ruszył w świat”. Wszyscy wiemy, że większość osób, które tak robi, pieniądze na swoje hobby i odejście z korpo, uzbierało właśnie w korpo lub na swoim, korzystając z doświadczeń wyniesionych z korpo. Nie musimy zatem rzucać wszystkiego i odcinać się grubą kreską od wcześniejszego życia, by znaleźć czas na podróż.. i co za tym idzie na refleksje…

Refleksje o życiu, pracy, dziecku…

Macie czasem wrażenie, że Wasze życie zdominowała praca? Albo, że życie to tylko praca i dziecko / dzieci? Że pracujecie dużo, a potem już tylko dom, chwila zabawy z maluchem, kolacja i do łóżka? Że nie byliście na wakacjach od  roku, pomimo, że macie na to fundusze? Nie macie wrażenia, że daliśmy się wtłoczyć w schemat wstać-praca-dom-dziecko-spać-wstać-praca-dom-dziecko-spać, który wcale nie jest fajny, nawet jeśli ktoś wmawia nam, że innej opcji nie ma? Kto? Nasi rodzice, dziadkowie, społeczeństwo, nasze lenistwo czy nasze zmęczenie? Nie boicie się, że ten schemat prowadzi donikąd? Że powoduje złość i frustracje?

Praca.. większość osób, gdy pracuje nawet bardzo długo,  ale nie ma dziecka, jakoś daje radę. Są wieczory, noce, weekendy, dni wolne, gdy można przeznaczyć czas na to, co się lubi. Gdy jednak pojawia się dziecko / dzieci, a do tego dochodzi angażująca praca, nagle nasz czas dla siebie dramatycznie się kurczy… dlaczego?

Bo przecież dziecko WSZYSTKO zmienia. W każdym razie większość uważa, że tak być powinno… Nie macie wrażenia, że bardzo często to właśnie dziecko, chociaż w rodzinie pojawiło się ostatnie, rządzi całym jej życiem? Dziecko moje, Twoje, znajomych… Dietą, zakupami, aktywnością życiową, godzinami funkcjonowania rodziców, godzinami gaszenia światła w domu i odwiedzinami gości? Bo godzina drzemki albo godzina obiadu, godzina kąpieli albo podwieczorku.. Czy świat się zawali, gdy godzina podwieczorku, drzemki czy obiadu się przesunie? Nie, zdecydowanie się nie zawali…  Bo to ten mały stwór przyszedł do Was, do Waszego życia, do Waszych zwyczajów, upodobań, a nie Wy wprowadziliście się do niego…

podróżowanie z dzieckiem

Paryż – marzec 2012

„Teraz jesteś Tatą, skończyło się beztroskie życie”, „Macie dziecko, nie możecie myśleć tylko o swoich przyjemnościach”, „Podróżowanie z niemowlakiem? Przecież to egoizm rodziców, on i tak nic nie zapamięta”, „Idziecie z dzieckiem do restauracji? A jak mu coś zaszkodzi?”,  „ Wyjazd zagranicę? Już lepiej pojedźcie nad polskie morze albo na działkę” – kto choć raz to słyszał? Nagle, gdy pojawia się dziecko, okazuje się, że już nie powinniśmy być sobą – Natalią, Łukaszem, Kasią czy Tomkiem, bo jesteśmy rodzicami. Wszystko pięknie – bycie rodzicem to świetna rzecz, ale bycie sobą również! Bez tego powiedzmy sobie szczerze MOŻNA OSZALEĆ. Nie wierzę, że są tacy, którzy nigdy nie mają dość świata zdominowanego przez potrzeby niemowlaka, dwulatka czy czterolatka..

Kiedyś usłyszałam świetnie ilustrującą ten tekst  rozmowę pary na wakacjach z niemowlakiem. Siedzieliśmy z Łukaszem w Jastarni pogryzając flądrę z frytkami (love!), popijając piwko z sokiem, obok para, nikt znany, przypadkowi ludzie, znajomym opowiadają, jak wygląda ich dzień na urlopie (wiem, że nieładnie podsłuchiwać)..  I opowiadają tak: „Wstajemy ok. 8.00, bo wtedy mały je (mleko z piersi), potem idziemy na śniadanie, po śniadaniu trzeba go przewinąć, wyszykować, ale jest już śpiący, więc idzie na drzemkę. Po drzemce znów je, więc robi się już 13.00 i idziemy na obiad. Potem przewijanie, ubieranie itd. i wychodzimy około 15 – 16.00 z hotelu…  o 18.00 jest kolacja, więc trzeba wrócić. A potem już małego do snu szykować!”..    Jechać nad morze, by z hotelu wyjść na 2 godziny spaceru dziennie? Tylko pogratulować! Świetny przykład dziecka rządzącego życiem rodziców… bo czy nie może pić mleka na plaży / w knajpie / w parku, a podrzemać w wózku?? Byłby mniej zadowolony niż w pokoju hotelowym czy tylko rodzicom tak się wydaje?

podróżowanie, podróżowanie z dzieckiem

Barcelona – maj 2010

Moje „przed dzieckiem” to dużo imprez, dużo wyjazdów, kawki z przyjaciółkami, kolacja ze znajomymi, babskie sushi, lunch na mieście, piwo po pracy, nauka języków obcych 2 razy w tygodniu.  Weekend pełen wrażeń nad morzem, winny  na Węgrzech lub spokojny na Suwalszczyźnie.  Jeśli w Warszawie… długie, leniwe sobotnie śniadanie gdzieś na mieście i jeszcze dłuższa noc z soboty na niedzielę. Moje życie sprzed ciąży to też sporo pracy, sporo zawodowych wyjazdów w Polskę, spędzania w trasie czasem 3-4 dni w tygodni. Męczące, ale również ekscytujące… Ciągle coś nowego, wieczorne wyprawy na rynek w Toruniu, nocne spacery po sopockim molo albo wypady do Czech o 23.00 tylko po to, by zjeść smażony ser z frytkami.

Potem ciąża – pozytywna, łatwa do przejścia i chociaż zdarzały się jakieś bóle, jakieś zwolnienia, każdej dziewczynie takiej ciąży mogłabym życzyć. Dwa miesiące przed porodem zaliczyłam ostatni zawodowy wyjazd w Polskę, niecały miesiąc przed wyprawę na Suwalszczyznę, 2 tygodnie przed imprezę, na której ktoś zaproponował mi wódkę 😛 (luźne tuniki to jest to! :)). Moje życie nie uległo drastycznym zmianom. Ale gdy już termin porodu się zbliżał, pojawiła się wizja nieprzespanych nocy, drącego się stwora i ciężkich dni.. Skąd się wzięła? Nie wiem.. z gazetek dla mam? Z książek? Od mam, babć, cioć? Koniec dotychczasowych przyjemności? Kawek, sushi, podróży, kolacji ze znajomymi, imprezowania? Eh, chyba tak… Czy się bałam? Pewnie trochę tak, ale myślałam, że taka kolej rzeczy…

A potem okazało się, że wcale NIE.  Wystarczy chcieć. Wystarczy pamiętać o sobie. Przecież to Maks „przyszedł” do nas, a nie my do niego. Jak gość, który przyszedł do domu i został na dłużej. Naszych gości zapraszamy i robimy wszystko, by było im u nas jak najlepiej (mam nadzieję, że oni też tak czują), ale nie malujemy ścian od nowa, bo wolą róż, a nie beż.  Nie kupujemy nowej kuchni, nie zmieniamy życia. Pytamy natomiast, jaką kuchnię lubią, czy lubią pikantne potrawy i jaki alkohol piją, ale nadal to MY jesteśmy gospodarzami w naszym domu. Trochę podobnie jest z dzieckiem…

Urządzamy mu pokój, szykujemy wózek i ubranka. Dbamy o niego. Jest mu u nas dobrze.. tak jak gościom, którzy przyszli na kolację. Ale czy dla dziecka musimy „przestawiać meble w mieszkaniu”? Czy musimy rezygnować z własnych miłości, zainteresowań, stylu życia, a czasem nawet z przyjemności we dwoje? Czy musimy wszem i wobec mówić (wmawiać?), że dziecko to jedyne, czego nam do szczęścia potrzeba? Albo, że nasze życie to tylko dziecko i praca?

NIE! Nie musimy! Odpuśćmy schemat wstać-praca-dom-dziecko-spać-wstać-praca-dom-dziecko-spać. Pamiętajmy o SOBIE.

Można z dzieckiem chodzić na fitness, jeździć na rowerze, chodzić do kina. Podróżować, chodzić do restauracji i nawet do na wino. Można grać w piłkę, pływać na basenie, można wyjeżdżać na narty czy na snowboard (nawet z rocznym, jeśli znajdzie się dla niego opieka! Znam takich niejednych!).  Można w Madrycie jeść tapas i pić sangrię do 2.00 w nocy, bo przecież to, że kochasz Hiszpanię nie minęło w momencie narodzin dziecka…  Bo dziecko śpi w wózku, nosidełku, bo zostawiliśmy je z babcią, dziadkiem czy nianią. Czy będzie mniej szczęśliwe? Czy się rozchoruje? Czy będzie bolał go brzuch? Nie sądzę…

podróżowanie, podróżowanie z dzieckiem

La Rochelle, Francja – sierpień 2011

Nic nie cieszy tak jak to, że się udaje: zachować równowagę między pracą, dzieckiem i życiem samym w sobie. Być zarazem rodzicem, MAMĄ (nie ukrywajmy, to kobietę dziecko angażuje bardziej, nieważne jak bardzo za równouprawnieniem jesteście) i być sobą.

Gdy mam na głowie pracę i dziecko, zmieniam się, zmienia się życie i priorytety, ale NIGDY nie rezygnuję z tego, co moje. „Rób więcej tego, co kochasz”… znacie to? Wprowadzenie w życie obowiązkowe! I nie mówcie, że kochacie tylko swoje dziecko, bo nie uwierzę. Przecież “przed nim” również byliście KIMŚ? 🙂

Ja już nie wyjeżdżam na 3 dni w Polskę w sprawach zawodowych, ale nadal się rozwijam w kierunku, w którym chcę.  Już nie imprezuje co weekend do 5 rano (albo od środy do soboty jak się kiedyś zdarzało), ale gdy wyprawię Maksa na nocowanie do babci, najbardziej lubię.. wyjść na miasto i wrócić o 3 czy 4! A gdy nie mam opieki dla Maksa, zawsze można zaprosić znajomych na kolację u siebie. Co do podróży, to już wiecie 🙂 Podróżujemy nadal. Podróżujemy nawet więcej niż wcześniej, bo z dwóch rzeczy, które najbardziej lubiliśmy w czasach bez dziecka w przeciwieństwie do nocnych imprez i włóczenia się po mieście, podróżować możemy razem.

Nie nawołuję nikogo, by olać potrzeby dziecka, jego zainteresowania, sposób spędzania czasu, itd. To byłoby A) niepoprawne polityczne w czasach rodzicielstwa bliskości, piorących orzechów i BLW,  ale również B) niezgodne ze mną, bo czas z Maksem to jeden z najfajniejszych sposobów spędzania czasu i jeden z największych benefitów długich podróży we troje  – choć czasem tęsknimy za chwilą tylko we dwoje i nie boimy się mówić o tym głośno! :). Nawołuję jednak, by pamiętać o sobie i swoich potrzebach. O zdrowym egoizmie napisali bardzo wiele, ale jakoś o nim nie pamiętamy..

Ja chcę pamiętać, choć też nie zawsze mi wychodzi 🙂  Chcę pamiętać, bo choć kocham swoje dziecko przeokropnie i nie wyobrażam sobie bez niego życia, „troszkę również kocham siebie i bardzo kocham życie…” *

* – cytat z jednego z moich respondentów, lat 19 – chyba z biegiem czasu o tym zapominamy, a nie powinniśmy…