Z Tajlandii wróciliśmy w niedzielę po około 18 godzinnej podróży. Bez jet lagu, bez przeziębień (na razie!), bez problemu z ponowną adaptacją w żłobku. Zatem udało się!

Dla wszystkich, którzy uważali, że trzytygodniowy samochodowy road trip z bobasem po Tajlandii to absurd.., dla starszego (i nie tylko) pokolenia, które twierdzi, że jak dziecko, to najlepiej dom, ewentualnie działka, Bałtyk i Mazury i dla wszystkich niedowiarków, którzy nie wierzyli w 11 godzin w samolocie z biegającym szkrabem… Czyli ku pokrzepieniu serc i dla dodania odwagi: Tajlandia z 1,5 roczniakiem!

 

Maks zwiedza ruiny w Si Satchanalai

Maks zwiedza ruiny w Si Satchanalai i zaprasza do lektury 🙂

 

1) co zabrać ze sobą? jak się przygotować?

 

Wstyd się przyznać, ale nie szykowaliśmy się długo do tej wyprawy. Z prostej przyczyny – nie mieliśmy czasu. Były duże ambicje i plany przygotowania trasy, szczegółów, noclegów, ale jak przyszło co do czego, była praca, spotkania, wyjazdy, prezentacje i zostaliśmy z ręką w nocniku.

Jeśli jednak chodzi o bobasa, przed wyjazdem na pewno przyda się wizyta u lekarza i wyposażenie się w niezbędną apteczkę: lek przeciwbólowy, przeciwgorączkowy, dla delikwenta potencjalnie ząbkującego żele i kropelki na zęby (Camilla), coś na biegunkę (Smecta), coś do nawodnienia organizmu w razie biegunki (Orsalit), woda morska na zapchany nosek, syrop lub wapno w razie wystąpienia uczulenia po ugryzieniu jakiegoś egzotycznego stwora. Zwłaszcza, że podczas podróży do Meksyku zaliczyliśmy 5o ugryzień na twarzy. Tym razem byliśmy na to przygotowani;)  Wszystko kupiliśmy, wzięliśmy i na szczęście nie korzystaliśmy.

Co do szczepień, nasz bobas poza tym, co tradycyjnie miał zaszczepiane w iluś tam dawkach od urodzenia, dostał tylko WZW A. Przy podróży do Tajlandii nie ma obowiązkowych szczepień, są jedynie zalecane, a zasadność ich przyjęcia zależy również od planu podróży. My wiedzieliśmy, że będzie raczej cywilizowanie i bezpiecznie, więc po konsultacji z pediatrą wybraliśmy tylko WZW A. Temat do indywidualnej weryfikacji.

 

gotowy na wszystko

gotowy na wszystko

 

Co do pozostałych aspektów wyposażenia bobasa:

ciuchy – jadąc do Tajlandii w listopadzie, wystarczą nam jedynie cienkie ubrania (temperatura waha się od 30 do 40 stopni). dla bobasa dodatkowo 2-3 bluzy w razie wzmożonej klimatyzacji w samochodzie/ samolocie czy przejażdżki łódką i parę zestawów typu „długie body, długie spodenki” do spania i ochrony przed komarami

pieluchy i mokre chusteczki – wzięliśmy zapas zarówno pieluch, jak i chusteczek, ale można je niemal wszędzie zakupić. Mniejsze opakowania pieluch i mokre chusteczki także w sklepach sieci 7-Eleven, których w każdym mieście i miasteczku tak dużo jak grzybów po deszczu. W supermarketach oczywiście wybór większych opakowań.

jedzenie – my z racji wieku Maksa, zabraliśmy dla niego tylko kaszki / mleczka zarówno sypkie do przygotowywania w pokoju, jak i te w kartonikach (patrz Nestle Junior), idealne do samolotu. Na wszelki wypadek wzięliśmy również mały czajnik elektryczny. Polecam takie rozwiązanie. Dodatkowo: trochę ulubionych przekąsek i deserków owocowych w kartonikach. Wygodne na spacer, zwłaszcza w upale. Maks nie raczy już łaskawie spoglądać na słoiki, więc nawet ich nie rozważaliśmy. Co do dostępności zarówno słoików, jak i innych produktów baby food w Tajlandii, nie jest tak dobrze jak np. w Meksyku. W małych sklepach raczej nie można było kupić słoiczków, w niektórych można kupić kaszki Cerealac produkcji Nestle (zaakceptowane przez bobasa). W supermarketach odwiedzonych przez nas np. w Chiang Rai, wybór słoików również nie był zbyt szeroki. Ale za to tajska kuchnia sama w sobie oferuje sporo maluchom, ale o tym za chwilkę 🙂

„zastawa” – u nas obowiązkowo: butelka do kaszki, kubek na wodę (zamknięty, do podróżowania), miseczka, plastikowe łyżeczki, widelce, jedna zamykana miseczka, w którą można zapakować niezjedzony obiad do odgrzania albo przekąski na plażę. Dodatkowo kilka smoczków w odwodzie, by ten, który wyląduje na chodniku Chinatown, zdeptanym przez tłumy, bez żalu wyrzucić 😉

– dodatkowo: kilka zabawek (resztę zwykle kupujemy w podróży – to zawsze miła pamiątka), kocyk, moskitiera na łóżeczko, krem do opalania, preparat przeciw ukąszeniom dla dzieci (u nas Ziaja AntyBzzz), preparat po ukąszeniach od 1 roku życia (u nas Dapis) i oczywiście kosmetyki, chociaż również nie ma problemu z dokupieniem ich na miejscu.

 

2) samolot

 

czyli w opinii wielu (no dobrze, naszej też!) wyzwanie numer 1. Po pierwsze dwa loty, bo raczej bezpośredniego nie znajdziemy z PL. Po drugie lot Helsinki – Bangkok  9,40 h, a lot powrotny… uwaga!… 11 godzin. Co zrobić?

Oczywiście idealnie byłoby lecieć nocą, gdy bobas śpi, ale wiemy, że nie zawsze jest to realne. Z 1,5 roczniakiem nadal nie mamy dla niego osobnego fotela, co oznacza, że jeśli samolot jest pełen (jest!), cały czas wisi na nas (tak było też u nas). Na pewno więc warto zabrać mu trochę zabawek, książeczek, przekąsek (nawet tych zakazanych – nic nie zajmuje tak jak czekoladowy wafelek;)).

 

Dodatkowo przed lotem my staramy się bobasa zmęczyć, czytaj: niech nie śpi za długo (dręczą dziecko!), niech się wybawi w kąciku zabaw na lotnisku, zwłaszcza, że na wielu są całkiem fajnie przygotowane strefy dla dzieci. A jak nie ma kąciku zabaw, nie ma się co martwić – dziecko zawsze coś dla siebie znajdzie.

 

kącik zabaw - Lotnisko Chopina w Warszawie

kącik zabaw – Lotnisko Chopina w Warszawie

i w samowolnie wybranym

i  Maks w samowolnie wybranym „kąciku” zabaw

W Tajlandii, jeśli chcemy zwiedzić zarówno Bangkok, jak i północ, a potem odpocząć i popływać na południu. Musimy również nastawić się na loty krajowe. U nas Chiang Rai-Bangkok oraz Krabi-Bangkok. Niewątpliwie polecamy Thai Airways, gdzie mały dostał zabawki i dedykowaną sobie przekąskę 🙂

 

3) spanie

 

co tak wcześnie?! zwariowali!

co tak wcześnie?! zwariowali!

Co do spania, dwie kwestie są wątpliwe: jet lag oraz łóżeczko.

jet lag – co tu dużo mówić, w Bangkoku jet lag nas dopadł. Zaliczyliśmy dwie noce, kiedy po nieprzespanej nocy o 6.30 szliśmy na śniadanie, a potem spaliśmy do 14.00. Największy problem miał tutaj Maks – w nocy bawił się najlepsze, bo przecież w dzień zmęczony upałem mógł podrzemać w łóżeczku. Sytuacja się poprawiła, gdy 3. dnia postanowiliśmy żyć trybem Maksa, czyli wg polskiego czasu. O 15.00 (czyli 9.00 polskiego czasu) śniadanie, o 19.00 obiad, zabawa aż do 2.00 w nocy, czyli ok. 12 godzin aktywności. Potem sen i o 9.00 budzimy. Chociaż zwykle śpi nawet 12 godzin. I wszystko wróciło do normy 🙂

łóżeczko – zależnie od podejścia, czy dziecko śpi samo czy z rodzicami, kwestia spania może być małym problemem. Łóżeczka, pomimo, że spaliśmy w stosunkowo dobrych hotelach, nie wszędzie są dostępne i czasem były powodem zmiany noclegu nawet o 23.00 po 300 km trasy. Pamiętajcie o tym szukając noclegu!

 

metalowa kołyska-wywrotka

metalowa kołyska-wywrotka

4) wyżywienie bobasa

 

Przed wyjazdem straszyli, oczywiście przeważnie babcie i prababcie:  „A co on będzie tam jadł? chyba nie tajskie? Weź mu słoiczki!!”. Tymczasem Maks, z natury raczej niejadek, zakochał się w tajskim jedzeniu – oczywiście innym niż tatuś i mamusia, bo nie tak pikantnym.

 

danie numer 1: ryż smażony z kurczakiem

danie numer 1: ryż smażony z kurczakiem

Jadłospis Maksa to przede wszystkim: ryż smażony z kurczakiem. Ewentualnie ryż smażony z tuńczykiem lub po prostu steamed rice z sosem słodko-kwaśnym lub z kurczakiem w sosie z orzeszkami Cashew. Ryż był hitem jedzonym codziennie, a nawet kilka razy dziennie.

 

chicken satay

chicken satay

satay - tu rybny - restauracja Harmonique w Bangkoku

satay – tu rybny – restauracja Harmonique w Bangkoku

 

Co poza tym? Bardzo chętnie chrupał szaszłyki chicken satay, maczając je delikatnie w sosie orzechowym (smakosz!), sajgonki z owocami morza i chińskie won-tony, najlepiej ze słodkim sosem. Te dania niewątpliwie są wygodne, bo maluch bierze je w łapkę i obsługuje się sam. A krzesełka nie zawsze dla bobasa dostępne lub bez pasów, więc trochę wywrotowe dla tak ruchliwego stwora.

 

won tony z krewetką - idealne do schrupania na kolację - Texas, Chinatown, Bangkok

won tony z krewetką – idealne do schrupania na kolację – Texas, Chinatown, Bangkok

 

Dodatkowo oczywiście owoce (codziennie rano prośba o arbuza!), świeże soki, ukochany sok z kokosa i duuużo mlecznych przekąsek – najlepiej mleczek smakowych w kartonikach dostępnych w 7-Eleven. Na takim tajskim wikcie nasz niejadek, pomimo godzin spędzanych na bieganiu i kąpielach, troszkę przytył i nawet babcie doceniły „pućki” 😉

 

a do picia kokos

a do picia kokos

5) rozrywki dla bobasa

 

odpoczynek do zwiedzaniu Wielkiego Pałacu

odpoczynek po zwiedzaniu Wielkiego Pałacu

Tajlandia to miejsce świetne dla dzieci z kilku powodów. Dzieci są uwielbiane, więc nikt nie skrzywi się, że biega, szaleje, pokrzykuje, zaczepia. Jest plaża, woda ciepła jak zupa….

 

plaża!!!

plażuję na całego

plażuję na całego

 

Niemal w każdym miejscu są fajne figurki – zwierzątka i „laleczki”. Bajkowe postacie spoglądają na nas w świątyniach, sklepach, restauracjach, pałacach.

 

ulubiona

ulubiona „lala” – ćwiczymy słowa: „oko”, „buzia”, „nos”, „uko”

„tuli”

maaałpka - gdzieś w sklepie

maaałpka – gdzieś w sklepie

wszędzie dużo dzieci, więc są i koledzy, i duuuuużo dziewczyn 😉 Wybacz Elizka! Rzuciła się na mnie!

podryw

tajski podryw

Co do prawdziwych zwierzątek, Maksa zachwyciły przede wszystkim małpki. Dostał również swoją pluszową i z sukcesem nauczył się nazywać ją „małpka”, czasem tylko myląc ją z misiem… Co jeszcze nam się udało? Samodzielnie nakarmić słonia i to zdjęcie warte jest nawet całej wyprawy do Tajlandii 🙂

 

„małpka” – Monkey Temple, Chiang Rai

odważnie nakarmił słonika bananem

odwaga

Zatem dla wszystkich wahających się i obawiających dalekich podróży, nie bać się, tylko jechać! Szalejący na plaży, roześmiany bobas to kolejny argument na TAK! 🙂 Powodzenia!