Długie weekendy… wszyscy je lubimy, prawda? Majówka, czerwcówka… niedługo do naszego słownika wejdzie “sierpniówka”!;) Nie będę pisać oczywistych oczywistości o tym, że długie weekendy warto wykorzystać na bliższy lub dalszy wyjazd, bo wszyscy to chyba wiemy, prawda? 🙂
My z długich weekendów korzystamy prawie zawsze i prawie zawsze wyjeżdżamy, bo gdy zostajemy w Warszawie zawsze znajdzie się 1000 spraw do załatwienia, zaległości do nadrobienia, zobowiązań rodzinnych, zawodowych czy jakichkolwiek innych. Więc troszkę uciekamy… Na majówkę pojechaliśmy do Gruzji – kalendarz był w tym roku łaskawy i spędziliśmy tam tydzień. Nie napiszę, że “aż tydzień”, bo po pobycie w Gruzji, wiemy, że musimy wrócić na kolejny tydzień, a najlepiej tygodnie! Na stosunkowo krótką czerwcówkę wybraliśmy się ze znajomymi na spokojny relaks na Mazurach, a Maks zakochał się w małej Tosi (wówczas 5 miesięcy ;))… Na “sierpniówkę” wyskoczyliśmy sami! Sami, czyli bez Maksa, za to ze znajomymi. Po raz pierwszy bez Maksa na tak dłuuugo (4 dni)!
Maks w tym czasie korzystał z licznych atrakcji warszawskich oferowanych przez dziadków: place zabaw, autobusy, tramwaje, ZOO, spacery, sushi i inne smakołyki! Co my robiliśmy na Węgrzech, mogliście już częściowo zobaczyć, ale nie siedzieliśmy cały dzień przy stole (chociaż siedzieliśmy sporo!;)), ani przy winie w piwniczce winnej. Ruszyliśmy zobaczyć, jakie atrakcje poza Villany oferują południowe Węgry.
1)SIKLOS
Zaczęliśmy od Siklos, to tylko 13 km od Villany. Krótka przejażdżka wśród zielonych wzgórz i imponujących winnic i … jesteśmy! Niewielkie (około 10 tys.) Siklos słynie przede wszystkim z górującego nad miasteczkiem XII-wiecznego zamku..
Do zamku warto zajrzeć, chociaż nie jest on aż tak imponujący jak by się mogło zdawać z zewnątrz. W środku znajdziemy meble, naczynia, ubiory i zbroje z dawnych lat, jak również sale z bardziej już nowoczesnymi dziełami sztuki.. a z murów zamku rozciąga chyba najlepsza panorama okolicy. Nam chyba najbardziej zapadła w pamięć sala tortur, w której pokazano zarówno narzędzia tortur, jak i grafiki ukazujące, jak owe narzędzia były stosowane. Ciarki po plecach przechodzą!
2)PECS
Z Siklos ruszyliśmy do Peczu (Pecs). Blisko – niecałe 30 km! Miasto znacznie większe niż nasze wcześniejsze destynacje – około 160tys., piąte co do wielkości miasto Węgier. Niewątpliwie Pecs to najładniejsze miasto w okolicy – piękna starówka na czele z meczetem stojącym na głównym placu (pozostałość po okupacji tureckiej w latach 1543 – 1686), restauracyjki, kawiarnie i oczywiście lodziarnie – po naszej podróży po południowych Węgrzech stwierdzamy, że Węgrzy uwielbiają lody i w wielu miejscach możemy kupić naprawdę świetne! Spróbujcie koniecznie melonowych!!:)
W Peczu wybraliśmy się na powolny spacer po mieście. Warto zboczyć nieco ze starówki i zobaczyć również Katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła ( zdjęcie z charakterystycznymi 4 wieżami na początku postu), a obok Pałac Biskupi. W okolicy czasem odbywają się festyny i jarmarki, więc możemy tam zakupić węgierskie, uliczne przysmaki…
Długo się zastanawiałam czy napisać, gdzie jedliśmy w Peczu. Bo nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czy miejsce to polecamy czy odradzamy… Restaurację Etkezo, znajdującą się przy jednej z najbardziej tętniących życiem uliczek, czyli Kiraly utca poleciły nam dwie osoby: zaprzyjaźniony foodspotter Szindbad oraz nasz “winny” przewodnik z winnicy Zoltana Polgara, w której mieszkaliśmy w Villany.
Stosunkowo szybko znaleźliśmy Etkezo i na początek wystartowaliśmy z dzbankiem lemoniady, które można tu dostać wszędzie, w kilku smakach i niemal każdej wielkości. Idealny napój, zwłaszcza na upał i na tzw. syndrom dnia następnego. Etkezo ma kartę stosunkowo krótką, niby to zaleta, ale pierwsze słowo, które mi przychodzi na myśl to miszmasz – mamy makaron, gnocchi, mamy burgera, mamy również popularną na Węgrzech kaczkę. Ceny raczej z tych wyższych.
To, co ja najbardziej polecam w Etkezo to na pewno naleśniki z mascarpone, makiem i jabłkami. Nietypowe, smaczne i naprawdę ciekawe.
Co do reszty? Kaczka w obu wersjach (pierś lub noga), wraz z tłuczonymi ziemniaczkami z cebulą spisała się całkiem nieźle, spisał się również cheeseburger, chociaż bułka była zimna… ale makaron? Przyjemnie brzmiące pappardelle z kozim serem i krewetkami (tiger prawns) to totalna pomyłka! Uważajcie! Koziego sera nie czuć ani trochę, krewetki w całym daniu za około 40 zł są TRZY i na pewno nie są to krewetki typu Tiger! Makaron jest zbyt miękki, posklejany i cały „utytłany” w śmietanie lub czymś podobnym, co koło koziego sera nawet nie leżało… Oj, zdenerwowałam się! Zły obiad to coś, co potrafi popsuć humor. W każdym razie mi! 😉 Grunt, że potem “uratowały” mnie naleśniki z makiem!:)
Makaronu zdjęcia nie mam, bo byłam zbyt zła i wcale nie chciałam na niego patrzeć i wspominać tej pomyłki. Zatem Etkezo tak, ale najlepiej kaczka, tłuczone ziemniaki z cebulą i naleśniki z makiem na deser.
Nam wyprawa do Peczu i Siklos zajęła większość dnia… potem pojeździliśmy trochę po winnicach, podziwiliśmy widoki, testowaliśmy wina, a już w Villany ruszyliśmy na dłuuugą kolację. Oczywiście można obrać szybsze tempo, ale komu się chce śpieszyć w długi weekend? W dodatku, gdy po raz pierwszy do dawna jedziemy bez dziecka?;) Właśnie wtedy leniwie siedzimy przez 5 godzin nad kolacją, winem i dłuuugimi rozmowami ze znajomymi…
Nieśpieszny pomysł na długi, węgierski weekend to:
1) ruszamy w środę po pracy i “prujemy” (jeśli z Warszawy) 1100 km (tu akurat zwykle się śpieszymy!) – najlepiej, gdy mamy kierowcę rezerwowego w zanadrzu! Lokujemy się nocą w Villany…
2) czwartek – odsypiamy podróż, spacerujemy po Villany, próbujemy wina, zwiedzamy piwniczki, próbujemy smakołyków w takich miejscach jak Bock, Mandula czy Halasi – o Bocku już pisałam tu, o pozostałych wkrótce!
3) piątek – ruszamy na zupę rybną do Baja, po drodze możemy zahaczyć o Mohacs.. niewiele się tam dzieje, ot tak, by pospacerować nad rzeką i wypić lemoniadę ewidentnie wskazaną – patrz: czwartkowy plan dnia! Po powrocie kulinarne rozkosze Villany, których akurat w tym małym miasteczku nie brakuje…
4) sobota – ambitnie, czyli Siklos, Pecs i przejażdżka po winnicach..
5) niedziela – ruszamy do domu, po drodze zaglądając do Egeru na puree z kasztanów i spacer po Dolinie Pięknej Pani, a jeśli macie więcej czasu również po miasteczku i miejscowym zamku. Na koniec zahaczamy o spokojny Tokaj… I “mkniemy” do domu – tu wskazany zmiennik – trasa na koniec długiego weekendu wszyscy wiemy, jaka jest, ale za to wiemy, że wykorzystaliśmy każdą minutę długiego weekendu!:) A czy warto, powie Wam ten uśmiech i ten krajobraz!:)
PS. Bodajże w październiku w Villany organizowane jest winobranie, znane również jako Festiwal Czerwonego Wina! 🙂 Ręka do góry, kto chętny!:)





















6 Comments
N.
Super są te “rybiooczne” zdjęcia, bardzo mi się podobają.!
Natalia - tasteaway.pl
🙂 Też je uwielbiamy!!! 🙂
Werka
Świetny plan na długi weekend. Właśnie trafiłam na Waszego bloga i nie wiem kiedy ale zleciały mi 2 h w pracy:) Przyznam, że chyba zacznę z Wami podróżować bo pomysłów na weekend i na wakacje tutaj cała masa:) Brakuje mi tutaj jednak trochę więcej informacji praktycznych – błagam dodawajcie jak najwięcej dla takich leniuchów jak ja:) Blog świetny pomimo, że z mężem nie mamy jeszcze dzieciaczka to lubimy podróżować tak jak Wy:) Gratulacje i oświadczam, że zostaje Waszą wierną fanką! Planujecie może wersję angielską? Mam sporo znajomych, którzy zainteresowani są Polską i szukają właśnie takiego bloga – miałabym problem z głowy i przekierowywałabym ich do Was:)Pozdrawiam
Natalia - tasteaway.pl
dzięki wielkie!!!:) 2 godziny u nas zamiast w pracy, no ładnie!!:) Masz rację Werka, info praktyczne się przydają, muszę o nich pamiętać 🙂 czasem za bardzo “popłynę” podróżniczo, smakowo itd, i masz;) ale to słuszna uwaga, zapisuję sobie w głowie!:)
Co do wersji ang, trafiłaś w dobrym momencie!!:) właśnie pracujemy nad tematem i mamy nadzieję, że za jakiś miesiąc będzie wersja ENGLISH, więc jak najbardziej wszystkim polecać będziemy!!:)
Maciej
1100 km, w środę po pracy? To nawet jak kończysz pracę o 12 w południe, to nie jest zbyt rozsądny pomysł. Przecież ze stolicy to bez korków 11 godzin jazy, a co dopiero w po południe przed długim weekendem.
Natalia
To post z 2012 🙂 z tego, co pamiętam dotarliśmy na Węgry około 2- 3 w nocy 🙂