Dzień dobry! Dawno mnie tu nie było, długo by gadać, czemu tak się stało… zatem, żeby nie przedłużać ruszamy na spacer. Nasz cel: magiczny, kolorowy Stambuł.

 

widok z mostu Galata na zatłoczone wybrzeże

widok z mostu Galata na zatłoczone wybrzeże

 

Wyposażeni w dobre rady od znajomych “turkofilek”, bądź też jak kto woli, specjalistek ds. Turcji, ruszyliśmy na podbój Stambułu. Odrobinę zafrasowani, czy rzeczywiście da się odpocząć od warszawskiego zgiełku w mieście liczącym ponad 15 milionów mieszkańców ? Ale znacznie więcej niż odrobinę podnieceni perspektywą spędzenia ośmiu dni w mieście, nie bez pozoru, nazywanym “okiem świata”.

 

kobiety Stambułu

kobiety Stambułu

 

Ruszyliśmy w piątek. Dwa dni zajęło nam wstępne “rozeznanie terenu”. W przewodniku wyszukaliśmy nazwy podane przez wcześniej przywołane już specjalistki, wzbogaciliśmy wiedzę, zakupiliśmy mapę i w drogę. Dodatkowo, towarzyszyła nam obowiązkowa lektura każdego smakosza, przewodnik kulinarny “Istanbul eats. Exloring the culinary backstreets” (A. Mullins, Y. Schleifer). To niewielka książeczka, prezent od pewnych podróżników, również kulinarnych zapaleńców, które zawiera opis kilkudziesięciu restauracyjek jak sama nazwa wskazuje ukrytych na bocznych uliczkach Istambułu. Dziękujemy darczyńcom!!:)

 

magia

magia

 

Chociaż planowaliśmy ulokować się zgodnie z rekomendacją w Sultanahment, w pobliżu głównych atrakcji turystycznych i jak się okazało, tętniących życiem uliczek, chyba Booking.com nas troszkę zbajerował. Dzielnica, w której zamieszkaliśmy (a w każdym razie ten fragment, czy to jeszcze Beyazit czy już Aksaray, nie wiem) jest nieco specyficzna – ulice uginają się pod ciężarem sklepów z odzieżą, zwykle równie specyficznie gustowną, a po sklepach i po naszym hotelu krążą Rosjanie z wielkimi torbami. Folklor. Niemniej poza tymi niedogodnościami, mieszkamy stosunkowo blisko zarówno meczetu Sulejmana, Egipskiego Bazaru Przypraw Misir Carsisi i przystani w Eminonu, jak i jednej z większych ulic, która prowadzi do Wielkiego Bazaru, meczetu Hagia Sofia i Błękitnego Meczetu.

 

No to zwiedzamy… Pierwszym miejscem, które nas zachwyciło, ale po pewnym czasie trochę zmęczyło był Wielki Bazar. Co tu dużo mówić, słowo “wielki” nie jest tu przesadą. Bazar jest ogromny, a nie znając topografii miasta (na mapie uliczki wewnątrz bazaru nie są wyszczególnione) łatwo się tam zgubić… Zwłaszcza w wszechogarniającej fali ludzi. Na bazarze sprzedaje się wszystko i wszędzie, i chociaż nas długa wędrówka ulicami zmęczyła, miejscowi zdają się w ogóle tłumu nie zauważać. Koloryt bazaru sprawia, że na pewno jeszcze tu wrócimy. By nasycić oczy, jak również walizki… pamiątkami, słodyczami, przyprawami…

 

Grand Bazaar

Grand Bazaar

 

Po lawirowaniu wśród tłumu warto odpocząć i posilić się miejscowymi smakołykami: do wyboru wszelkiego rodzaju kebaby, durumy, donnery, z baraniną, z kurczakiem, w bułce, w picie czy cokolwiek sobie kto zażyczy. Z tego słynie Istambuł! Poza tym dużo grillowanego mięsa i słonego jogurtu do popicia obiadu ayran (przyznaję się, że jeszcze się do niego nie przekonałam… mięso i mleko to nie mój zestaw, ale może…)

 

czas na przerwę...

czas na przerwę…

 

Oczywiście w wolnych chwilach postanowiliśmy poszukać też bardziej ukrytych zakątków i smaków, a w tym pomagał nam przewodnik “Istanbul eats“.

 

Nasza biblia zaprowadziła nas dotychczas w 3 miejsca rybne i jedno mięsne.

Zacznijmy od Giritli, w okolicach Błękitnego Meczetu. Niewielka restauracyjka, jak głosi opis turecko – kreteńska. Całkiem elegancka – o ile nie przeszkadzają nam przechadzające się między stolikami koty – mi nie przeszkadzają, nasz bobas wręcz je kocha. Wyboru potraw w zasadzie brak, bo mamy set menu, ale… gdy na stół wjeżdża kilkanaście malutkich miseczek z różnymi pastami, sałatkami, przekąskami (klasyczne mezze), wiemy, że wybór jednak jest.

 

meze

mezze

 

Potem jeszcze grillowana ośmiornica, smażone kalmary, ryba i nadziewane tureckie ciasto. No i deser, ale hmmm… to meze zdobyło moje serce. Może było bardziej grecko niż turecko, ale niewątpliwie pysznie. Polecam!

 

Następny dzień to druga strona Golden Horn, czyli okolice Galata Tower.

 

Galata Tower

Galata Tower

 

W pobliżu wieży trafiliśmy do Furreyya (Serdar-i Ekrem Sokak 2), little fish house. Przyznam, że dla mnie był trochę too little, ale być może to kwestia dodatkowych 8 kilo na ramieniu wyginających się na wszystkie strony (dla mało domyślnych: patrz bobas!). Malutkie wnętrze i pomysłowa umywaleczka, ukryta za przesuwaną płytą tym bardziej podkreśla kameralność  Furreyya. Umywalka staje się troszkę mniej urocza i pomysłowa, gdy siedzisz koło niej i uchylasz się, jak tylko ktoś chce umyć wysmarowane rybą ręce ;).

 

Z prostego menu wybraliśmy zupę rybną (bywało lepiej), krewetki, kalmary i rybę. Kalmary dały radę – złociste, delikatne, chrupiące.

 

calamari

calamari

 

Jednak, jeśli chodzi o dania rybne, Giritli i Furreyya muszą ustąpić miejsca ukrytej w niewielkiej uliczce Tarihi Karakoy Balik Lokantasi. A dlaczego? O tym wkrótce, na razie niech zachęca poniższa witryna z rybnymi smakołykami…

 

rybna uczta w miejscu ukrytym przed światem

rybna uczta w miejscu ukrytym przed światem

 

O zwolennikach mięsa też pamiętam i nie omieszkam wspomnieć o najlepszych, wedle magicznej biblii, koftach w Istambule .. Aż głód bierze, pomimo późnej pory 🙂