Opowiem Ci o pewnym weekendzie. To jeden z tych, kiedy przez cały czas masz banana na buzi. Kiedy wydaje Ci się, że masz wszystko. Sielankowy, idealny. W piątek kończysz pracę wcześniej. Czujesz na twarzy promienie słońca, gdy otwierasz furtkę i niemal wybiegasz z przedszkola z roześmianym dzieckiem. Nikt nie marudzi w samochodzie, nie planujesz w głowie, co jeszcze trzeba dziś zrobić, nie zastanawiasz się, kiedy znów siądziesz do komputera… jest weekend! Dojeżdżasz do domu, a On wita Cię uśmiechem, a na pytania odpowiada: „Jak chcesz Misiu/ Kochanie/ Dziubusiu”.

 

Wieczór spędzasz w ogrodzie u znajomych. Grill. Dzieci pięknie się bawią i prawie się nie kłócą. A Ty popijasz schłodzone wino, jesz karkówkę i wiesz, że tak smakuje lato. I nawet surowe marchewki zjesz, chociaż ich nie lubisz, ale E. zrobiła tak pyszne guacamole, że chcesz je wyjadać łyżkami.

 

W sobotę znów czujesz, jak bardzo kochasz Warszawę latem. Siedzenie nad Wisłą, powolne spacery ze znajomymi i chłodną lemoniadę. Dziecko trochę marudzi, ale gdy zabierasz je na dziki prawy brzeg, zamienia się w żądnego wrażeń odkrywcę i znów fascynuje się wszystkim. Jecie słodkie gofry z peanut butter i wybieracie ze znajomymi knajpę na kolację. Wieczorem, bez dziecka, przed wyjściem na imprezę. Czy może być lepiej? Czy jest coś lepszego niż letnia Warszawa, beztroska, plac zabaw, znajomi, przyjaciele i zimne piwo z sokiem?

Zaglądacie do parku. Znów znajomi, dzieciaki szczęśliwe, bo dawno się nie widziały. Nie kłócą się wcale. A my jemy pizzę i nadrabiamy 2 miesiące bez spotkań. Potem raz dwa Maks do babci, szybki prysznic i siup Uberem na kolację. Nadziewane kwiaty cukinii. Ale Wino. Smak lata. Czerwone wino. Urodziny kolegi. Domówka. Uwielbiasz. Wspomnienie dawnych lat. Na chwilę zaglądacie do zatłoczonego klubu, ale w końcu stwierdzasz, że chcesz spędzić równie miłą niedzielę (bez kaca!), więc grzecznie wracasz do domu, pod rękę z miłością swojego życia.

 

Budzisz się prawie bez kaca. Ale i tak masz ochotę na makaron z wołowiną w Basil & Lime. I mrożoną herbatę. We dwoje. Babcia wysyła SMSa, że dziecko grzeczne, pięknie spało i zjadło śniadanko. Tramwajem i Verturilo dojeżdżacie na ulubiony obiad. Smakuje jak niebo. Rowerem do domu. Słońce. Ciepły wiatr. Wy.

 

Dziecko wita Cię uśmiechem. Troszkę marudzi, bo chce się jeszcze bawić, ale przekonuje go podróż tramwajem. Jedziemy. W centrum czekają znajomi. Idziemy na sushi. Tam, gdzie Maks uwielbia chodzić. Tam, gdzie ogród i trampolina. Wiem, że wrócimy późnym wieczorem najedzeni, uśmiechnięci, szczęśliwi.

 

Siadamy na chwilę w centrum. Dawno nie widziani znajomi, uśmiechnięte twarze, sielanka. Tylko Maksowi słońce troszkę za bardzo grzeje.. „Przesiądź się kochanie!”. Nadal źle. „O zobaczcie, leżaki w cieniu, przesiądziemy się!”. Maks zadowolony. Zajmuje leżak. Obok ma być mama i tata. Obowiązkowo! Siadamy, rozmawiamy. „Idziemy już?” „Posiedźmy jeszcze chwilę!”. Maks układa się na leżaku, chce poleżeć: „Tata, przestaw inaczej!”. I nagle KRZYK. Dziki, rozdzierający krzyk, który musiał sprawić, że ulica zamarła. Kilka sekund. Na początku nie wiesz, co się dzieje. O co mu chodzi? I nagle widzisz. Mały palec i drewniany leżak. Palec w leżaku. Krzyk, płacz. „Otwórzcie to!”. Rzucasz wszystko i patrzysz z przerażeniem, że leżak się wcale nie otwiera. Kilka sekund. Nie potrafisz wyobrazić sobie bólu i strachu, który właśnie przeżywa Twoje dziecko. Nie możesz mu pomóc, bo nie można otworzyć tego cholernego leżaka. W głowie karuzela… Tysiąc myśli, a co jeśli leżak mu odetnie palec??? Po co tu usiedliśmy?? Mogliśmy od razu iść na to pieprzone sushi! Dlaczego nie został u babci, przecież chciał się jeszcze pobawić??? Leżak odpuszcza. Dużo krwi. Palec wygląda strasznie. Przypominasz sobie wszystkie te sceny, które widziałaś w Grey’s Anatomy i w innych medycznych serialach. Twoje dziecko wygląda jak bohater jednego z odcinków. Uratują palec czy nie? Chaos, co robić? Karetka, taksówka, jak najszybciej do szpitala? Który szpital? Gdzie mu pomogą? Zszyją, na pewno zszyją, przecież w serialach to nawet siekiery z pleców wyciągają, więc taki palec, mały palec. Musi się udać. Ktoś dzwoni po taksówkę, ktoś mówi, jak uciskać rękę, by nie krwawiło. Boję się, że koniec palca zaraz odpadnie.. Tak bardzo chcemy mu pomóc.

 

Maks jest najdzielniejszym bohaterem. Płacze, ale logicznie rozmawia. Taksówka, szpital, izba przyjęć, morfina, bandaż, RTG. Wszystko dzieje się tak szybko. Myślę, zaraz zszyją palec, wyjdziemy do domu, wszystko będzie dobrze. Jeszcze nie wiem, że nie wystarczy zwykłe szycie. Złamana kość, ryzyko martwicy i amputacji. Operacja pod narkozą. Może być konieczna intubacja. A jeśli intubacja, to może uszkodzenie zębów. Podpisujesz jakieś papiery, a wszystko wewnątrz krzyczy: DLACZEGO? Jak to się stało? To tylko kilka sekund! Czy kilka sekund może zmienić życie? W głowie rozgrywasz inne scenariusze tego dnia i zastanawiasz się, po jaką cholerę umówiliście się właśnie tam? Dlaczego nie usiadł na krześle? Nie został dłużej u babci? Nie poszliśmy na dłużej do Smyka po zabawki? Kilka sekund, które tak bardzo chcesz cofnąć.

 

Czekasz na operację. Modlisz się po cichu i zaklinasz Boga, bo przecież w głowie masz te wszystkie złe historie, które kogoś, gdzieś spotkały w szpitalu. Nie ufasz, boisz się. Maks na chwilę zasypia. Widzisz jego uśmiechniętą buzię i chcesz tak bardzo cofnąć czas. A potem widzisz jak odjeżdża na operację. Siedzi na szpitalnym łóżku i macha do Ciebie. Scena z filmu. Lub serialu medycznego. Tylko teraz Ty grasz główną rolę. Nie można wyłączyć. Nie pójdziesz po herbatę. Nie przełączysz kanału. Czekasz i wiesz już, że czas nigdy nie płynął tak wolno. Nigdy nie pragnąłeś tak bardzo, by minęło 15, 30, 50 minut. Gdy wychodzi doktor i mówi, że wszystko się udało, częściowo oddychasz. Możesz się ruszać. Możesz oddychać. Trochę. Bo przecież musisz go zobaczyć. Zobaczyć, że nie śpi. Że rozmawia z Tobą, że płacze i marudzi. Marzysz o tym najzwyklejszym momencie każdego dnia jak o wygranej w totka. I gdy wreszcie wyjeżdża na szpitalnym łóżku, wiesz, że to jedna z najlepszych chwil w Twoim życiu. Co tam palec, co tam paznokieć, gdy tak się martwiłaś…Co z tego, że przed nami kolejne dni w szpitalu, leki przeciwbólowe, antybiotyk, zmiany opatrunku, najgorsze JUŻ za nami. Już wiesz, że bycie rodzicem to największa radość, ale też największy ból. Ból, którego wcześniej nie znałeś. Ból spowodowany cierpieniem Twojego dziecka. Ból, który jak nic uświadamia, ile masz szczęścia, że masz zdrowe dziecko i nie musisz tego strachu przeżywać każdego dnia..

 

Po co o tym piszę?? Bo wtedy, w szpitalu, bardzo chciałam mieć gdzieś w głowie taką historię. Bo bardzo chciałam powiedzieć sobie: „OK, Franek też miał operację pod narkozą i nic się nie stało”. Bo chciałam usłyszeć: uda się, nie straci palca. Bo chciałam wiedzieć, że wszystko będzie dobrze. To teraz mówię to Wam. Wypadki dzieciom zdarzają się zawsze. Ktoś rozbije głowę, ktoś utnie palec, ktoś przegryzie sobie język tak, że krew chluśnie na całą podłogę (to ja jak miałam 1,5 roku), ktoś złamie rękę. To zawsze kilka sekund. Kilka sekund, które chcielibyśmy cofnąć, zmienić, uniknąć. Czujemy się winni. Mogłem tam nie iść, mogliśmy inaczej spędzić czas, mogłam bardziej pilnować. Nie jesteśmy winni. Nie powinniśmy się tak czuć. To się zdarza. Każdemu. Najlepszym. Zawsze czegoś uczy. Zawsze coś daje. Doświadczenie, które zawsze warto sobie przypomnieć, gdy mały potwór irytuje nas krzykiem, płaczem i marudzeniem. Gdy właśnie wylał sok na cały pokój i od godziny czekacie aż się ubierze. A jeśli nie macie takich doświadczeń na koncie, pożyczam Wam nasze. Wyobraźcie sobie siebie w naszej roli. Gdy siedzicie na pustym korytarzu w szpitalu, Wasze dziecko leży pod narkozą na sali operacyjnej, a minuty mijają wolno niczym wieczność. Wiem, jest strasznie… A teraz wstańcie od komputera, przytulcie dzieci i spędźcie z nimi najlepszy weekend ever jakby poniedziałek i obowiązki nigdy nie istniały. Zasługują na to.

 

PS1. Maks czuje się dobrze. Jak zwykle – wulkan energii. Palec został uratowany i lekarze mówią, że pięknie się goi. Maks cieszy się, że ma metalowy opatrunek i jest super bohaterem.

 

PS2. Uważajcie na drewniane leżaki. Nie zostawiajcie tam dzieci samych! Pilnujcie rączek i paluszków!

 

PS3. Warszawski Szpital Dziecięcy przy Świętokrzyskiej przywraca wiarę w państwową służbę zdrowia! Nie polecam nigdy sytuacji, w których będziecie musieli tam trafić, ale jeśli się zdarzą, to najlepszy wybór.

 

 

* zdjęcie pochodzi ze strony www.zastavki.com