Kostaryka. Nie planowaliśmy wcale tu zaglądać, gdy w grudniu kupowaliśmy bilety do Meksyku! Mało tego – gdy jeszcze na początku stycznia pytaliście nas, czy planujemy podczas tej wyprawy jeszcze jakiś inny kraj poza Meksykiem, pisałam, że nie. I rzeczywiście nie planowaliśmy… Meksyk jest ogromny! Ma masę miejsc do odwiedzenia – bardzo różnorodnych – plaże, miasta, ruiny archeologiczne, góry, małe wioski, plantacje kawy, plantacje kakao, wielkie Mexico City. Jednak po 2 tygodniach w Meksyku, przeglądając  prognozy pogody, zaczęliśmy się wahać. Po bardzo intensywnym początku roku w trasie, rozważaliśmy plażowanie w Tulum lub na Holbox, ale prognozy nie były zachęcające – z tego, co wiemy, finalnie nie jest źle, ale my trochę obawialiśmy się plażowania w deszczu. Może to trauma z Tajlandii, gdzie uciekaliśmy przed powodzią, a potem prawie 3 dni siedzieliśmy zamknięci w małym domku z 5-latkiem i niemowlakiem, bo za oknem była ściana wody??? 😉 W każdym razie zaczęliśmy szukać innych opcji – Kostaryka i Belize wylądowały w top. Finalnie wybraliśmy Kostarykę z uwagi na pogodę, na zieleń, którą widziałam chociażby na relacjach naszych Amigos, Zuzy i Kamila z Nierozpakowani i z uwagi na to, że… by tu wjechać nie są potrzebne testy na covid 😉 A do Belize są 🙂 Kupiliśmy loty i  cóż – wydawało się, że to będzie banalna podróż. Co prawda dwa loty, ale krótkie. Co to dla nas??? Lecimy !!! 🙂

 

Jak się okazało wcale nie poszło tak łatwo 😉 Trochę z naszej winy, trochę z uwagi na różne pechowe przypadki, które chyba w spontanicznej podróży chociaż raz muszą się  przydarzyć. Opowiem Wam, a nuż ku przestrodze 😉 Od dość dawna traktuję podróże samolotem jak grę, w której do pokonania są poszczególne poziomy /  levele. Tym razem na niektórych czekało na nas sporo pułapek 😉

Zaczynamy? 🙂

LEVEL 1: dojazd na lotnisko w Villahermosa – startujemy o 7.55

 

Level 1 przechodzimy bez zbędnych problemów. Wychodzimy z hotelu z lekkim opóźnieniem, trochę korków, ale luz, mamy ponad 2 godziny do odlotu do Cancún. To lot krajowy-  problemów nie przewidujemy. Planujemy jeszcze zjeść ostatnie meksykańskie śniadanie – pożegnanie z chilaquiles albo jakieś tacos?

 

LEVEL 2: zwrot samochodu – Europcar –  Villahermosa – 8.33

 

Villahermosa_Europcar

 

Ledwo zaczynamy naszą podróż, ale to pierwszy level, na którym możemy napotkać problemy. Z prostej przyczyny – oddajemy samochód w innym miejscu niż wypożyczaliśmy. Jeśli zdarza Wam się wypożyczać w podróży samochód, wiecie, że często w przypadku miejsc oddalonych od siebie nie jest to prosta sprawa. Nasz był wypożyczony w Puerto Escondido, a oddajemy w Villahermosa. Prawie 710 km. Dopłaciliśmy już online za zwrot samochodu w innym miejscu (ok. 900 zł), ale i tak okazuje się, że tutaj tego nie wiedzą,Villahermosa dzwoni do Puerto, wyjaśniają, ustalają, dogadują. Ktoś próbuje nam wmówić, że ubrudziliśmy tapicerkę, która była już ubrudzona w chwili wynajmu. Brakuje trochę benzyny, więc za brak dopłacamy 3 czy 4 razy tyle niż na stacji 😉 Niby to wiemy i zawsze tankujemy, ale tym razem się nie wyrobiliśmy. Wniosek nr 1: Pamiętajcie o tym! A jak robicie zdjęcia szkód, oglądajcie też tapicerkę 😉

 

LEVEL 3: nadanie bagażu do Cancún – 8.51

 

Klasyka – walizki są za ciężkie. Często mnie to spotyka – niby mamy ze sobą podręczną wagę, ale jej wyliczeniom chyba nie można do końca ufać. Przekładamy rzeczy, kombinujemy, zabieramy co nieco do podręcznego… Na szczęście mam gigantyczną torbę – mogę tam włożyć wszystko! To plażowa torba polskiej marki HIUMA – polecam Wam bardzo jak widać nie tylko na plażę 😉 To TAKA! Naprawdę ratuje życie w podróży 😉 Do podręcznego zabieramy też tradycyjny, piękny moździerz, który zamierzamy wykorzystać jako dekorację w jednym z naszych nowych DESEO. Jest mega ciężki, więc od razu mniej kg na wadze! Walizki nadane, uff! Level 3 zaliczony!

 

LEVEL 4: skanowanie bagażu w Villahermosa

 

Z mojej gigantycznej torby celnik wyciąga owinięty w Łukasza koszulę moździerz, który waży ze 3 kg. Łatwo było go wyjąć, by obniżyć wagę głównego bagażu. Gorzej, że nie można z nim lecieć w podręcznym. Moździerz ląduje w koszu na lotnisku w Villahermosa. Udaje nam się zjeść całkiem dobre śniadanie – chilaquiles i tacos cochinita pibili, wypić kawę i świeżo wyciskany sok, kupić lokalne czekolady – jest dobrze! Jest 9.35.

 

LEVEL 5:  wsiadamy do samolotu o 10.10 i startujemy do Cancún  – o 11.45 witają nas już piękne widoki! Co jak co, ale z lotu ptaka kurort wygląda niesamowicie!

 

cancun z lotu ptaka

 

LEVEL 6: zmieniamy godzinę w telefonach na tutejszy czas (plus godzina) i odbieramy walizki w Cancún – mamy mało czasu do kolejnego lotu, ale na szczęście, jak na życzenie walizki dostajemy mega szybko! Teraz może być już tylko lepiej!!!

LEVEL 7: odprawa do Kostaryki – 13.38 – 14.30

 

Costa Rica_Pase de Salud

 

Lotnisko w Cancún bardzo przyjazne, mocno amerykańskie. Porządek, organizacja, będzie dobrze! Kierujemy się do stanowisk odprawy na lot do San Jose… ale zaraz, zaraz czy macie QR kody i ubezpieczenie do Kostaryki?? Masz Ci babo placek!!! Mi o ubezpieczeniu i kodach pisała Zuza – kilka dni temu opuścili Kostarykę, ale ja uznałam, że jak Łukasz kupował bilety to na pewno te informacje również tam były. Może były, ale… po hiszpańsku.

Zastanawiam się, jak to się mogło stać, że kolejny raz nie jestem gotowa z odpowiednimi dokumentami po tym, co spotkało nas w sierpniu w Bułgarii (pisałam o tym TU). Co za deja vu!!! Ale luz – można to załatwić na lotnisku! Ale jeśli Wy lecicie do Kostaryki, zróbcie to wcześniej 😉 Wszystkie info są na stronie MSZ – o TU. W pośpiechu wypełniamy 4 formularze Pase de Salud – wersję w języku angielskim znajdziecie TU. Formularze to pikuś – warto wiedzieć, że każdy członek rodziny, również dziecko, musi mieć osobno wypełniony formularz i własny QR kod.

Gorzej idzie nam z ubezpieczeniem. Teraz już wiem, jak to dokładnie wygląda i jak jest opisane na stronie MSZ.  Zgodnie z info na stronie naszego MSZ: trzeba “posiadać ubezpieczenie zdrowotne ważne na całym terytorium Kostaryki przez planowany okres pobytu, gwarantujące pokrycie kosztów leczenia związanych z COVID-19 w wysokości co najmniej 50 tys. USD oraz minimum 2 tys. USD na zakwaterowanie w przypadku konieczności odbycia kwarantanny lub zmiany planów podróży. Akceptowane jest międzynarodowe ubezpieczenie medyczne, pod warunkiem, że podróżujący przedstawi dokument po angielsku lub hiszpańsku wydany przez ubezpieczyciela, w którym zostanie potwierdzone spełnienie wszystkich ww. wymogi. Preferowane i mocno rekomendowane są ubezpieczenia wykupione w kostarykańskich firmach ubezpieczeniowych: Sagicor (https://tiendasagicor.com/) lub Instituto Nacional de Seguros (www.ins-cr.com).” W Cancún dostajemy info, że to MUSI być INS czy Sagicor, więc kupujemy ubezpieczenie, pomimo, że mamy ubezpieczenie związane z leczeniem Covid w ramach naszych kart Diners Club. Oki, mamy wszystko, idziemy!!

Ale nie, stop! Jeszcze bilet powrotny! Też musimy go dokupić na już – inaczej się nie odprawimy. Tak, info o tym również jest na stronie MSZ. Na walizkach z laptopem w ręku Łukasz kupuje bilety, a nasze bombelki kompletnie nie przejęte całą sytuacją ganiają jak oszalałe, bo przecież airport is their playground 😉 Do tego ich przyzwyczailiśmy 😉

 

LEVEL 8: odprawiamy się, nic nas nie powstrzyma!

 

Dobra, mamy to, idziemy do stanowiska odprawy. Podajemy paszporty, pani wyjmuje z nich meksykańskie formularze, które wypełniasz na wjeździe / przy przylocie. I nagle: czy wjechaliście do Meksyku drogą lądową??? Niby 27.12 przylecieliśmy samolotem, ale karteczki są nowe, wypełnione na granicy z Gwatemalą, więc tak, wjechaliśmy drogą lądową. No to nie możecie lecieć bez specjalnego stempelka. Jak wjechałeś lądem, to bez stempelka drogą powietrzną się nie wydostaniesz. Stempelek zrobisz  w pokoju Imigración za restauracją. Łapię 4 paszporty, 4 karteczki i biegnę po stempelki.

 

LEVEL 9: mamy stempelki!

 

LEVEL 10:  bagaż znów za ciężki, obsługa mniej wyrozumiała niż w Villahermosa, musimy dopłacić za nadbagaż + wypełnić kolejne karteczki o stanie zdrowia, tym razem meksykańskie

LEVEL 11: w biegu zjadamy burgery i kupujemy kawę – w końcu jedliśmy dziś tylko śniadanie i to milion lat temu!! – 15.15

LEVEL 12: lot z Cancún do San Jose na szczęście przebiega bez problemów. UFF!!! Nic nas nie powstrzyma!! Znów cofamy czas o godzinę! Jest 16.37 i jesteśmy w Kostaryce.

 

lecimy

 

LEVEL 13: Jesteśmy w San Jose! Pokazujemy wszystkie QR kody i już myślimy, gdzie jechać dalej…

 

Zaraz, zaraz. QR kod Jagody nie działa! Jak nie działa, jak wszystko robiliśmy tak samo?? Przecież to 4 letnie dziecko, każdy formularz wypełniony. Nie martwcie się, ale musicie tam iść do autobusu i pojechać tam, gdzie walidują QR kody.

 

LEVEL 14: walidujemy QR kod Jagody

 

lotnisko San Jose

 

Docieramy. Autobusem jedzie więcej obcokrajowców, ale idzie szybko i sympatycznie. Na lotnisku w San Jose jest też stanowisko INS i można u nich dokupić ubezpieczenie, bo nagle okazuje się, że to, co kupiliśmy w Meksyku jest na 2 osoby, a nie 4, pomimo, że tam mówili, że 1  ubezpieczenie na rodzinę 😉 Okazuje się również, że nasze ubezpieczenie Diners Club też powinno tu działać. Tłumaczymy, co i jak, pokazując polski dokument na temat włączenia kosztów leczenia Covid do odpowiedzialności ubezpieczyciela. Walidują nam QR kod Jagody i mówią, byśmy pisali do INS po zwrot kasy za ubezpieczenie kupione w Meksyku. Wracamy do celnika.

 

Level 15: wpuścili nas! Walizki stoją grzecznie na lotnisku, przy taśmach, bo wszyscy już swoje odebrali.. Jest 17.30!

 

Ale zaraz, zaraz: QUE ES ESTO??

By wyjść  z lotniska, wszystkie bagaże muszą zostać prześwietlone. Idziemy, przecież to tylko formalność. Dzieciaki klasycznie chcą po kilka razy skanować swoje przytulanki. Nagle celniczka zabiera jedną z walizek i otwiera. Każe rozwiązać nasze jutowe worki z ziarnami kakao. Patola jak nic. Przemytnicy kakao z dziećmi! Wyciągają ziarna z poszczególnych pakunków, wybierają kilka, kroją je, próbują… a ja już mam czarne wizje, jak wszystkie nam zabierają. Na szczęście wszystkie są “secos”, czyli wysuszone!!! Możemy je zabrać!!! Zjadają tylko 2, a my pakujemy worki to walizki i czym prędzej się zawijamy, bo a nuż zmienią zdanie 😉 Jest 17.59. To nasze zmęczone bombelki po 10 godzinach w drodze… w wypożyczalni znów zaczynają biegać jak oszalałe 😉 Nie, nie dawaliśmy im kawy. Innych używek też nie 😉

 

dolecieli do San Jose

 

LEVEL 16: jedziemy do wypożyczalni po samochód. Wszystko idzie wreszcie szybko i sympatycznie. Sprawna obsługa, już witamy się z gąską! – 18.19

Pakujemy bagaże do samochodu, dzieciaki się usadzają, rozkładają zabawki. My chodzimy wokół i robimy zdjęcia wszystkim szkodom, które musimy zaznaczyć na formularzu. Wsiadamy!! Startujemy, YESSSS!!!

“Maks, domknij drzwi, bo masz otwarte..czujnik pika. Jeszcze raz domknij, nadal pika!” “No domykam przecież!” “Czekaj, ja sam to zamknę!” Efekt ten sam –  czujnik popsuty. Nawet przy zamkniętych drzwiach, czujnik non stop piszczy.  Podróżować się tak nie da, więc…

 

LEVEL 17: zmieniamy samochód – 18.55

Przesiadamy się. Bagaże, dzieci, zabawki, wszystko. Kolejny samochód do obejrzenia, sfotografowania, wypełnienia, gdzie są szkody. Dobra, zrobione! Jedziemy… 15 minut po opuszczeniu parkingu wypożyczalni, okazuje się, że Łukasz zostawił w samochodzie nr 1 okulary przeciwsłoneczne. Jesteśmy już jednak w drodze, jedziemy dalej! Mamy nadzieję, że przechowają je do końca naszego pobytu.

 

LEVEL 18: próbujemy kupić karty SIM, których nie kupiliśmy na lotnisku, bo nie można było płacić kartą. Na dwóch stacjach benzynowych kart brak, innych miejsc z kartami na trasie brak.

LEVEL 19: musimy znaleźć hotel. Zatrzymujemy się pod jakąś knajpą z planem “zjemy i znajdziemy hotel”. Jesteśmy dobrej myśli, dojeżdżamy nad morze! Knajpka okazuje się pusta, więc nie chcemy ryzykować kulinarnej porażki. Na szczęście na parkingu łapiemy WIFI – na Booking.com szukamy hotelu w okolicy.

 

LEVEL 20: mamy hotel, jedźmy!!! – 20.30

Wydaje się, że już wszystko musi być OK! Hotel, co prawda ma dość niską opinię na Booking.com (8,0), ale jesteśmy zbyt zmęczeni, by przeczytać szczegóły. Zdjęcia plaży i basenu zachęcają! Tak właśnie dochodzi do wpadek.. Lądujemy w dziwacznym miejscu, które chyba nie powinno nazywać się hotelem, tylko hotelowym miastem! Okazuje się, że z naszego apartamentu na plażę powinniśmy jechać samochodem lub transportem hotelowym 😉 100 lat trwa check-in, a my marzymy tylko o kolacji. Room service brak, ale do 22.00 jest czynny bufet. Jest 21.40 – jedziemy szybko, by zjeść. Ja widzę przed sobą bufet pełen pysznych dań, przyjemną atmosferę, świeże owoce. Mam przed oczami bufety chociażby z Tajlandii i mam nadzieję, że zaraz będziemy siedzieć i śmiać się z wszystkich przygód tego dnia….

Nic bardziej mylnego. Nie mam zdjęć, ale ten bufet był tak dramatyczny, że naprawdę nie wiedziałeś, co wybrać… A koszt? 20 dolarów za osobę!!! Na szczęście Maks 10 dolarów i Jagoda gratis i dobrze, bo za makaron z masłem to nawet 10 dolarów to za dużo :/ Owoców w kraju owoców pełnym ZERO!!! Twarde mięsa, ryba bez smaku, ryż i panierowany kalafior i trochę sałatek. Nie pamiętam, kiedy tak źle zjedliśmy. Już wtedy wiemy, że tam nie zostaniemy…

 

LEVEL 21:  gdzie nasz pokój?

Dobra, jedzenie słabe, chodźmy się wreszcie położyć. Czas na poszukiwanie pokoju, bo od kiedy 302 na kluczu oznacza 2 na drzwiach?? 😉 Potem już tylko brudna kanapa, zniszczona łazienka, zardzewiałe drzwi od lodówki, wydająca dziwne odgłosy klimatyzacja i takie tam typowe gadżety w apartamencie za 900 zł 😉

O poranku zawinęliśmy się stamtąd jak najszybciej mogliśmy i ruszyliśmy szukać szczęścia w Kostaryce 😉

 

Ciężki to był początek!!! Po co Wam to opisuję? Byście wiedzieli, że w podróży każdy ma czasem pod górkę, nawet doświadczony gracz taki jak my. Czasem to nasza wina, bo zapominamy, bo jesteśmy zmęczeni, czasem po prostu mamy pecha. Jedno jest pewne – takie już uroki spontanicznych podróży. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i biczować się za pomyłki. Przygody sprawiają, że bardziej pamiętasz. Przygody sprawiają, że bardziej doceniasz. A potem… nagroda lepiej smakuje… a nasza nagródka wygląda tak 😉 Ale to już temat na kolejny post 🙂

 

Pozdrawiamy z Costa Rica!

 

Kostaryka_zdjęcie tytułowe