Cisza… Takiej ciszy na blogu, Facebooku i Instagramie nie było u nas chyba nigdy! Bo, że kilka dni bez nowego posta na blogu – to na pewno już się zdarzało wielokrotnie, gdy podróżowaliśmy, gdy pracy było zbyt wiele, gdy nie było czasu usiąść i spisać tego wszystkiego, co chciałam Wam powiedzieć. Bo pomysły i tematy zawsze są, ale czasem czasu brak, by usiąść, przelać je na bloga, dodać zdjęcia i puścić w świat. Ale Facebook i Instagram?? Od tygodnia żadnej nawet małej relacji, żadnego zdjęcia… Niestety.. przez kilka dni kompletnie nie miałam siły na nic, leżąc i czekając aż drań Covid puści, a przecież początek był taki niewinny!

 

Dlaczego robiliśmy badania na Covid?

 

Myślę, że każdy, kto nas zna, łatwo może się domyślić, dlaczego 😉 Wielkimi krokami zbliżała się Wielkanoc, a my chcieliśmy… po prostu wyjechać! 🙂 Tak jak zrobiliśmy pod koniec grudnia i nigdy tej decyzji nie żałowaliśmy, bo Meksyk w styczniu był absolutnie cudowny! Na Wielkanoc też postanowiliśmy uciec… robiliśmy to zresztą od lat! Przez lata spędzaliśmy Wielkanoc wyjazdowo: w Positano we Włoszech, w Howth w Irlandii, czasem w Zakopanem, na nartach w Austrii, podziwiając kwitnące wiśnie w Japonii, na wielkanocnych procesjach w Andaluzji. W tym roku w Wielki Czwartek mieliśmy bilety do Dubaju, a w planach odpoczynek, plażowanie, ciepło, wycieczkę na pustynię, stary Dubaj i duuuużo rewelacyjnego arabskiego jedzenia! Już nawet część letnich rzeczy leżała w blokach startowych gotowa, by włożyć je do walizki! Czekał nas tylko test PCR – na 72 godziny przed wylotem…

 

Na testy udaliśmy się we wtorek rano. Ja i Łukasz, bo dzieci do 12 roku życia testów do Dubaju robić nie muszą. Poszło sprawnie i szybko. Kolejny raz korzystaliśmy z testów badamygeny.pl i szczerze mówiąc, nawet nie zamierzam testować innych laboratoriów, bo u nich wszystko odbywa się idealnie! Umawiasz się na test w konkretnym punkcie, na konkretną godzinę, przyjeżdżasz, 5 minut i po sprawie. Łukasz czuje się całkowicie normalnie, więc problemów nie podejrzewa. Ja jestem trochę niespokojna… Mam wrażenie, że nie czuję zapachów, ale zrzucam to na zatkany nos, z którym wiecznie mam problemy i kolejny raz wyrzucam sobie, czemu jeszcze się nim nie zajęłam… Po testach ruszamy ogarniać rzeczywistość przed wyjazdem – jeszcze masa spraw do domknięcia… Co jakiś czas klikamy i sprawdzamy online czy wyniki już są. Trochę nadgorliwie, bo mają być do 24 godzin… ale chcemy już wiedzieć!

 

Wynik: pozytywny….

 

Wieczorem już nie możemy się doczekać informacji, bo chcemy wiedzieć, na czym stoimy. Pakować się? Szukać hotelu? Czy jednak nie?… i bum: jednak nie! Jesteśmy pozytywni. Oboje! Tego się nie spodziewaliśmy… Ja czułam, że może jednak coś jest nie tak, ale Łukasz? Czuł się totalnie świetnie – dwa dni wcześniej jeszcze zasuwał 50 km na rowerze!!!  We wtorek wieczorem dowiedzieliśmy się, że z wyjazdu nici i jesteśmy uziemieni. Gdy już pogodziłam się z odwołanym wyjazdem, zaczęłam wymyślać, czego to ja nie zrobię w te dni izolacji… Porządki w szafach, zaległe posty na bloga, porządki w zdjęciach, testowanie nowych przepisów z thermomixa, gry z dzieciakami, seriale, książki. Masa rzeczy, na które nie miałam czasu!!! Przecież tyle dni przede mną!!!

 

Szybko jednak okazało się, że totalnie się myliłam….

 

Faktycznie na początku trochę tak było – gry, gotowanie, praca zdalna, ale bardzo szybko się okazało, że dla mnie Covid wcale nie będzie przyjemnym relaksem w domu. Chociaż i tak cieszyłam się, że mogę być w domu, a nie w szpitalu, ale męczyła mnie przede wszystkim bardzo wysoka temperatura, czasem dochodząca do 39,5 czy nawet 40 stopni. Po lekach (zaleconej przez znajomego lekarza Aspirynie), spadała, ale 36,6 na termometrze zobaczyłam dopiero po 5 czy 6 dniach. Wielkanoc zlała się w jedno wielkie leżenie, brak sił na cokolwiek… Nie będę Wam jednak narzekać, bo jestem szczęśliwa, że to tylko gorączka, że byłam w domu, że miałam wszystko, czego potrzebowałam! Piszę Wam o tym, żebyście wiedzieli, czemu zniknęłam. Po prostu nie miałam siły tu być… Nie miałam siły pisać, wrzucać, nawet odpowiedzieć na komentarze Teraz nawet mam wrażenie, że ten czas szybko mi minął! Po prostu czułam się na tyle źle, że nie miałam siły, ochoty i czasu rozpaczać, że mi źle w domu, na izolacji… Na szczęście inne objawy poza gorączką i zatkanym nosem (ale ten niestety towarzyszy mi bardzo często) się nie pojawiły, a Łukasz przez cały czas czuł się dobrze, więc mógł donosić mi leki, płyny i ogarniać dzieciaki 😉 Maks i Jagoda niezmiennie tryskają energią non stop i nie wykazują żadnych objawów chorobowych 😉

 

Teraz…i morał!

Teraz jest już lepiej. Jest czwartek, a to już trzeci dzień bez temperatury i coraz bliżej końca naszej izolacji!!! 🙂 Nie będę Wam tu pisać ostrzeżeń, wskazówek i tego, żebyście myli ręce ;))) Bo wszyscy to wiecie! 🙂

Jaki jest mój morał z tego wszystkiego? 🙂 Taki, o którym pisałam Wam od dawna… zawsze wtedy, gdy słyszałam, że zarazimy się w podróży, na pewno w samolocie, w bułgarskim punkcie szczepień, w Mexico City, w hotelu w Kostaryce, na pewno przywieziemy odmianę meksykańską, itd. Odpowiadałam zwykle podobnie: że zarazić się możemy w sklepie pod domem, w pracy, od dziecka z przedszkola, w codziennym życiu. Ta sytuacja tym bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że wszystkie nasze decyzje o podróżach, które podjęliśmy przez ostatni rok, od marca 2020, były właściwe! Cieszę się, że nie zrezygnowaliśmy ze zwiedzania Polski w czerwcu i lipcu 2020, z wielkiej europejskiej wyprawy samochodowej w sierpniu, z wyjazdu integracyjnego na Podlasie, z zawodowej wyprawy do Włoch i wreszcie z cudownych 40 dni w Ameryce Środkowej w grudniu i styczniu! I nie zamierzam tego podejścia zmienić! Stay Tuned! Wracam do Was! 🙂 Trochę zaległych postów mam…. 🙂 Pora je nadrobić! 🙂