Gdynia. Pierwsze tak zimne popołudnie w tym roku, wietnamski obiad w zaskakująco dobrym Good Morning Vietnam i gazeta, by przyśpieszyć oczekiwanie na upragniony sajgonki. Gorący napar z pomarańczy i imbiru, a do tego „Wysokie Obcasy”. Kiedyś sobotni rytuał, obecnie częściej przypadek lub „umilacz” długich podróży. I jak zawsze na początek LIST TYGODNIA. Bo je uwielbiam, bo dają do myślenia, bo czasem przez kilka kolejnych dni nie potrafią wyjść z głowy. A czasem TO JA wcale nie chcę, by z głowy wyszły…

Tak było w sobotę! Może leży gdzieś u Was na stoliku przy kanapie ten numer, przykryty innymi gazetami, może Wasze dziecko już zdążyło poćwiczyć na nim zdolności młodego Picassa, ale spróbujcie je odnaleźć. List tygodnia jest krótki, ale w punkt oddaje moje, nasze przemyślenia, treści nocnych rozmów u nas w domu czy gdzieś na imprezie ze znajomymi. Temat, który może nas zaboleć, temat, o którym czasem zapominamy, bo tyle jest ważniejszych spraw wokół.

 

 

Autorka listu przytacza swój wpis na Facebooku. Opisała w nim krótkie spotkanie ze starszym panem, który samotnie spacerował z psem. Opowiedział jej, że kilka lat temu zmarła mu żona, a jemu w zasadzie nie chce się żyć. Bo nie ma nikogo. Jest sam. Dzieci są albo daleko albo zbyt zajęte własnym życiem, rodziną, karierą, by spędzać czas ze starym ojcem. Nie ma przyjaciół, nie ma bliskich znajomych. Autorka listu podsumowała tę sytuacja mocnym stwierdzeniem. Stwierdzeniem, które od soboty cały czas mam w głowie:

 

„ Czy naprawdę wierzycie, że posiadanie rodziny gwarantuje, że nie będziecie sami w przyszłości? Czy po to są dzieci, żeby miał kto podać szklankę wody na starość? O tym czy jesteśmy sami czy nie, decydują PRZYJACIELE. Jeśli ich mamy, nie będziemy sami. Jeśli mamy tylko rodzinę, duża szansa, że będziemy.”

 

Mocne, prawda? Przecież od zawsze słyszymy, że to rodzina jest najważniejsza! Że wszyscy odchodzą, że z każdym możesz się pokłócić o ideały, pieniądze czy faceta, ale rodzina zawsze jest przy Tobie. Dzieci, mąż, żona, czasem rodzeństwo, czasem rodzice. Przecież to dla rodziny żyjemy, dla rodziny się poświęcamy, czasem pracując po kilkanaście godzin na dobę i zapominając o reszcie świata. Czy zapominamy też o przyjaciołach i znajomych, którzy kiedyś byli najważniejsi, bez których kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie tygodnia czy weekendu? Coraz częściej tak! Bo praca, bo kariera, bo kolejny projekt, bo szef wymagający, bo samo się nie zrobi, bo nie mam czasu, bo zarobiony jestem, bo miesiąc ciężki. A gdy już pojawi się dziecko lub co gorsza, więcej dzieci, umarł w butach. Nie ma czasu na nic. Jest robota, dom, dzieci, robota, dom, dzieci. Budzik, trasa do biura, wyścig z czasem, w korku do domu lub do przedszkola. Wyrwane gdzieś ostatnim wysiłkiem godziny na zabawę z dzieckiem. A potem spać lub.. jeszcze trochę popracować, bo przecież zarobiony jestem. Każdą chwilę bez rodziny, poświęcamy pracy. Każdą chwilę bez pracy poświęcamy rodzinie, dzieciom, by zobaczyć je chociaż przez 2-3 godziny dziennie. A gdy przychodzi weekend, chcemy wynagrodzić dzieciom i rodzinie naszą nieobecność przez cały tydzień. Pobyć razem, pobyć w domu, pojechać do dziadków – przecież też wnuków dawno nie widzieli. Powiecie, że to normalne… Powiecie, że tak już jest… Że w liceum, na studiach i krótko potem znajomi i przyjaciele są centrum naszego życia, ale potem przychodzi dorosłe życie. Że każdy skupia się na tym, co najważniejsze. Że czasu brak. Że najważniejsza przecież jest rodzina.

 

Znajomi i przyjaciele spadają na boczny tor. Wieczorem już nie imprezujemy i nie wychodzimy na miasto tak często jak kiedyś, lunchów na mieście nie jemy, bo czasu brak i nagle okazuje się, że naszych znajomych i przyjaciół prawie przestaliśmy widywać. Wiecie, ile razy słyszeliśmy narzekanie z tym związane, zwłaszcza ze strony osób bezdzietnych?

 

„Nie mam już kumpli. Wszyscy dziecko, robota, dom. Nawet na piwo nie wyjdzie, bo żona mu nie pozwala! Kiedyś się umówiliśmy, czekam na telefon, mieliśmy na piwo skoczyć… aż wreszcie dzwonię, a tu żona odbiera i mówi, że Tomek przecież kąpie Jasia… zanim skończył już na piwo za późno było, bo rano robota”

 

„Wyjechałam, bo w Warszawie nic się nie dzieje. Nikomu się nic nie chce. Nikt nie imprezuje już do rana. Wszyscy zamykają się w domach lub w robocie, tu nie ma życia!”

 

„Odkąd urodziło jej się dziecko, całkiem jej odbiło! Jak mamy się spotkać, jak ona o 18.00 to już szykuje małą do snu, a ja do 17.00 pracuję??? ”

 

Moje koleżanki nie mają jeszcze dzieci, ale i tak każda po pracy jest zmęczona i najchętniej leży w dresie gdzieś w domu przed telewizorem. Cały czas to ja muszę wychodzić z inicjatywą!”

 

 

przyjaźń, przyjaciele

1992 – piękna data

 

 

Z czasem masz wrażenie, że słyszysz takich wypowiedzi coraz więcej. Z czasem, gdy próbujesz wyciągnąć kogoś na spotkanie, jest coraz trudniej. Impreza? Nieee, odpada, nie ma z kim dzieciaka zostawić! Umówmy się w piątek z dziećmi? Nieee, zj…any jestem po robocie! Kawa po pracy – nie mogę, muszę do małego lecieć! Może spotkanie w weekend? No tak, fajnie, ale przecież do rodziców trzeba pojechać, posprzątać, obiad ugotować, z dziećmi się pobawić.

 

Rodzina. Rodzina jest ważna. Jest podstawą, ostoją, daje nam siłę i zrozumienie. Ale nie jest jedyna. Znacie ten cytat: „Przyjaciele to ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapomniały jak latać”? Ja bardzo w niego wierzę. I pomimo, że czasem jest trudno znaleźć na wszystko czas, nie chcę zamykać się tylko w swojej rodzinie. Chcę mieć przyjaciół, chcę mieć znajomych. Nigdy nie wiesz czy ukochanego męża /żony nie stracisz za 5 czy za 10 lat. Wiem, mówienie o tym boli, ale taka jest brutalna prawda. Co wtedy? Kto Cię wtedy znów nauczy Cię latać, jeśli przez kilka ostatnich lat nie miałeś czasu dla przyjaciół? Jeśli zapomniałeś o znajomych? A nawet jeśli przetrwacie oboje, razem czy nie będzie Wam nudno i smutno, gdy zostaniecie sami, jak dzieci wyfruną z gniazda?

 

Dzieci? Są kochane i wierzę, że takie będą również w dorosłym życiu. Ale czy naprawdę będziemy chcieli je ograniczać tym, że mają zajmować się „starą matką” czy rodzicami??? Ja chcę, by mój syn zdobywał świat. Jeśli uzna, że chce mieszkać w Madrycie, skoczę z radości. Jeśli wybierze Nowy Jork, również. Nie chcę, by myślał: „Pojechałbym, ale nie zostawię mamy samej!”

 

Ja chcę spędzić przyszłe lata w radości. Nie sama, ani nawet nie we dwoje. Chcę pić wino lub  gorącą czekoladę z moimi przyjaciółkami i wspominać dawne czasy. Chodzić na spacer na plotki, gdy już wszystkie będziemy opierać się o laski lub…. o balkonik. Wiem, że pracuję na to już teraz. I choć czasem zapominam oddzwonić (przepraszam!), czasem też nie mam czasu, wiem, że zawsze warto próbować, proponować, zabiegać, dbać o relacje, spotykać się jak najczęściej. Bo tak jak napisała autorka listu, to przyjaciele mogą sprawić, że nigdy nie zostaniemy sami ….  choćby mąż rzucił dla młodszej, a dzieci rozjechały się we wszystkie strony świat….;)

Zastanówcie się teraz, ile średnio czasu w  tygodniu poświęcacie swoim znajomym i przyjaciołom, a ile pracy, rodzinie, dzieciom? Jak często dzwonicie zapytać, co słychać? Za mało, za rzadko? Może jeszcze o Was nie zapomnieli! Jest szansa! Może nie za późno, by to zmienić? Najlepiej już dziś!