Nie od dziś wiadomo, że uwielbiam Hiszpanię. Hiszpański luz, hiszpańskie piosenki, tapas i sangrię. Barcelonę , Madryt i Bilbao. Kanapki z kalmarami i patatas bravas. Orzeźwiającą clarę w gorący dzień i churros maczane w czekoladzie. Uwielbiam Hiszpanów za ich podejście do życia, uśmiech, luz. Podobne uczucia budzą we mnie Włochy… zwłaszcza te południowe. Luz. Włoskie piosenki, piach na stopach, lody codziennie, słodkie wypieki na śniadanie i pizza na kolację.

W obu tych krajach czuję się taaaaak dobrze. I po ostatnich pobytach wiem, że tęsknię za nimi nie tylko przez słońce i kuchnię, ale też przez ludzi. Przez podejście. Przez luz, którego u nas brakuje. Przez pozytywny stosunek do drugiego człowieka, przez gwar w restauracjach. Przez dzieci biegające na placu zabaw do nocy. I chociaż wiem, że ludzi są różni, że w każdym społeczeństwie są radości ekstrawertycy i mrukliwi introwertycy, to kilku rzeczy moglibyśmy się nauczyć zarówno od Hiszpanów, jak i od Włochów.

Ciekawa jestem bardzo czy chociaż trochę się ze mną zgodzicie 🙂

 

1) PODEJŚCIE DO DZIECI

 

Wiadomo – kiedyś nie zwracałam na to uwagi, ale odkąd mam dzieci i to z nimi najczęściej podróżuję, spędzam czas, chodzę na plac zabaw, na lody i do knajpy, zwracam na to uwagę zdecydowanie bardziej. Tam się po prostu lubi dzieci. Dzieci uczestniczą w życiu, są obecne w restauracjach, knajpach, na placach. Czasem są obecne nawet w barach i nikogo to nie dziwi! W Andaluzji wielokrotnie widzieliśmy dzieciaki o 21.00 na kolacji z rodzicami. W San Sebastian wózki w pintxos barach i rodziców popijających wino czy lokalną sidrę. Dzieci zajadające makarony na kolację we Włoszech i biegające do nocy na placu zabaw. Dzieci tak samo głośne (a może głośniejsze?) niż nasze. Tak samo rozbrykane. Tylko im to jakby mniej przeszkadza…? Każda wizyta w Hiszpanii czy we Włoszech utwierdza mnie w przekonaniu, że nasze społeczeństwo nie jest społeczeństwem lubiącym dzieci. Lubimy na nie narzekać, uciszać, przewracać oczami gdy wchodzą do samolotu czy do knajpy. Czy tam mnie to kiedyś spotkało? Nie!

 

Uwielbiam ich za większy luz w stosunku do dzieci. Do ciasteczek, białej buły, Nutelli i lodów. Za to, że na placu zabaw wieczorem jest masa dzieci, a u nas jedno… i często to Jagoda (pomimo, że upały mamy takie same jak oni!). Uwielbiam ich za to, że nikt nie krytykował mojej przyjaciółki, że odbiera synka ze żłobka po 18.00, bo tak się tam pracuje… A u nas większość mam oddających maluchy do żłobka jest wpędzana w wyrzuty sumienia. Dziwnym trafem oni potrafią nadal cieszyć się życiem z dziećmi u boku i nie zmieniają wszystkiego od urodzenia malucha. Nadal kochają wychodzić, spędzać czas ze znajomymi, jeść w restauracjach. Mam wrażenie, że my się tego dopiero uczymy…

 

2) PODEJŚCIE DO JEDZENIA

 

Życie w Warszawie niezmiennie sprawia, że mam wrażenie, że świat trochę oszalał. To niezdrowe, tego nie można. Cukier nie, gluten nie, laktoza nie, pizza nie. Płatki śniadaniowe nie, nutella zło, jajka z niespodzianką nie kupuj. Dzięki Bogu, że moja praca pozwala mi na częste rozmowy z ludźmi z innych miast w Polsce, często tych mniejszych, bo inaczej chyba bałabym się kupić dziecku coś słodkiego w sklepie. Chcę normalności. Żyjmy zdrowo, ale do cholery… nie odmawiajmy sobie i swoim dzieciom wszystkich przyjemności!!! Nie widziałam we włoskich lodziarniach lodów bez cukru i wiecie co? Nadal stoją tam kolejki!!! Słodkie śniadania to klasyk. Tłuste churros w czekoladzie może nie są codziennym śniadanie, ale już bagietka z jamon serrano czemu nie?  Pizza, makarony, tapas, smażone ziemniaczki, smażone kalmary i co z tego? Czy naprawdę sądzimy, że Włosi czy Hiszpanie jako naród wymrą szybciej niż my?

To od nich powinniśmy się uczyć jak cudownie celebrują razem wspólne jedzenie. Jak wieczorami zasiadają do stołów, piją wino, jedzą i jest im po prostu dobrze. Pewnie tam też są osoby na diecie, nie jedzące glutenu i dzieci, które nie tykają cukru… ale mam wrażenie i potwierdzone info prosto z Madrytu, że jest ich jednak mniej…

 

3) PODEJŚCIE DO SWOJEJ FIGURY

 

To chyba idzie w parze z podejściem do jedzenia. Pamiętam, jak na Erasmusa do Warszawy przyjechali Hiszpanie. Moja przyjaciółka zajmowała się dwoma dziewczynami. Żadna z nich nie miała idealnej figury i chyba wtedy, przed dwójką dzieci, blogiem i cukiernią, ja miałam figurę lepszą.. ale niezależnie od tej figury, obie były przepiękne, pewne siebie, uśmiechnięte. Gdy obserwowałam i je, i innych znajomych, obcych ludzi we Włoszech czy Hiszpanii, wielokrotnie miałam wrażenie, że cudowny czas przy stole z rodziną i przyjaciółmi jest dla nich ważniejszy niż idealny brzuch. I ja tego się trzymam!

 

4) PODEJŚCIE DO INNYCH

 

„Hola Guapa! Que quieres?” – to jedno ze zdań, które utknęło mi w głowie. Był 2008 rok, dojechałyśmy z przyjaciółką do Barcelony i właśnie szłyśmy na pierwsze piwo. Mały bar, tłum ludzi i barman, który w wolnym tłumaczeniu mówi do Ciebie „Cześć Piękna! co dla Ciebie?”. Nie mówi tego, bo chce Cię poderwać. Nie ma w tym żadnego interesu. Jest po prostu miły i otwarty. Ktoś się do Ciebie uśmiecha, ktoś poklepuje po plecach. Czujesz, że jesteś w miejscu, w którym człowiek człowiekowi przyjacielem, a nie wilkiem. To wrażenie niezmiennie towarzyszyło mi wszędzie w Hiszpanii i wszędzie we Włoszech. Wiem, że wszędzie są źli ludzie. Ale pomimo to, że w Polsce jestem u siebie, czasem bolą mnie te skrzywione spojrzenia, ta pretensja o to, że dziecko mówi za głośno, a Ty za głośno się śmiejesz. Co zabawne, mój były często mi mówił, że za głośno mówię… Wystarczył tydzień na Erasmusie w Kraju Basków, by zrozumieć, że to jego problem, nie mój. Hiszpanie czy Włosi są tak głośni, że dorośli potrafią zrobić więcej hałasu w restauracji niż banda dzieci. Mi to pasuje. Wolę jeść w gwarze niż szepcząc i bojąc się odezwać.

 

5)  LUZ I PODEJŚCIE DO ŻYCIA

 

Pewnie można by podsumować ten artykuł jednym hasłem i nie rozpisywać wszystkiego na punkty. LUZ. LUZ. LUZ. Mają go więcej niż my. I pomimo, że mają problemy, nie są rajem na ziemi, jak w każdym kraju jest masa nieprawidłowości i irytujących elementów, w nich luzu jest więcej niż w nas. Więcej radości. Więcej uśmiechu. Więcej otwartości na innego człowieka. Na siebie. Na dzieci. Mniej oceniania. Mniej pretensji. Może to słońce? A może to właśnie te wspólne kolacje, gwar, wino i długie wieczory bez konieczności położenia dzieci spać o 19.00 sprawiają, że sporo osób tak dobrze się tam czuje???

 

Nie wiem. Ale wiem jedno. Hiszpańsko-włoski styl życia usilnie wprowadzać będziemy na polskim gruncie 🙂 Kto ze mną? 🙂