Czasem mnie wkurza… czasem irytuje, gra na nerwach, doprowadza do szału, zaraz zwariuję, zaraz oszaleję. Czasem mam dość. Marudzenia, jęczenie, płaczu o to, że lody nie takie, a skarpetki nie z misiem i że spodni nie założy, chociaż nowiutkie, piękne, wczoraj kupione. Że zmienia zdaniem co 5 minut, że nie chce się ubrać.  Której z nas się to nie zdarza? Która czasem nie wychodzi z siebie i nie staje obok? Któremu z Was nie zdarza się z radością zostać dłużej w pracy, bo dziecko akurat marudne, ząbkujące, bunt dwulatka przechodzi? Nowy projekt, jeszcze jedno spotkanie przy kawie, ważny mail od prezesa?  A proszę! Nie znam takich, których nic nie wyprowadza z równowagi, nie znam zawsze cierpliwych i zawsze spokojnych. Nie znam aniołów. Znam ludzi, z krwi i kości, a im zdarzają się dni lepsze i gorsze. Nawet ta najbardziej idealna mama i najbardziej cudowny tata czasem mają dość. Marzą o chwili spokoju, o chwili ciszy, chwili TYLKO dla siebie.

I chociaż nie narzekam na swoją cierpliwość wobec Maksa, a Łukasz permanentnie zarzuca mi nadmierną wyrozumiałość i pobłażliwość wobec “ukochanego syneczka”, to ja też się wkurzam, też się irytuję i złoszczę. I czasem mam wrażenie, że oszaleję, gdy jeszcze raz usłyszę jęczące “Mamooooo”!

 

Wkurza mnie, gdy biega jak opętany, a ja właśnie próbuję ubrać go do żłobka, bo śpieszę się na spotkanie… wkurza mnie, gdy nie chce się ubrać wcale i gdy wybrzydza, że spodnie nie takie i koszulka inna, i że trampki koniecznie, choć na dworze 35 stopni.

Wkurza mnie, gdy nie słucha, co do niego mówię.. i trzydzieści razy powtarzam to samo.

Wkurza mnie, gdy najwyraźniej testuje moją wytrzymałość psychiczną, robiąc dokładnie odwrotnie niż proszę…

Wkurza mnie, gdy nie potrafi usiedzieć 5 minut spokojnie, tylko cały czas gdzieś lata, a my właśnie po długim dniu zwiedzania, chcemy zjeść obiad czy kolację.

Wkurza mnie, jak nie chce zjeść tego, co sam wybrał…

Wkurza mnie, gdy do 23.30 nie mogę zagonić go do łóżka, a mam właśnie ważny raport do napisania…

… albo gdy dzwoni ważny telefon, a on 40 razy, coraz głośniej pyta: “A kto dzwoni???”

Wkurza mnie, gdy rozlewa sok marchewkowy lub Monte na dywanie, który kiedyś był biały… 

….. gdy proszę po raz setny „Uważaj, skup się na tym, co robisz”, a kakao znów cieknie po bluzce…

Gdy proszę, by uważał na farby, a czarna właśnie zalewa pokój i ściany…

Wkurza mnie, gdy w restauracji pierwsze, co robi, to próba wysypania soli i pieprzu na stół…  albo najlepiej wsypania ich do mojej szklanki…

Gdy ucieka na nogach lub na rowerku ( a jest naprawdę szybki!), a tuż obok ulica / parking / inne zagrożenie… albo, gdy idzie w tempie żółwia, gdy akurat, właśnie teraz, bardzo się śpieszymy..

 

Czasem  wtedy mam wrażenie, że oszaleję, czasem potrzebuję 3 minut tylko dla siebie (3??? najlepiej 300!!), czasem bardzo chcę wyjechać na dorosły weekend bez dziecka.. a  czasem potrzebuję spotkać wtedy Martę.

 

Marta ma 3 lata. Całkiem jak Maks. Ma czarne, kręcone włosy i bardzo ciemne oczy. Jest wysoka i szczupła. Chodzi z Maksem do żłobka. Od 2 lat chyba.. może trochę mniej, może trochę więcej. Kiedyś sporo płakała i trochę denerwowało mnie, że jej stan udziela się Maksowi, zwłaszcza, gdy wracał do żłobka po miesiącu nieobecności. Miała problemy z adaptacją, nie chciała zostawać, jeść tamtejszych posiłków i często.. cóż…po prostu “robiła sceny”. Z czasem chyba przywykła, dostosowała się, bawi się jak inne dzieciaki, bawi się z Maksem.

 

Ponad rok temu, jakoś po świętach Wielkanocnych, Marta zniknęła ze żłobka. Myślałam, że wyjechała do rodziny na święta, na dłuższe wakacje albo, że zachorowała… a potem dostałam maila od dyrektorki żłobka. Marta i jej rodzice mieli wypadek samochodowy. Marta i jej Tata wylądowali w szpitalu, a mamy Marty nie udało się uratować. Potem dowiedziałam się, że wracali z domu, który budowali kilkadziesiąt km od Warszawy. O ironio…

Ten mail był ze mną przez wiele dni.. siedział mi w głowie i wcale nie chciał wyjść. Odzywał się, gdy martwiłam się „głupim katarem”, odzywał się też wtedy, gdy denerwował mnie rozlany sok, trzecia wojna światowa o niebieską koszulkę lub o brak ulubionego jogurtu. Nie mogłam przestać myśleć, co by było… ? Nie mogłam sobie wyobrazić, co przeżywa ojciec Marty? Nie chciałam wyobrażać sobie, jak mała woła mamę, a mama już nigdy nie przyjdzie, nie weźmie na ręce, nie uśmiechnie się, nie zobaczy pierwszych rysunków, nie posłucha piosenek, nie odprowadzi do przedszkola. Może brzmi to banalnie, może babsko, może patetycznie… ale gdy piorun strzela tak blisko Ciebie, nagle okazuje się, że wcale banalne nie jest. Że ciężko powiedzieć “to mnie nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie”. Nie wiesz tego. Ja też tego nie wiem…

 

Przypominam sobie o tym, za każdym razem, gdy nadchodzi złość i irytacja, gdy mam dość, gdy nie jest tak, jakbym chciała. Bo co znaczą te jęki, krzyki i marudzenia wobec całej masy pięknych, szczęśliwych chwil? Wobec uśmiechu, radości, wspólnych momentów? Gdy widzę Martę, wiem, że szczęście bardzo łatwo można stracić. Pamiętam (staram się!), szanuję, doceniam każdą chwilę…  idę wolniej, oglądam drzewa, karmimy ptaki resztkami bułki, a po żłobku jemy lody czekoladowe na ławce. Raport poczeka, mail od klienta również. Poczeka wpis na blogu i porządki w domu… Staram się mniej śpieszyć, więcej dostrzegać. Wybierać bluzkę i zakładać skarpetki z uśmiechem, nawet jeśli to dziś już trzecia para. Z uśmiechem ścierać rozlany sok… Bo mogę. Bo mam, po kim ścierać sok. Bo żyję.