Przez długi czas myślałam, że Irlandia mnie nie lubi. Miałam tam być już 3 razy, a za każdym razem pojawiały się przeszkody: początek ciąży – nie można latać, choroba malucha – nie można wyjeżdżać… tym razem się udało! Dotarłam! Czy zachwyciłam się Irlandią tak jak Łukasz? Może troszkę mniej, bo usilnie próbował mi w tym przeszkodzić zimny wiatr i kaszlący Maks, ale i tak było super. Fish’n’chips smakowało wybornie, a widoki zachwycały. Naszym kierunkiem oraz bazą wypadową było Howth, niewielkie miasteczko (9 tys. mieszkańców) na półwyspie Howth Head, ok. 15 km od Dublina, słynące z pysznych ryb i owoców morza.

 

Zamieszkaliśmy w przemiłym, kameralnym hoteliku King Sitric. Hotelik zachwala swoje pokoje jako miejsce, gdzie fale kołyszą Cię do snu. I rzeczywiście tak jest! Na miejscu świetna restauracja z pyszną zupą rybną (sławny irlandzki chowder) i z całą resztą smakołyków – o szczegółach wkrótce! Śniadanie serwuje sama właścicielka. Łukasz codziennie między 9.30, a 10.00 zaczynał dzień grillowaną rybą, niedawno wyłowioną z wody, ja natomiast miejscowym łososiem wędzonym z jajecznicą, do tego miejscowy brown bread i świeżo wyciskany sok. Dla głodomorów dodatkowo sery, owoce, jogurty. To się nazywa Śniadanie przez duże Ś. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień!

 

 
port, Howth

w porcie w Howth

 

Co robić w Howth?

 

Przede wszystkim spacerować i oczywiście jeść ryby, zakąszając owocami morza, ponieważ od ryb po ostrygi wszystkiego zatrzęsienie. W samym miasteczku, pomimo, że niewielkie, restauracji nie brakuje. Wszędzie zjemy fish’n’chips, kalmary, krewetki, czasem ostrygi, a na deser apple crumble… Pycha! Więcej o tamtejszej kuchni i miejscach, które warto odwiedzić przeczytacie TU.

 

fish’n’chips, puree z zielonego groszku, Oar House

nasz Wielkanocny obiad

 

Pomimo średniej pogody, spacerowaliśmy sporo, a Maks szalał na miejscowym placu zabaw. Ja tymczasem nie mogłam wyjść z podziwu, jak cienko ubrani są miejscowi. Podczas, gdy ja lekko trzęsłam się w kurtce, czapce i rękawiczkach, miejscowe dzieciaki biegały w bluzach i z gołą głową!! Być może tak właśnie buduje się odporność, ale na chwilę obecną bałabym się spróbować! 😉

 

Howth Village

malownicza Howth Village

Podczas spaceru w Howth można z łatwością spotkać podpływające niemal pod same knajpy foki. Dla Maks nie mogło być lepiej: najpierw “kejetki” (krewetki), potem “u u u” foczka!

 

foki, Howth

szał dla każdego małego miłośnika zwierzątek

 

Z Howth oczywiście warto wybrać się do Dublina. Około 30 minut kolejką i jesteśmy! Czas leciał nam tym szybciej, bo w kolejce do Dublina mamy całkiem sprawne WiFi – przydatna informacja dla wszystkich podróżujących.

My potraktowaliśmy Dublin jedynie spacerowo – nie zakładaliśmy zwiedzania, więc nie wybraliśmy się ani do wytwórni Jamesona, ani do Guinnessa, gdzie Łukasz był podczas wcześniejszych pobytów. Sam Dublin w wersji wielkanocnej był wesoły i pełen ludzi, zarówno na ulicy, jak i w knajpach oraz pubach.

 

Temple Bar, Dublin

w Temple Bar

Dublin

tajemniczo…

i oczywiście obowiązkowy Guinness… niekoniecznie dla Maksa:)

 

Guinness, irlandzki pub

Maks w irlandzkim pubie, czyli “Tata, piwo!”

 

Co jeszcze można robić w okolicy HOWTH?

 

Kolejka jeździ nie tylko na trasie Howth – Dublin – warto również przesiąść się w inną linię i zajrzeć na przykład do Malahide czy Skerries. Miasteczka są niewielkie i choć może nie rzucają na kolana swoją urodą jak małe wioseczki we Włoszech, te irlandzkie mają nieodparty, tajemniczy urok i oczywiście ponownie knajpki oferujące pyszne rybne dania…

 

wiatraki, Skerries

melancholia w Skerries

Stoop Your Head, Skerries

szukamy restauracji Stoop Your Head

 

W Skerries pomimo wietrznej pogody i przeraźliwego zimna, było malowniczo i niezwykle spokojnie… Ale najbardziej ucieszył nas pyszny obiad w śmiesznie nazwanej restauracji Stoop Your Head..

 

halibut z krewetkami, Skerries, Stoop Your Head

halibut z krewetkami

 

Wygląda przepysznie, prawda? 🙂 Co jeszcze jedliśmy w Irlandii już wkrótce,  a niektóre smakołyki na pewno warto zobaczyć i zapisać do spróbowania – mnie rzucił na kolana jeden z deserów śliwkowy crumble z orzeszkami pekan – cudo, a najbardziej zaskoczyły smażone ostrygi! Chociaż nie jadam surowych, ukochanych przez Łukasza, dla mnie obślizgłych i mało apetycznych, smażone były świetne! jedliście kiedyś? Nie? To koniecznie zaglądajcie na bloga, a potem siup do Irlandii – do Dublina na pewno znajdziecie loty za rozsądną cenę! Polecam! 🙂