Spis treści
Lizbona to raj dla wszystkich kochających ryby i owoce morza. Sardynki na każdym kroku, portugalski dorsz bacalhau, krewetki, homary… można wybierać i przebierać! Z drugiej strony Lizbona, jak każde miasto pełne turystów, to wiele potencjalnych pułapek kulinarnych, w które łatwo wpaść, gdy zmęczeni zwiedzaniem i wysoką temperaturą, chcemy szybko usiąść na obiad czy kolację. Prawdziwych perełek warto jednak poszukać – czasem z dala od najbardziej popularnych szlaków turystycznych, trochę na uboczu, czasem w samym centrum.
W czerwcu spędziliśmy w Lizbonie trzy naprawdę pyszne dni. Niektóre miejsca zachwycały i rzucały na kolana tak, że musimy Wam o nich opowiedzieć. Czasem były to całkiem nowe propozycje, czasem miejsca, które pamiętaliśmy z wyprawy do Lizbony w grudniu 2010 roku, gdy po raz pierwszy zajadałam się jak szalona tamtejszymi serami, a Łukasz do dziś nie spotkał tak dorodnych i świetnie przygotowanych homarów.
Na naszej liście znalazło się 6 MIEJSC, KTÓRE WARTO ODWIEDZIĆ NA OBIAD, NA KOLACJĘ, NA DESER lub… NA DRINKA!
LIZBONA – GDZIE JEŚĆ?
1) TASCA DA ESQUINA

Tasca da Esquina to mój absolutny faworyt. Trafiliśmy tam po długim dniu zwiedzania. Nie jest na głównym trakcie turystycznym, więc w środku głównie Portugalczycy, którzy wyskoczyli na kolację we dwoje, ze znajomymi czy z dziećmi. Niewiele stolików, więc jeśli bardzo Wam zależy, by tam zajrzeć, miejsce najlepiej zarezerwować. Klimat raczej luźny – jeśli w Warszawie miałabym takie miejsce, na pewno chadzałabym tam na wieczory ze znajomymi z tapas i winem.
W Tasca da Esquina próbujemy przystawek i menu degustacyjnego, składającego się z niewielkich porcji różnych dań (liczbę dań można wybrać w zależności od poziomu głodu). Większość to potrawy typowo portugalskie lub nawiązujące do tradycyjnej kuchni Portugalii, ale podane w bardziej nowoczesnej formie. Nawet na ich stronie internetowej od razu widzimy wielki napis “Sabores de Portugal” (smaki Portugalii). Na początek obowiązkowo ser, tutaj podawany z oliwkami i “krokietami”. Tym razem queijo ovelha (ser owczy) jest idealnie kremowy i spokojnie można wyjadać go łyżeczką lub maczając w nim chleb. Po nim następuje cała masa pyszności od krewetek i “croquetas” z dorszem po świetne trio deserów. Wróciłabym tam nawet dziś!




2) SOLAR DOS PRESUNTOS

Nie mogliśmy być w Lizbonie i nie pójść do Solar dos Presuntos. To miejsce, w którym zakochaliśmy się w grudniu 2010 roku i chcieliśmy sprawdzić czy nadal karmi tak dobrze jak wtedy. Tamten pobyt w Lizbonie od początku był wyjątkowy – właśnie minął 14 tydzień ciąży i po raz pierwszy mogłam wybrać się gdzieś samolotem. Jaką wtedy miałam ochotę na Lizbonę!!! Jak cierpiałam, że teoretycznie w ciąży nie powinno się jeść owoców morza! Ale w Solar dos Presuntos zajadałam ryby i portugalskie sery. Łukasz przez ostatnie 5 lat wspominał najlepsze i największe homary, które można zjeść właśnie tam. A przed zjedzeniem razem z obsługą wybierasz swój obiad z wielkiego akwarium pełnego wielkich homarów.
Tym razem, pomimo, że miłość do homarów już mu przeszła, powtórzył wybór sprzed lat i pomimo, że aż tak się nie zachwycał, homar był imponujący. Ja poszłam w danie zdecydowanie bardziej hiszpańskie niż portugalskie, czyli ośmiornicę przypominającą pulpo a la gallega. Smakowała świetnie! Obowiązkowo również do spróbowania spider crab soup – nasz faworyt teraz przekonał też Maksa.
Solar dos Presuntos, istniejące od 1974 roku i mające na koncie wielu znanych gości, to lizboński klasyk – nawet w porze lunchu zmierzają tam tłumy, więc rezerwujcie stolik wcześniej!



3) PEIXARIA DA ESQUINA (wcześniej CERVEJARIA DA ESQUINA)

Cervejaria da Esquina należy do tej samej grupy, co Tasca da Esquina i początkowo wcale jej nie planowaliśmy, ale była deszczowa niedziela i sporo lizbońskich restauracji było zamkniętych (pamiętajcie, by ZAWSZE sprawdzać czy danego dnia restauracja jest otwarta, najlepiej na ich stronie lub dzwoniąc do lokalu!!!). Cervejaria choć zatłoczona i ciężko o stolik, była otwarta. I dzięki Bogu, bo jedzenie było cudowne! Maks zajadał bisque z krewetek, Łukasz świetne navajas (tzw. małże brzytwy), a potem sycącą cataplanę z dorszem, a ja niby banalne, ale pyszne penne z krewetkami.
Od sierpnia Cervejaria zmieniła nazwę i profil na Peixaria da Esquina, czyli miejsce wyspecjalizowane w rybach, ale niezależnie od nazwy WARTO się tam wybrać, pomimo, że dość daleko od centrum. To chyba nasz najlepszy strzał w Lizbonie.



4) SEA ME

Sea Me sama określa się mianem Peixaria Moderna, czyli nowoczesna restauracja rybna. Miejsce znajdziecie w jednej z bardziej zamożnych dzielnic Lizbony, czyli Chiado. Jest nowocześnie, tłoczno i od razu widać lady z masą świeżych ryb i owoców morza – ostryg, małży, krabów, homarów, krewetek czy takich cudów jak znane nam z Hiszpanii percebes (po angielsku goose barnacle, po polsku kaczenice). Menu w Sea Me jest bardzo zróżnicowane i mało tradycyjne. Sporo ciekawych połączeń jak chociażby przegrzebki z mango czy węgorz ze słodkim ziemniakiem i cebulą. Poza tym możliwość wybierania świeżych owoców morza, które z lady trafiają na Twój talerz. Dla nas sporą zaletą było też to, że w Sea Me można zjeść sushi – nim zajadał się Maks. Łukasz wybiera dla siebie krewetki, ostrygi i jego ulubione małże, którymi zajadał się również w Hiszpanii, czyli tzw. navajas (małże-brzytwy).
Nie jest to nasz numer jeden, ale spacerując po Chiado warto zajrzeć do Sea Me na obiad.



5) PASTÉIS DE BELÉM

Pasteis de Belem to jeden z symboli Lizbony. Niewielkie babeczki z budyniem, zwykle podawane na ciepło i posypywane cukrem i cynamonem. To chyba najbardziej znany portugalski deser, a pochodzi właśnie z Lizbony.
By je zjeść, najlepiej połączyć wycieczkę do cukierni ze zwiedzaniem Belem i Mosteiro dos Jeronimos. Właśnie nieopodal klasztoru znajdują się te najbardziej sławne babeczki. Tutaj stworzyli je katoliccy mnisi właśnie z Mosteiro dos Jeronimos. Cukiernia Fabrica de Pasteis de Belem działa od 1837 roku i zawsze jest tam kolejka! O tym, co w okolicy zobaczyć i z czym najlepiej połączyć jedzenie pasteis, pisałam TU.

6) A GINJINHA

Picie wiśniowej nalewki jest w Lizbonie obowiązkowe! Ginja czy też ginjinha ma jakieś 19 % i albo pijesz ją jak shota w małym kieliszku albo na słodko w kieliszku zrobionym z czekolady. Najbardziej znany, maleńki bar z ginjinhą znajdziecie niedaleko Rossio, a poznacie po tym, że zawsze stoją tam mniejsze lub większe grupki miejscowych i turystów popijających słodki trunek. Najlepiej smakuje, jeśli jesteś w Lizbonie zimą, ale latem też trzeba tam zajrzeć!
Te miejsca sprawiły, że nasz krótki pobyt w Lizbonie był naprawdę smaczny! Jeśli będziecie tam dłużej na pewno odkryjecie też inne, które warto odwiedzić i zjeść!:) Pamiętajcie, że Lizbona jest idealna latem, ale jesienią i zimą również! Idealny kierunek, by przedłużyć wakacje i nie załamywać się zbliżającą jesienią!
PS. Podpowiedzi, gdzie jeść w Lizbonie to w dużej mierze zasługa Kuby Pieniążka z Fish Lovers, który w Lizbonie spędził parę dobrych lat, zna każdy zakątek, a teraz sprowadza do Polski świeże ryby i owoce morza. Dziękujemy! A może lepiej OBRIGADA🙂
* do LIZBONY dolecicie między innymi Wizzair – loty są dwa razy w tygodniu, a cena biletu w jedną stronę wynosi od 369 zł.
* Lizbonę odwiedziliśmy na zaproszenie Turismo de Lisboa




1 Comments