„Ale zaraz…. Jak to tak? Jak to: podróżowanie z dziećmi nie jest dla każdego? Przecież od lat piszesz nam coś zupełnie innego! Zachęcasz, mówisz, że się da, że trzeba tylko spróbować. Że każdy może, że to łatwe i piękne..” Mocno wierzyłam w to, że każdy może podróżować z dziećmi, ale ostatnio coraz częściej nachodzą mnie wątpliwości… Jakiś czas temu przeczytałam wiadomość na Instagramie, że nasze dzieci chodzą brudne, a na domiar złego Jagoda taka nieuczesana! Najpierw się roześmiałam, potem jednak zaczęłam o tym myśleć i zrozumiałam, że rzeczywiście często widzicie nasze dzieci brudne. Upaprane. Ubrudzone lodami, czekoladą lub mokrym piachem. Nieuczesane. Co więcej – jeśli spotkacie kiedyś mnie na trasie z dziećmi, duża szansa, że ja też nie będę wyglądać jak milion dolarów. Będę mieć plamę na spodniach, bo Jagoda właśnie wytarła w nie brudne paluszki, wypchane kieszenie, bo w jednej lizak, a w drugiej jajko z niespodzianką, potargane włosy, bo ktoś „wisiał” na mnie w samolocie. I właśnie przez to zrozumiałam, że podróżowanie z dziećmi nie jest dla każdego!

 

Podróże z dziećmi są piękne, cudowne i mają masę wspaniałych momentów, ale podróże z dziećmi to też wyzwanie, trudności, elastyczność, której w dzisiejszych czasach tak wielu z nas brakuje… To przewijanie dziecka na kocu na podłodze w toalecie, bo nie ma miejsca nigdzie indziej. To łapanie wymiotów do torebki po chusteczkach higienicznych, bo nie przewidziałaś, że Twój 6-latek właśnie na locie z Colombo do Doha pierwszy raz w życiu postanowi zwrócić zawartość żołądka. To niezadowolony współpasażer, który patrzy krzywym okiem, gdy tylko siadasz koło niego ze swoim maluchem. To niezadowolony kelner, którego irytuje, że chcesz wejść do restauracji z wózkiem, pomimo, że zarezerwowałaś wcześniej stolik i mówiłaś, że będziesz z dwójką dzieci. To miliony schodów, które musisz pokonać, by zejść do metra. Z dwulatkiem w jednym ręku i wózkiem w drugim. To pot spływający po plecach, gdy niesiesz dziecko na rękach, bo bolą nóżki. To rozcięta stopa na plaży i łuk brwiowy w hotelu. To płacz ze zmęczenia i płacz o grabki innego dziecka na plaży. To całkiem nowe smaki, które nie zawsze pasują Twojemu dziecku. To jedzenie, które zamówiłaś, a on i tak nic nie zjadł. To taksówki bez fotelików i podróże skuterem. To makaron jedzony w pociągu, na dworcu, z plastikowego pudełka, to azjatycka zupka na promie z Bali na Lombok i druga w pociągu do Nha Trang. To zadymiony wagon, do którego poszliście te zupki kupić. To trzecia słodka bułka jednego dnia, bo na lotnisku nie było nic innego, a samolotowych kanapek nie chciał zjeść.

 

To gorączka, bo przeziębienie, bo upał, bo zatrucie. To kilkadziesiąt ugryzień na małej buźce, bo straciłaś czujność i nie założyłaś moskitiery. To wypożyczony fotelik samochodowy, który zwykle nie jest tak dobry jak ten, który wybierałaś przez 2 miesiące analiz i rozmów ze znajomymi. To plamy na ubraniach, bo nigdy nie weźmiesz ich tyle, by wygrać ze zdolnościami Twojego dziecka. To oddawanie ciuchów do przypadkowej pralni, zamiast prania w ulubionym proszku.

 

To obcy ludzie, którzy zaczepiają Twojego malucha, a przecież Ty nigdy tego nie lubiłaś. To wizyta u lekarza, którego angielski pozostawia wiele do życzenia. To samodzielne opatrywanie ran na jakiejś tajskiej wyspie na końcu świata. To wózek, który nigdy nie będzie tak czysty jak wózek dziecka, które wychodzi tylko na plac zabaw obok domu i na niedzielny spacer do parku. To wózek, którym ktoś rzuci o ziemię pakując go do samolotu albo zabierając na prom w Indonezji. To kącik zabaw w Chinatown w Bangkoku, gdzie Twoje dziecko liże zjeżdżalnię, a przecież od początku nie wyglądał Ci na zbyt czysty. To brudne rączki oblizywane podczas jedzenia lodów. To oparzony łokieć, gdy przechodziliście przez stragany z jedzeniem.

 

podroze-z-dzieckiem-lotniskodziecko-lotniskodziecko-spanie-w-pociagupodroze-z-dzieckiem-nocny-pociag

 

To przemoczone buty podczas deszczu. To zbyt długo noszona pielucha, bo nie miałaś, gdzie przewinąć dziecka. To karmienie piersią przy stole, na ulicy i w samolocie, bo nie miałaś się, gdzie schować, a w toalecie było brudno i kolejka. To jet lag. To raczkowanie po podłodze lotniska z milionem zarazków i po chodniku w Stambule. To spacer w deszczu. To kalosze kupione za grosze na targu w Wietnamie, zamiast tych najmodniejszych i najlepszych dla Twojego dziecka. To ręce spalone słońcem, bo zapomniałaś posmarować. To szybkie zmiany planów i uciekanie przed powodzią z bagażami i z dwójką dzieci. To spanie w nocnym pociągu czy w nocnym autobusie. To drzemka w wózku, samochodzie, na siedząco pociągu lub samolocie, zamiast spania codziennie o tej samej porze we własnym łóżeczku. To badziewne, piszczące zabawki, które kupisz, bo Twoje dziecko tak prosi – swoimi zabawkami przez ostatnie 2 tygodnie zdążyło się już znudzić. To jazda tuk tukiem po Bangkoku, po Siem Reap i wielu innych miejscach – bez fotelików i innych zabezpieczeń. To naleśnik z nutellą kupiony na obiad, bo królewicz nic innego nie chce. To senność, która ogarnia Cię w samolocie, a Twoje dziecko wcale nie chce spać. To dziecko, które zasnęło w ubraniu i bez kąpieli. Drugi dzień pod rząd. Lub trzeci. To noszenie dziecka na rękach, na barana lub żmudne namawianie do chodzenia, jak się nie chce i bolą nóżki. To dwójka dzieci, które marudzą w tym samym momencie. To brudna bluza, bo właśnie Twój maluch wytarł w nią ręce od czekolady. To więcej bagażu i dłuższe pakowanie. To kłótnie, jeśli dzieci jest dwoje lub więcej. To czekanie… na samolot, na bagaż, na prom, na taksówkę, na pokój w hotelu, w kolejce na prom. To byle jaka chustka zawiązana na głowie, bo zgubił ukochaną czapkę, a słońce za bardzo świeci. To pranie w ręku i ubrania suszone hotelową suszarką. To odwołany lot i czekanie na lotnisku. To 8 godzin w pociągu i 12 godzin w samolocie. To ten sam makaron kolejny dzień w tygodniu. To postój w McDonaldzie, bo nie za bardzo masz inne wyjście. To bajka na tablecie, bo nie da się być kreatywnym rodzicem przez 4 godziny w samolocie. To gra na telefonie, bo chcesz zjeść w spokoju.

To cierpliwość. To elastyczność. To pogoda ducha niezależnie od sytuacji. To uśmiech. To luz. To świadomość, że nie zawsze będzie idealnie, nie zawsze będzie jak na filmie i prawie nigdy jak na idealnych Instagramowych zdjęciach, ale czy prawdziwe życie nie jest lepsze niż film i pozowane fotki? Z tym pytaniem Was zostawiam 🙂

 

PS. Wiem, że da się inaczej. Da się mieć wszystko zaplanowane, zorganizowane, codziennie 3 posiłki w hotelu all inclusive, 4 walizki z ciuchami na każdą okazję, 1 lot bez przesiadek, transfer pod hotel, żadnych dalszych wycieczek, zawsze zapas pieluch, koszulek, spodenek, przenośny przewijak i własną wanienkę. Da się. Tylko czy to nadal… podróżowanie? 🙂

PS2. Dopisuję aktualizację, bo PS1 został nieco opacznie zrozumiany 🙂 Jak najbardziej można z dzieckiem, samemu, rodziną lub bez rodziny, wybierać się do hotelu z basenem, razem z biurem podróży. Been there, done that 🙂 Wiem jednak, że te podróże czy też może bardziej wyjazdy / wakacje to coś innego niż przemieszczanie się z miejsca na miejsce, różne środki transportu, wiele godzin w podróży. Stąd moja prośba, by nie oceniać „brudnych dzieci”, wyzwań, matek karmiących gdzie popadnie z perspektywy wyjazdu na wakacje z biurem, gdy większość czasu spędza się w okolicy hotelu…Na takich wakacjach zdecydowanie łatwiej dbać o odpowiednie warunki do spania, przewijania, jedzenia niż w długiej podróży po różnych miejscach 🙂