Tak jak wyjazdu z Birmy pod wieloma względami nie mogliśmy się już doczekać, tak Singapuru wcale nie chciało nam się opuszczać! I tylko zdrowy rozsądek przekonał nas, że kolejna noc w Pan Pacific Hotel to już za dużo dobrego, więc zamiast zmieniać hotel, upolowaliśmy bilety i zgodnie z planem w piątkowy wieczór polecieliśmy do Indonezji!!! 🙂
Początkowo w planach była najpierw Sumatra, ale cóż: czasem plany trzeba dostosować do cen biletów lotniczych. Ostatecznie: lot Lion Air Singapur-Dżakarta. Szczęście w nieszczęściu, że na lotnisko dojechaliśmy wcześniej niż zwykle mamy w zwyczaju, bo okazało się, że… nie polecimy do Indonezji bez biletu powrotnego w kieszeni! Tak to jest jak kupujesz bilety na spontanie i nie czytasz dokładnie co i jak. Nie róbcie tego 🙂 Nie pomogły tłumaczenia, że nie mamy dokładnego planu, nie wiemy co i jak, że mamy już bilety z Bangkoku do Warszawy, itd. Bilet wyjazdowy z Indonezji być musi. Nerwówka na lotnisku, Internet i szczęśliwie Łukasza zdolności wyszukiwania korzystnych połączeń lotniczych ratują nas z opresji. Bilet jest, można lecieć!
Lion Air to ZDECYDOWANIE nie są linie dla ludzi o słabych nerwach – jak raz zarzuciło samolotem, to serce do gardła wskoczyło. Jeśli dodamy, że nie da się kupić prawie nic do jedzenia czy do picia (jedliście Oreo z jagodowo-miętowym nadzieniem? my już tak – obrzydliwe!), lądują na liście najsłabszych tanich linii.
W Dżakarcie panuje lekki zaduch, ale co to dla nas po Bangkoku i Singapurze. Stare lotnisko, mało turystów, więc szybko płacimy za visa on arrival, trochę czekania na walizkę, Cola, woda i dunkin donut dla Maksa w łapkę i ruszamy taxi do hotelu.

Mieszkamy na ulicy Wahid Hasyim w nowoczesnej części miasta. Centrum, sporo restauracji i hoteli, ale taksówkarz nie może znaleźć naszego… klasyka gatunku. Deja vu z Birmy. Oczami wyobraźni widzę już, jak nocą idziemy przez Dżakartę ze śpiącym dzieckiem na ręku i bagażami, szukając hotelu. Dzięki Bogu nasz Kosenda Hotel ostatecznie się odnajduje. Jeśli kiedyś tu będziecie, obowiązkowo Kosenda! Urokliwy, designerski, oryginalny, a zarazem przytulny i ciepły. Pokój maleńki, ale dopracowany w każdym szczególe. Cena? Około 70 dolarów, czyli jak za norę w Rangun 😉 Welcome to Dżakarta!
Dzień zaczynamy od hotelowego śniadania. Jest smakowicie: obowiązkowo smażony makaron z wołowiną, jajka, musli, omlet wyładowany grzybkami, chili i przyprawami. Egzotyczne owoce, a do picia świeży sok z melona, arbuza albo woda kokosowa. Tak to ja mogę codziennie dzień zaczynać!
Najedzeni ruszamy w miasto… Na początek centrum: szerokim chodnikiem żółwim krokiem (dzięki Maks!) wleczemy się w stronę placu Niepodległości, czyli Taman Merdeka. Wielki trawnik czy bardziej park, a pośrodku gigantyczny Monas, czyli Monumen Nasional, który ma 137 metrów wysokości i można z niego obejrzeć panoramę miasta. Chcemy zajrzeć, ale kolejka na dole na 3 godziny stania, więc rezygnujemy. Przejazd kolejką wokół pomnika i zostawiamy Taman Merdeka.



Chcemy jechać do portu, ale żaden z kierowców lokalnych bajajów (indonezyjskich tuk-tuków), stacjonujących pod Taman Merdeka nie chce nas tam zabrać. No to Glodok poprosimy, czyli chińską dzielnicę Dżakarty. Płacimy 40 000 rupii (około 12 zł) i w drogę! Bajaj lawiruje zatłoczonymi ulicami jak szalony, wokół jakieś sklepiki, wózki z nasi goreng i innych lokalnymi potrawami, motory, skutery, rwetes. W końcu jesteśmy…


Wysiadamy przy wielkim domu towarowym z elektroniką. Jest gorąco i głośno. Chinatown w Dżakarcie nie przypomina tego w Bangkoku czy w Singapurze – nie widać masy chińskich znaków, ani charakterystycznych czerwonych lampionów. Do niedawna używanie chińskich ideogramów w Indonezji było zabronione, więc Chinatown niewiele się różni od pozostałych dzielnic, brak mu uwielbianego przez nas kolorytu. Chcemy coś zjeść, Maks zmęczony upałem nie chce chodzić, chce na barana, a w ogólnym chaosie ciężko się ogarnąć. Dobry duch nad nami czuwa: kompletnie nie wiedząc, gdzie iść, wybieramy największą ulicę i po kilku metrach: zbawienie – duża chińska restauracja! Przeglądamy menu i już wiemy – będzie bosko!! Knajpa nazywa się… Imperial Chef – to chyba ta! Jedzenie jest PRZEBOSKIE! Tofu z małżami świętego Jakuba, ogórki z chili, delikatny kurczak z dry chili i nerkowcami i desery.. kokosowy pudding w kokosie i migdałowy pudding z tofu! Szał!!!





Dalsza część dnia to czasochłonne próby wynajęcia samochodu… łatwo nie jest! Korki wszędzie, problemy z dojazdem, problemy komunikacyjne z taksówkarzami, a jak już dojedziesz, mówią Ci, że samochód można tylko z kierowcą, a za 3 dni to koszt 1 900zł!!! Załamać się można, ale się nie poddajemy. Rezygnujemy z wyprawy do portu i dawnej dzielnicy kolonialnej i bierzemy się za szukanie innych możliwości. Czy się uda? Wkrótce się okaże!
Ten dzień ponownie ratuje świetne jedzenie – tym razem w naszym Kosenda Hotel, który w sobotni wieczór zapełnia się wylansowanymi mieszkańcami Dżakarty, którzy przyszli na drinka, kolację czy rodzinne świętowanie. My świętujemy pierwszy dzień w Indonezji i w cudownym miejscu zajadamy się ich cudowną kuchnią…. makaronami kway teow i hokkien mee, panierowanym krabem czy chipsami z bakłażana z chili. Bajka!





5 Comments