Za nami już kolejne mniejsze i większe wojaże, ale hiszpańska przygoda cały czas woła i krzyczy, że leży i czeka zapomniana, odłożona na półkę, nieopisana… ale może szanowna Tossa de Mar i drogie Cadaques wybaczą, bo przecież pewien maluch właśnie skończył 5 miesięcy (huraaaa!:)) , pewien kolega lat 30, a historyczne lądowanie bez podwozia i zamieszanie samolotowe skutecznie utrudniło powrót do domu (i komputera) z 1-listopadowego wypadu, zmuszając do mniej lub bardziej przyjemnej tułaczki po włoskich miastach i lotniskach, ale o tym w swoim czasie…
dziś niestety szaro buro i jesiennie chłodno… wraca tęsknota za wrześniowym słońcem i błękitem nieba na Costa Brava… szkoda, że teraz słoneczko nie grzeje tak mocno i zamiast szortów mamy już prawie puchowe kurtki na sobie 🙂
Na Costa Brava zajechaliśmy po długiej drodze z Nerja na Costa del Sol. 8-godzinna podróż południem Hiszpanii należała do najprzyjemniejszych w naszej podróżniczej karierze – puste, szerokie drogi, piękne, zmieniające się krajobrazy, z niemal pustynnymi widokami w Murcii, które najbardziej zapadły w pamięć. Niemniej poszukiwanie miejsca na odpoczynek i nocleg chwilę nam zajęło.
Od razu skreśliliśmy z listy wakacyjnych celów Barceloną i Gironę – z prostego względu: już tam byliśmy nie raz, i choć niewątpliwie jest to “must see” dla każdego odwiedzającego Hiszpanię, tym razem znów szukaliśmy małego, relaksującego miasteczka.
Najpierw zajechaliśmy do Blanes, niemniej miasto nas nie zaciekawiło. Może to kwestia terminu, może naszych oczekiwań, ale wyglądało smutno i przygnębiająco… a budki z kebabem jakoś nie pasowały nam do wizji hiszpańskich wakacji. A więc dalej…
Lloret de Mar… hotel na hotelu, czyli tzw. betonowa dżungla. Aż szkoda, że tak wygląda dziś miasto, które podobno istnieje od początków XV wieku, a teraz jest głównie synonimem mało wyszukanej rozrywki. Powolna utrata nadziei.. i nareszcie Tossa de Mar.
Cel: przyjemnie spędzić wieczór, zjeść smaczną kolację i przenocować w dobrych warunkach. Wszystkie życzenia spełniliśmy w Tossa de Mar – sympatycznym miasteczku, z uroczą starówką Vila Vella, jedną z najlepiej zachowanych w Hiszpanii, niewielką plażą i licznymi restauracyjki serwującymi przysmaki hiszpańskie i katalońskie – między innymi typową tutaj zarzuelę. Atrakcją są również fortyfikacje z XII wieku, które niegdyś broniły miasto przed atakami piratów – to wszystko sprawia, że spędza się tam czas naprawdę mile i aż żal było nam wyjeżdżać po jednym wieczorze i jednej nocy, ale cóż… trasa back to Poland ma swoje wymagania. Co ciekawe Tossa de Mar była scenografią dla niejednego filmu, co również daje jej swoiste uprawomocnienie 🙂
Uroku uliczkom dodają katalońskie flagi powywieszane z okien na znak miejscowego patriotyzmu, który obok nacjonalizmu baskijskiego i galicyjskiego, jest jednym z najsilniejszych separatyzmów w Hiszpanii.
Kolację zjedliśmy w szczycącej się gwiazdką Michelin restauracji w pobliżu plaży. Jak się okazało, gwiazdki były trochę na wyrost. Wybraliśmy zarzuelę, połączenie ryb, owoców morza, warzyw i charakterystycznych przypraw (ku przestrodze: na kolację trochę za ciężkie), a na deser suflet czekoladowy i mus cytrynowy. Smacznie, ale bez szału.
Cadaques
Następnego dnia żegnając się z Hiszpanią, zawitaliśmy do Cadaques.
Niezwykle malownicze miejsce w pobliżu francuskiej granicy – biel domków na tle błękitu nieba i wody, niewielkie wzgórza. Miejsce jakby ukryte przed światem – by tam dojechać trzeba pokonać kilkanaście kilometrów górskich serpentyn. Warto – nagroda jest wyborna.
Miasteczko uwielbiane niegdyś przez artystów takich jak Dali, Picasso, Duchamp czy Miro, na pewno zachwyca krajobrazem, troszkę mniej jedzeniem. Testowaliśmy tradycyjne przysmaki: parilladę de mariscos, czyli mix owoców morza z grilla oraz paellę. Niewątpliwym hitem był delikatny sernik polany dżemem z czarnej porzeczki. Pychota!
Droga z Cadaques do granicy francuskiej jest specyficzna. Gdy już ominiemy góry, wyłania się teren przygraniczny z ogromną liczbą supermarketów i co ciekawe, całkiem licznymi paniami do towarzystwa czekającymi na łut szczęścia, na małych stołeczkach, ustawionych przy drodze, tuż w pobliżu owych supermarketów. Czyżby Francuzi chętnie robili wypady do tańszej Hiszpanii po małe zakupy, zlecone przez żony? Wilk syty i owca cała? 😉
Mi osobiście supermarket, a dokładnie uwielbiana przez moją przyjaciółkę Mercadona, bardzo się przydał – zapas bezkofeinowej Coca Coli starczył niemal na 2 miesiące 😉 wspaniały wynalazek dla matki karmiącej …
to na tyle, jeśli chodzi o Hiszpanię, przynajmniej na razie, bo na pewno tam wrócimy. Jeszcze tylko małe kulinarne podsumowanie i we are going to Italy! Italia ci aspetta!!! 🙂









0 Comments