Z Francji wjechaliśmy do hiszpańskiego Kraju Basków i zaczęliśmy od punktu obowiązkowego podróży, czyli od San Sebastian…
Donostia – San Sebastian
… Chyba powinnam zacząć od tego, że San Sebastian, czyli po baskijsku Donostia to całkiem specyficzne miejsce na mojej prywatnej mapie świata. Chyba każdy, kto był kiedyś na sławnym Erasmusie ma takie miejsce 🙂 U mnie to rok 2006, jesień, zima… Erasmus w Bilbao i liczne, długie weekendy spędzane w San Sebastian – noce na tętniącym życiem Parte Vieja, spacery wzdłuż La Conchy, niskobudżetowe przysmaki jak makaron smażony z parówkami, jajkiem, serem i ketchupem, który nigdy nie będzie już smakował tak pysznie jak w niewielkiej kuchni Gosi o 6 rano po powrocie z imprezy… San Sebastian to swoista magia będąca wynikiem spotkania w jednym miejscu osób z różnych krajów, kultur, nawet kontynentów.
Mnie Donostia (baskijska nazwa miasta) zachwyca za każdym razem, choć często tam wracam – zachwyca pięknem krajobrazu, piaszczystą plażą, różnorodnością, idealnym miejscem na spacery, gwarną starówką, imprezami do rana, pysznymi pintxos, kwaskowatą sidrą oraz krytykowanym przez wielu kalimotxo (połączenie coli z czerwonym winem – dodam, że najlepiej, gdy jest to wino za 50 centów za litrowy karton i podróbka coli prosto z Lidla). Niemniej zawsze, gdy polecam komuś to miejsce, zastanawiam się: może wcale nie jest tam tak fajnie, tak pięknie, tak wyjątkowo? Erasmus to czas wyjątkowy i niezależnie czy spędzasz go w San Sebastian, w Madrycie, Paryżu czy Brnie, zawsze taki będzie. Jednak na Donostię nikt dotąd nie narzekał. Co więcej wszyscy wracali zachwyceni… Nawet mój wymagający partner podróży 😉
San Sebastian to jedno z głównych baskijskich miast, stolica prowincji Gipuzkoa. Kiedyś ulubione miejsce arystokratów i rodziny królewskiej. Niemniej król zaprzestał wizyt w mieście z uwagi na akty przemocy ze strony organizacji terrorystycznej ETA (Euskadi Ta Askatasuna, czyli Kraj Basków i Wolność), zwłaszcza w latach 70. i 80.
Do dziś ślady baskijskiego nacjonalizmu są dobrze widoczne w mieście: baskijskie flagi, napisy na murach żądające uwolnienia więźniów, plakaty opowiadające się za zniesieniem tzw. rozproszenia więźniów – jest to metoda stosowana przez władze hiszpańskie, które umieszczają osoby podejrzewane o przynależność do ETA w więzieniach oddalonych od ich domów i rodzin – na południu Hiszpanii, a nawet na Wyspach Kanaryjskich czy też w afrykańskich miastach Ceuta i Melilla.

Turysto! Pamiętaj jesteś w Kraju Basków!
Do San Sebastian warto zajrzeć w sierpniu podczas Semana Grande lub w zimie, gdy 21 stycznia miasto świętuje hucznie swoją Fiesta de la Ciudad. Klimat obchodów zarówno styczniowych, jak i sierpniowych jest niesamowity, a regionalne jedzenie takie jak kukurydziany placek palo z kiełbasą chistorra (palo con chistorra) właśnie wtedy smakuje najlepiej 🙂 oczywiście popijany sidrą lub miejscowym winem txakoli.
Tym razem zajrzeliśmy do San Sebastian tylko na dwa dni – pospacerować i nasycić się smakowitymi pintxos. Trzeba przyznać, że miasto nie należy do tanich – znalezienie noclegu w rozsądnej cenie pod koniec sierpnia graniczy z cudem. Najlepszy stosunek ceny do jakości oraz lokalizacji to hostel LauBuru niedaleko plaży La Concha oraz Ayuntamiento. To już zasługa towarzyszki podróży, która w San Sebastian dołączyła do naszej trójki 🙂
Dni upłynęły nam na spacerach po uliczkach starówki Parte Vieja, po porcie wśród zapachu ryb i owoców morza, wzdłuż plaż: surferskiej plaży Zurriola, “pocztówkowej” La Conchy oraz niewielkiej Ondarrety aż do charakterystycznej rzeźby Peine del Viento autorstwa Eduardo Chillidy.
Będąc w Donosti, nie można nie wybrać się na rajd „de pintxos”, czyli posiłek rozłożony na części spożywane w różnych barach. Do każdego baru wchodzimy i wybieramy z lady ulubione przysmaki, jemy, popijając sidrą, txakoli lub sangrią i idziemy dalej. I tak w kolejnym barze, i kolejnym, i kolejnym… Najlepiej wybierać te najbardziej zatłoczone – to znak, że pintxos nie tylko są smaczne, ale również świeże.
Castro-Urdiales
Urocze, ale sprawiające wrażenie nieco biednego miasteczka kantabryjskie Castro-Urdiales to szansa na spacer po porcie, obejrzenie zamku i katedry, w której mieszkańcy miasta chronili się przed najazdem Francuzów w XIX wieku oraz posmakowanie regionalnych rarytasów. Warto usiąść na jednej z zatłoczonych uliczek starówki w swojskiej knajpce i wybrać coś z tapas. Jednym z takich miejsc jest Taberna el Resbalon.
Zjedliśmy tam idealnie przyrządzone calamares fritos, nazywane w Kantabrii rabas, ze świeżutką bagietką. Niewątpliwie były to jedne z najlepszych kalmarów na tym wyjeździe, a trzeba przyznać, że trochę ich było 🙂 Ł. zdecydował się również na małże w sosie pomidorowym, które, wnioskując po tempie znikania z talerza, bardzo mu zasmakowały.
Santillana del Mar
Dobrze zachowane średniowieczne miasteczko w pobliżu Santander – niezwykle malownicze, stare domy i rezydencje, kamienne ulice, czyli miejsce, jakie lubimy. Na pewno warto tam zajrzeć.. choć na krótki spacer!
Z Kantabrii udaliśmy się do Asturias, a potem do Galicii, ale o tym za chwilę!









8 Comments
Agnieszka Rutkowska
Ciekawie tam, nie powiem, trzeba by się zastanowić nad wyjazdem 🙂 Ale to dopiero za rok, bo teraz brak czasu;) Co do ETA, w moich rejonach mówi się, ze najbardziej zadowoleni ze zmiany rejestracji starych na europejskie są właśnie ludzie z Bilbao i okolic. Bo to oni najczęściej byli zatrzymywani przez policje w celu przetrzepania samochodu nawet bez powodu 🙂
Natalia - tasteaway.pl
to prawda, że policja zatrzymuje tam częściej niż gdzie indziej… niestety sami sobie są trochę winni przez wszystkie historie, które miały w Kraju Basków miejsce… napisałam 2 prace magisterskie na temat nacjonalizmu baskijskiego, więc byłam mocno zaangażowana w temat 😉 jak będziecie mieć chwilkę koniecznie zajrzyjcie do San Sebastian!:)
asiaya
Kiedy byłam w San Sebastian (prawie 10 lat temu), moją pierwszą myślą było, że byłoby to świetne miasto na stypendium 🙂
Świetny blog, dołączam do grona czytaczy!
Natalia - tasteaway.pl
Dzięki za ten komentarz, bo ma dwa super pozytywne efekty 😉 przypomniałaś mi o cudownym czasie Erasmusa i włóczenia się po uliczkach Parte Vieja i po plaży w San Sebastian! Ach! 🙂 i dwa – ja zajrzałam do Ciebie! 🙂 Indie, super! byliśmy raz i chcemy kiedyś powrócić:) widzę, że mieszkasz tam od 2010 roku, więc do czytania musi być mnóstwo!! muszę się zagłębić w wolnej chwili!:) rozumiem, że pojechaliście tam pracować? 🙂
asiaya
Tak, tzn. mąż pracować, a ja kontemplować 😉
Ale mąż jest made in Spain i to właśnie Hiszpania u mnie na pierwszym miejscu w serduchu, a i nasza kuchnia bardziej śródziemnomorska niż indyjska (w miarę dostępu produktów rzecz jasna), więc co roku tam jesteśmy. W tym to nawet prawie 2 miesiące. Podróżowaliśmy po Estremadurze i Galicji właśnie, trochę północnej Kastylii. Więc dzięki Wam odżyły wspomnienia i mam kopa, żeby wrzucić zaległe wpisy na blog :)) Pozdrawiam!
Natalia - tasteaway.pl
Oj, ja tam kocham hiszpańskie przysmaki, więc całkiem Cię rozumiem! 🙂 2 miesiące w Hiszpanii brzmi super! my zjechaliśmy sporo północy, w kwietniu byliśmy w Madrycie, ale jakaś wielka hiszpańska ekspedycja nadal mi się marzy 🙂 Wrzucaj na bloga koniecznie! 🙂 a ja muszę sobie poczytać o Indiach, tylko najpierw troszkę czasu wolnego muszę znaleźć, bo ostatnio nawet nie miałam kiedy odpisać, bo i praca, i blog, i dziecko 😉 zazdroszczę czasu do kontemplowania!:)