Poniedziałkowy poranek, rzut okiem na Facebooka, a tam link do Mamadu i tytuł, który oczywiście kliknę “Jesteś matką i masz swoje życie? Słono za to zapłacisz”.  No przecież to o mnie! Jestem matką, mam swoje życie, tylko za co mam płacić?? W artykule jest matka, jest jej życie rozłożone na czynniki pierwsze, oczekiwania rodziny i znajomych, wymagania społeczne i mój ulubiony tekst „jesteś matką, nie wypada!”. Tekst jest całkiem mądry, zwłaszcza, że autorka jasno podkreśla, że ona tak nie chce, ale jedno zastanawia… gdy go czytam, mam wrażenie, że inni – społeczeństwo, rodzina, znajomi – sprawiają, że powinnyśmy być idealnymi matkami, żonami i kobietami sukcesu.

 

A prawda jest taka, że te wymagania, którym musimy sprostać, ten kaganiec idealnej na każdym polu, te wyznaczniki bycia dobrą matką to wcale nie wina innych, tylko nasza. To Ty się na to zgodziłaś, Ty dałaś sobie wmówić, że właśnie taka powinna być Matka Polka Wszechmogąca. To Ty dałaś się zamknąć między patelnią i piekarnikiem, a pokojem pełnym klocków. A może utknęłaś w kuszącym schemacie superwoman, która ogarnia WSZYSTKO i latasz z wywieszonym jęzorem od roboty i żądań szefa przez przedszkole i pediatrę do kuchni, w której kipi zupa na następny dzień? Od dziecka, chorego po raz ósmy tej zimy do męża, który musi przecież w domu zjeść kolację, wykończony po dniu w swoim korpo. Przecież kobieta idealna potrafi nakarmić rodzinę, a jedzenie na mieście czy na telefon jest tylko dla leniwych.

 

Męczy mnie czytanie o tym, jak to nam, matkom, jest źle, jakie to życie ciężkie jest i ile się od nas wymaga. Dla większości z nas życie wcale nie jest ciężkie, to my je takim czynimy. Robimy sobie źle na własne życzenie. Męczą Cię społeczne wymagania, bo im ulegasz, zamiast powiedzieć: „Mam Was w dupie!” i robić po swojemu. Bo ulega im Twoja koleżanka i Twoja siostra jak kiedyś matka i babcia. I zamiast żyć po swojemu, robisz to, czego inni od Ciebie oczekują. Bo ktoś nam wmówił, że dzięki temu nasze dzieci będą szczęśliwsze, a rodziny trwałe i bardziej udane. Bo przecież mąż nie zostawi “żony idealnej”, która zadba o dzieci, dom, wyprasowane koszule i ciepłą kolację, zostanie z chorym dzieckiem w domu, a po drodze zrobi karierę.

 

Więc staramy się spełniać wymagania i …

 

– siedzimy z dziećmi w domu, zamiast zabierać je ze sobą tam, gdzie MY lubimy – nie, to nie musi być plac zabaw, bawialnia, klub malucha, ani kulki. Czasem to dziecko może się dostosować!

 

– gotujemy po nocach i na wyjazdach, bo przecież mąż sam nawet kanapki nie zrobi, a nasz wychuchany maluch musi mieć zupkę z królika, ciasteczka owsiane bez glutenu, koniecznie dosładzane syropem z agawy. Wszyscy wiedzą, że w sklepach jest samo zło! A na pewno wie o tym idealna matka!

 

– gadamy za dużo o dzieciach, za mało o sobie i utwierdzamy świat w przekonaniu, że dla każdej matki dziecko jest głównym (jeśli nie jedynym) obiektem zainteresowania. Nudzimy innym o dziecku od chwili, gdy zobaczymy 2 kreski na teście, a potem zastanawiamy się, czemu ludzie przestali widzieć nas-ludzi, a widzą tylko nas-matki?

 

– na Facebooka ukrywamy się pod zdjęciem dziecka. Nie mamy już nawet twarzy. Na wallu chwalimy się osiągnięciami dzieci – wszyscy już zapomnieli, czym zajmujemy się my

 

– dajemy sobie wmawiać, co mamy robić – już w ciąży! Przecież Twój mąż ma prawo ingerować w Twój ciążowy jadłospis – nie jesteś już sobą, jesteś inkubatorem dla jego dziecka, a ono przecież nie urośnie na parówkach i czekoladzie, chociaż właśnie na to masz największą ochotę

 

– ulegamy matkom i teściowym, bo przecież chcemy być idealne – co z tego, że one pracowały do 13.00 i miały czas na zakupy na bazarku,  dwudaniowy obiad każdego dnia o 16.00 i sernik co tydzień? My pracujemy do 18.00, uczymy się języków i biegamy na fitness lub na jogę, ale przecież nie możemy być gorsze i też musimy mieć dwudaniowy obiad i sernik… albo nie: bezglutenowe ciasto czekoladowe i orkiszowy makaron z eko warzywami i mięsem, koniecznie prosto z targu

 

– przestajemy chodzić na imprezy i zapominamy o tym, jakie byłyśmy – zastanawiałaś się kiedyś, w którym momencie największą rozrywką stało się dla Ciebie wino na kanapie albo gorzej… wyjście do sklepu na zakupy??? Kto Ci powiedział, że matka nie może pić i tańczyć na stole???

 

– nie mamy swoich weekendów, bo nasz plan dnia to obiadek, spacer, kąpiel o określonej godzinie, a w niedzielę obowiązkowo basen dla dziecka i obiad u teściów

 

– nie chodzimy z koleżankami na kawę, bo przecież nie mamy czasu – jak nie robota, to dziecko. Jak nie dziecko, to robota i tak w kółko!

 

– znosimy fochy męża, podporządkowujemy się jego wizji życia, bo przecież mamy razem dzieci!

 

– robimy sobie dziecko – 1, 2 lub 3, a potem dziwimy się, że nie mamy czasu dla siebie i na własny rozwój, że nie śpimy po nocach i nie pamiętamy już, kiedy beztrosko leżałyśmy na plaży, gapiąc się na słońce!

 

A przecież… Nikt nam nie kazał. Nikt nie zamknął Matki Polki w więzieniu oczekiwań. Nie założył kłódki. To my. To my same to robimy i zapominamy, że  „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Dajemy sobie wejść na głowę. Mężom, dzieciom, matkom, teściowym, szefom. A potem narzekamy, że życie straszne takie, że matka taka wykończona, że tyle oczekiwań, że jak im sprostać, że zarobiona, że mąż nie pomaga, że nie ma czasu dla siebie. A procent życia w życiu nikły. Nasz wybór. Twój wybór.

 

Więc ja gotuję wtedy, kiedy mam ochotę, a nie wtedy, kiedy muszę. Nie piekę ciast, tylko czasem muffinki, bo Maks lubi mieszać ciasto. Wolę iść do cukierni (zwłaszcza, że teraz mam DESEO! :)) niż przez 4 dni zjadać z przymusu to samo ciasto. Chodzę na kawę i na sushi, czasem z dzieckiem, czasem bez. Mam przyjaciółki, z którymi nie gadam tylko o dzieciach. Nie kładę dziecka spać o ustalonej godzinie i mam w dupie rutynę – przez 4 lata nie zauważyłam, by przez to moje dziecko było gorsze / mniej szczęśliwe / mniej pogodne / częściej chore niż inne. Zaryzykuję nawet, że to wulkan energii i chodząca radość. Chodziłam z niemowlakiem na spotkania ze znajomymi do Mielżyńskiego i z noworodkiem na sushi. Wyjeżdżałam z Warszawy jak miał 3 tygodnie i z Polski jak miał 2,5 miesiąca. Nadal lubię imprezować – nie na kanapie, tylko na mieście. Chodzę z czterolatkiem wszędzie, gdzie chcę albo bez niego, kiedy mogę. Mam czas dla siebie i mam czas dla swojego związku, a nie tylko dla rodziny. Mam siebie. I nie mów mi, że Ty nie możesz. Że to się tylko tak mówi. Możesz. Zwycięzca widzi rozwiązania w każdym problemie, przegrany problem w każdym rozwiązaniu. To Ty decydujesz, po której stronie jesteś.