To się zaczyna już w ciąży. Nagle przez wiele lat niezależna i niepodległa, stajesz się częściowo własnością wspólną. Przecież nie jesteś już tylko sobą, jesteś przyszłą MAMĄ! Nosisz w brzuchu dziecko swojego męża, wnuka swojej mamy i teściowej, prawnuka dziadków. I się zaczyna… jeszcze niedawno nikogo nie interesowało co jesz i kiedy. A tu nagle: „Teraz powinnaś dobrze się odżywiać, jesteś przecież w ciąży!”, „Jedz więcej warzyw”, „Idziecie na sushi???? Ale jak to??? Przecież w ciąży nie można jeść surowego!”, „Ja w ciąży jadłam za dwoje, a potem byłam szczuplutka jak osa, karmienie wszystko wyciąga! No zjedz jeszcze, zjedz!”, „A te szynki takie surowe to kupujesz?? Przecież tego w ciąży nie powinno się jeść!”.

 

Nagle każdy staje się ekspertem ds. żywienia kobiet w ciąży. To można, tego nie. Na to uważaj, tego mąż nie pozwala… albo teściowa krzywo patrzy. A Ty masz to wszystko gdzieś, bo właśnie dręczą Cię mdłości i jedyne, na co masz ochotę to pizza i szklanka Coli. Z czasem „życzliwi” nieco milkną. Trochę w tej ciąży chodzisz, brzuch Ci rośnie, z dzieckiem wszystko OK, to może jednak te sushi i ostre indyjskie dania Ci nie zaszkodzą… Może nawet te kilogramy czekolady Ci nie zaszkodziły i cukrzyca w ciąży już Ci nie grozi. Uff, chwila spokoju.

 

Nie na długo. Rodzisz i się zaczyna! Teraz już nie TY, tylko dziecko. Nie oszukujmy się – w ciąży też chodziło o dziecko. Karmisz piersią? To się szykuj! „Płacze, czemu mu nie dasz piersi??” (nieważne, że jadł godzinę temu!) albo odwrotnie: „Nie za rzadko go karmisz, może go trzeba obudzić?”, „Czy on się na pewno najada? Skąd wiesz?”. Karmisz butelką? „ A dlaczego nie piersią?”, „To jednak nie to samo, co mleko matki!”. A idźcie w cholerę! Jeśli karmisz butelką, przynajmniej masz trochę spokoju – nikt już nie wnika w Twoją dietę. Możesz od razu po porodzie zjeść miskę bigosu, wypić litr gazowanego napoju i zagryźć podobno mocno uczulającymi truskawkami. Tu wygrywasz!

 

Jeśli karmisz piersią, specjaliści ds. żywienia nie odpuszczą. Dieta. Powinnaś, nie powinnaś. Czasem o tym, czego nie powinnaś, słuchasz nawet od osób, które nawet nie mają dzieci! Ani w ciąży nie są! Informacje są sprzeczne. Jedz jabłka, to nie uczula, nie jedz jabłek. Najlepiej tylko sucha bułka, ryż i gotowany kurczak. I OK, zdarzają się dzieci z poważnymi alergiami i wtedy rzeczywiście czeka Cię bułka i ryż przez kilka miesięcy lub przejście na mleko modyfikowane. Ale na miłość boską: jest też cała masa dzieci, które możesz karmić swoim mlekiem, jedząc wszystko! Pierogi z kapustą i grzybami, sushi, tajskie, meksykańskie, indyjskie.. wszystko, na co masz ochotę! Nie cierpią z tego powodu, nie bolą ich brzuchy, nie ryczą godzinami. Może właśnie do takich potraw przyzwyczaiłaś je w ciąży??

 

Do kulminacji dobrych rad dochodzi jednak, gdy Twoje dziecko też zaczyna jeść coś więcej niż mleko. Teraz już do dających rady oprócz rodziny i koleżanek, dołączają nawet obcy ludzie. Każdy ma swoją wizję. Czujesz to na własnej skórze zwłaszcza, gdy zostawiasz dziecko z dziadkami lub z nianią. Każdy też swoją wizję musi głośno wyartykułować. Koniecznie przy Tobie!

 

„Co on tak te słoiczki je? Dałabyś mu normalnie kotleta, przecież widać, że chce! Za moich czasów, dzieci normalnie jadły!”

„Na pewno nie słoiczki, gotuje sama, przynajmniej wiem, co dziecko je. Tylko wyrodne matki dają słoiczki! Lenistwo górą!”

„Każdy pediatra wam powie że na początek najbezpieczniej jest dawać słoiczki, bo ich skład jest przebadany na obecność metali ciężkich i innego syfu oprysków i nawozów. Ja bym się bała dawać małemu dziecku pędzone warzywko z warzywniaka, ale to wasz wybór”

„Więcej warzyw powinien jeść.”

“Nie lubi marchewki. No szkoda, szkoda. Jego tatuś jak był mały to wszystko jadł! Taka mała kuleczka!”

„Więcej mięsa musisz mu dawać?”

„dlaczego mu nie dajesz jogurtów?”

„Bez przesady, trochę cukierków nikomu jeszcze nie zaszkodziło!”

„Dajesz mu Nutellę? Przecież to taki syf”

„TY w jego wieku to już jadłaś….(wyliczanka)”

„Może on za dużo tego mleka pije?”

„Może za mało?”

„Czy w tym żłobku to oni ich w ogóle karmią???”

„Oj coś bledziutko wygląda, zobacz, jaki synek Kasi pulchny i dorodny”

„Czy on powinien te krewetki jeść? Czy mu to nie zaszkodzi?”

„Dziecko powinno….”

„A co on je te kulki z mlekiem na śniadanie??? Nasz to omlet je albo jajecznicę jak prawdziwy chłop!”

„Za moich czasów to dzieci jadły wszystko, a nie wybrzydzały!”

„Nie chce wody? To może dosyp mu cukru? Może mu soczku z kartoniku naleję?”

“Kupujesz to gówno? Przecież to sam cukier!”

“I on tak je w tej Azji??? No nie wiem – czy dzieci powinny jeść takie dania!”

 

I tak w kółko. Zawsze je za dużo albo za mało. Za mało warzyw lub za mało mięsa. Nie takie jogurty, nie takie soczki. Słodycze to skandal albo cukier krzepi. I jeszcze te wyścigi. „Bo mój to już je schabowego z kapustą”, „A mój kocha brokuły! Ulubione danie!”, „Ja już swojego wcale nie karmię – sam je łyżeczką i widelcem!”. A sam po zakupy nie chodzi i nie gotuje może w Masterchefie????

 

Nie wiem, kiedy to się kończy… Jak ma 6 lat? 8 czy 10? A może nigdy??? Przecież  przy świątecznym stole znów usłyszysz: “Czemu pasztetu nie jesz??? Przecież tyle narobiłam! I sałatki jarzynowej sobie nałóż! nie lubisz? Nie jadasz mięsa? Co to za nowomoda?? Wymysły jakieś!”

 

Dajmy sobie nawzajem spokój i wolność. Nie zaglądajmy w talerze NIE naszych dzieci. Nie stresujmy się, że Tomuś je wszystkie warzywa i właśnie urósł 10 cm, a przytył 3 kg. Nie dajmy się zwariować. Też jedliśmy słodycze. Też jedliśmy czekoladowe kulki z mlekiem. Parówek na tony. Zapychaliśmy się chipsami, wracając ze szkoły. Zajadaliśmy drożdżówki w szkolnych sklepikach, najlepiej z dużą ilością lukru, a potem zapijaliśmy je Colą lub mocno słodzonym sokiem. Na obozy zabieraliśmy słoik Nutelli, która ratowała życie, gdy na śniadanie nie było nic dobrego (czyli codziennie!:)). Robiliśmy sosy z proszku, a na Erasmusie kupowaliśmy najtańsze produkty, bo przecież ważniejsze było wino na wieczór. Piliśmy granulowaną herbatę z dużą ilością cukru, a najlepsze imprezy w podstawówce to te w McDonald’s czy w Burger Kingu.

 

Popełnialiśmy całą masę żywieniowych przestępstw, których nasze dzieci prawdopodobnie nigdy nie popełnią, bo wiedza poszła na przód, bo zmieniliśmy podejście, bo za 10 lat nie będą mieć pewnie pomysłu, by w jednym kubku zmieszać 2 zupki w proszku, by były bardziej pożywne (true story!). Pomimo tego całego zła, tego tłuszczu, cukru i soli, żyjemy i mamy się dobrze. Nie dajmy się zwariować również w temacie naszych dzieci. Nie umrą od tej Nutelli, od tego soczku z cukrem, od parówki. Nie umrą przez nienawiść do marchewek i brokułów.

 

Słuchajmy siebie, a nie innych. Róbmy swoje i nie patrzmy innym w talerze. I dzieciom, i dorosłym. Twój przyjaciel może być wege, może je tylko steki, może nie je glutenu, laktozy i cukru, może je tylko organiczne mięso i dzikie ryby, a Ty nie wiesz, co widzi w puddingu chia i koktajlach. I co z tego? To nie Twoja sprawa, nawet jeśli uważasz, że totalnie mu odbiło. Zajmij się swoim talerzem. Tak samo jak z Tobą. Twoja dieta nie jest sprawą Twoich znajomych i przyjaciół. Nie jest ich sprawą Twój kebab z budki na rogu i butelka Coli, którą stawiasz na biurku w pracy. Ktoś komentuję, że powinieneś się zdrowiej odżywiać, że złe nawyki dzieciom przekazujesz, że przytyjesz. Cóż, powiedz mu jedno: Nie zaglądaj mi do talerza, a jak nie będę zaglądać do Twojego!