Wiesz co, byliśmy ostatnio z Tomkiem na szkole rodzenia – powiedziała mi koleżanka z liceum, która pod koniec grudnia rodzi swoje pierwsze dziecko. Za oknem deszcz i listopadowa wichura, a my siedziałyśmy nad rozgrzewającym indyjskim thali – I jak posłuchaliśmy innych par, to aż się przeraziliśmy! Wszyscy pytani o pierwsze skojarzenia z porodem od razu rzucali same negatywne słowa: krew, ból, łzy, masakra, strach. Ja wiem, że poród jest bolesny, ale gdy o nim myślę, myślę przede wszystkim o tym, że poznam wreszcie swoje dziecko, że je zobaczę, że to będzie radosna i pozytywna chwila. Tomek uważa tak samo.

 

A Ty??? Jak wyobrażałaś sobie poród? A jak pierwsze chwile z dzieckiem? Widziałaś oczami wyobraźni nieprzespane noce, zimne jedzenie, swoje tłuste włosy i brudny dres? Czy może szykowałaś się na nadludzkie zmęczenie, które nie daje Ci oddychać? Na noszenie godzinami, krzyk, histerie i Twoją bezsilność?

 

5 lat temu ja trochę tak myślałam. Zaszłam w ciążę trochę przypadkiem i chociaż cieszyłam się bardzo, czułam, że skończy się dotychczasowe, beztroskie życie. Gdy myślę o tym teraz mam wrażenie, że naczytałam się za dużo, nasłuchałam się za dużo. Mam wrażenie, że wbrew temu, co się mówi o pokazywaniu nadmiernie pozytywnego obrazu macierzyństwa, uroczych, uśmiechniętych bobasów i mam z rozanieloną buzią, stała się rzecz dziwna. Macierzyństwo bez lukru wygrało. Uwierzyliśmy, że jest ciężko, że pierwsze miesiące to masakra i tak musi tak być. ZAWSZE. Musi być ryk, płacz, kolka, matka styrana, ledwo żyje, w domu uwięziona, zła, zmęczona, przytłoczona, poświęcająca się. Mówi głośno, że macierzyństwo „to nie je bajka” i głośno sprzeciwia się oblewaniu go szklanką lukru.

 

A wiesz co ja powiem? Mnie macierzyństwo zaskoczyło na plus! Pierwsze miesiące były łatwe, proste i przyjemne. Wspominam je jak sielankowy czas z moim dzieckiem. Próbuję przypomnieć sobie momenty z życia Maksa, w których czułam się tak źle, w których macierzyństwo mnie dusiło i nie mogę ich znaleźć. Ktoś powie: „co Ty tam wiesz?! Przecież masz tylko jedno dziecko!” Tak, to prawda. Ale straszenie macierzyństwem, przestrogi i czarne wizje zwykle dotyczą tych, którzy jeszcze nawet nie zaczęli. Starają się lub są w pierwszej ciąży. To im się wmawia „Będziesz miał dziecko, to zobaczysz!!”. To ich straszymy, to u nich wprowadzamy obawy i niepewność. Przy drugim dziecku już wiesz, z czym to się je. Nie musisz słuchać dobrych rad i przestróg, a to czy masz 2, 3 czy 4 dzieci rok po roku i nie dajesz rady, to już Twój wybór.

 

Więc na przekór wszystkim będę lała lukier na całego! Powiecie: „takie dziecko Wam się trafiło!!!” A skąd wiesz, że Tobie się takie trafi??? A skąd wiesz, że

 

8 „STRASZAKÓW”, KTÓRE MOŻESZ PUŚCIĆ MIMO USZU!

 

1) Cesarka??? Wiesz, że długo nie dojdziesz do siebie i nie będziesz mogła się zajmować dzieckiem tak jak po porodzie naturalnym. / Po cesarce podobno są problemy z karmieniem piersią.

 

Tak, miałam cesarkę. Ze względów medycznych, chociaż były momenty, kiedy rozważałam cesarkę na życzenie. Wiem, że to operacja i to zawsze może być groźne. Ale problemy z dochodzeniem do siebie i problemy z karmieniem?? Nie wiem, nie znam. Karmiłam od początku, 3 dni po porodzie byliśmy na pierwszym spacerze. Wstawałam w nocy, nosiłam, przewijałam, robiłam wszystko. Nie mówię, że nie bolało. Trochę tak, ale czy utrudniało mi to codzienne życie i zajmowanie się dzieckiem?? Nie!

 

2) Nie jedz tego, mały na pewno będzie mieć kolki!!

 

Dieta matki karmiącej. Ten mały potwór, który najbardziej mnie przerażał, bo wiecie, że kocham jeść! A tu nagle tego nie można, tamtego nie można, z tym uważać. Wiem, że są dzieci, przy których musisz jeść ryż i bułki, bo po wszystkim innym mają czerwoną, szorstką buzię i wysypkę. Bardzo mi żal i tych maluchów, i ich rodziców, ale jest też cała masa dzieci, która nie ma kolek, wysypek i innych atrakcji. Zjadłam sushi, jak Maks miał tydzień. Naszpikowana informacjami o diecie…I co?? I nic. Ale już wcześniej zdążyłam usłyszeć „nie dodawaj cynamonu do jogurty, bo to niemowlętom szkodzi”. Oki, szkodzi, ale jak???? Nie widziałam żadnych konsekwencji… chyba, że ten cynamon z pierwszych dni życia ujawni się tajemniczą chorobą w wieku 20 lat??

 

3) Pierwsze miesiące to masakra, potem to już z górki!!

 

Masakra? Nie zauważyłam! Pierwsze miesiące z Maksem wspominam sielankowo. Spacery, dużo czasu, oglądanie seriali przy karmieniu. Pierwsze miesiące to spotkania z koleżankami z maluchami, fitness z bobasem, wyprawy na sushi i do dziecięcych kawiarni. Podróże z Łukaszem. Wieczorne spotkania u nas na balkonie. Często goście. Oczywiście, wstawałam w nocy. Karmiłam, przewijałam, nosiłam i czasem myłam się popołudniu, ale zdecydowanie częściej spędzaliśmy wspaniałe dni, które wspominam jako najbardziej wypoczynkowe od czasu podstawówki 🙂 I wiesz co? Mam całkiem sporo koleżanek, które podobnie wspominają macierzyński. Więc dlaczego u Ciebie to musi być masakra??

I nie, nie miałam 5 osób do zajmowania się dzieckiem. Od rana do wieczora w pierwszych miesiącach ZAWSZE byłam z Maksem sama. Łukasz pracował do 18, 19.00, 20.00, podobnie jak babcie. Ale czy to znaczy, że musiałam spędzać czas samotnie, zamknięta w domu??  Miałam luksus, by czasem wyjść na trochę bez niego, ale z uwagi na karmienie piersią do czasu, jak skończył rok, nie korzystałam aż tak często jak korzystam teraz. Wolałam zabrać Maksa ze sobą.

 

4) Nie dawaj mu smoczka – zobaczysz, jakie będą potem histerie!

 

Dałam. Zabrałam, gdy uznaliśmy za stosowne. Sposobem, nie awanturą, histerii brak.

 

5) Przecież dziecko musi mieć rutynę i swój plan dnia!

 

Moje ulubione. Bez rutyny dziecko nie da rady. Musi spać w swoim łóżeczku o 13.00 i mieć zawsze kąpiel o 19.23. Jeśli to ułatwia Ci życie, bo lubisz mieć wolne wieczory z mężem codziennie od 20.00, trzymaj się tego. Ale jeśli rutyna Cię dobija, sprawia, że rezygnujesz z tego, co lubisz, na wakacjach od 18.00 jesteś w hotelowym pokoju, a ze spaceru musisz pędzić do domu, bo zbliża się pora drzemki… hmm… wcale się nie dziwię, że dostajesz szału i głośno głosisz „macierzyństwo bez lukru”. My od małego pakowaliśmy Maksa w wózek lub nosidełko i szliśmy tam, gdzie mieliśmy ochotę. Nasze dziecko spało w barze w Tajlandii, chodziliśmy z nim po Madrycie do 1.00 w nocy i na długie kolacje, gdy podróżowaliśmy po Europie. Czy było mu gorzej niż w domu? Nie skarżył się, nie płakał, spokojnie spał… Może nawet lepiej niż ten, co się położył o 19.23 w swoim łóżeczku? 😉

 

6) Dziecko ogranicza, już nie będziesz mogła wychodzić z domu tam, gdzie chcesz.

 

Oczywiście ogranicza… szalone imprezy do 7.00 rano, włóczenie się z klubu do klubu, picie ze znajomymi do świtu. Trzeba odpuścić. Wszystko inne da się zorganizować z dzieckiem. Jeśli nie potrafisz, to może nie chcesz? Nie próbujesz? Nie daj się zastraszyć tekstom o matkach uwięzionych w domu z dzieckiem. Ja ostatnio przeczytałam jeden i aż się przeraziłam. Miałam wrażenie, że matka z dzieckiem tylko czeka na powrót męża o 18.00, a czas dłuuuuuży się w nieskończoność. Kurka, czy przed dzieckiem też nie robiłaś nic bez faceta obok??? Roczne wykluczenie ze społeczeństwa??? Czemu?? A jeśli twierdzisz, że Twoje dziecko non stop płacze w domu i po prostu NIE DA SIĘ z nim wyjść, zabierz je do centrum handlowego, do kawiarni przyjaznej dzieciom, do znajomych. Może właśnie wtedy przestanie płakać? Nie dowiesz się póki, nie spróbujesz.

 

7) Teraz to się skończą się te Wasze podróże! Chyba nie sądzisz, że będziecie tak jeździć z dzieckiem??

 

Kto choć raz usłyszał coś takiego, ręka do góry. Tylko powiedz swojej Mamie, Babci czy Teściowej, że planujesz jechać gdzieś z niemowlakiem, i od razu rozpacz w oczach i rwanie włosów z głowy. Powiedz znajomym: nie uwierzą! Uznają Cię za wariata, egoistę, a może patologię, co nie dba o dziecko?? Naprawdę nie potrafię zrozumieć po 4,5 roku życia z Maksem, czemu podróże mają szkodzić dziecku???? Chętnie posłucha!

 

Jeśli rezygnujesz z czegoś, co lubiłeś, bo masz dziecko, to wcale mnie nie dziwi, że jesteś niezadowolony i sfrustrowany. Oczywiście podróż z dzieckiem jest inna, bardziej męcząca, mniej relaksująca, ale ma całą masę innych zalet. Chyba, że należysz do grupy „Jasne JEŹDZIĆ MOŻNA nawet z miesięcznym brzdącem ale to GÓWNO A NIE URLOP Nie oszukujmy się.”*, to znów Twój wybór.

My taplamy się w gównie od 4,5 roku i  całkiem mi się to podoba!:)

 

8) Nie wsiądę z dzieckiem do samolotu, będzie ryczeć!

 

Kolejny hit. Jeśli jeszcze nie leciałaś, skąd wiesz??? Może Twoje dziecko polubi podróże i będzie najgrzeczniejszym pasażerem.?? Tak jak nasze 🙂 Pamiętaj tylko, że musisz mu w tym pomóc. I czasem nie wystarczy mówić: „Kochanie, uspokój się, nie płacz”. Czasem przydadzą się zabawki, przekąski, książka, smoczek, butelka czy bajka dla starszaka. Ale przecież jesteś mamą, powinnaś to wiedzieć. Nie tracisz nagle tej wiedzy, gdy wsiadasz do samolotu.

 

 

Gdy teraz o tym myślę, macierzyństwo zaskoczyło mnie na plus. Miała być masakra, a kompletnie jej nie pamiętam. Miałam być zamkniętą w domu, zmęczoną matką, a nie czułam się tak nawet przez chwilę. Nie bój się, nie słuchaj tych, co straszą. Będzie super!:) Oczywiście może trafi Ci się mały krzykacz z kolką 24 h, ale może nie??? Nie nastawiaj się źle, nie daj sobie wmówić. Próbuj, nie rezygnuj ze swojej wizji. Macierzyństwo z lukrem też jest fajne!:)