Znam sporo mam. To bardzo różne dziewczyny. Inaczej też wyglądało ich zostawanie mamą- niektórym przydarzało się prawie przypadkiem, inne starały się latami. Jedne były wtedy dość młode i dziecko pojawiło się zbyt szybko – nie miały czasu obserwować wcześniej, jak postępują z dziećmi inne matki, nie miały, kogo się radzić, bo większość koleżanek robiła wtedy zupełnie coś innego niż przewijanie bobasa i pielęgnowanie kikuta pępowinowego. Inne miały czas, by się przygotować – czytały, wybierały najlepsze wózki, najlepsze foteliki, najlepsze zabawki, czytały o najlepszej diecie i o tym, jak mówić do dziecka. Jeszcze przed porodem wiedziały WSZYSTKO. Dziecko było dla nich kolejnym projektem do wykonania. Projektem cudownym, wyczekanym, najlepszym, ale podeszły do niego równie metodycznie jak do projektów realizowanych w pracy – idealne przygotowanie, idealna organizacja, lista zadań do wykonania, plan. Wcale im się nie dziwię – ja też jestem specjalistką od dobrze zaplanowanych projektów. Uwielbiam listy „TO DO” i wykreślanie kolejnych mniejszych i większych zadań. Uwielbiam porządek i dobrą organizację. Uwielbiam mieć plan…
Do macierzyństwa jednak planowanie ma się nijak. Im wcześniej każda z nas to zrozumie, tym lepiej. To nie będzie nigdy projekt, nad którym będziesz mieć pełną kontrolę, choćbyś była najlepszym project managerem w największym korpo, jakie znasz. Tu zawsze wszystko może się posypać i niezależnie czy byłaś tą zaskoczoną mamą, która nic nie wie i 2 kreski na teście wbiły Cię w ziemię i przeraziły czy może tą, która marzyła o nich przez długie miesiące i wszystko miała już przygotowane, ostatecznie lądujesz na tym samym wózku….I nie ma tu znaczenia czy to gondola za grube miliony czy może wózek pożyczony od koleżanki. Jedzie się nim całkiem tak samo.
Dzieci są nieprzewidywalne. Nie są do zaprogramowania. Nie są do zaplanowania. Ciąża nie jest do zaplanowania. Chciałaś być aktywna i pracować do 8 miesiąca, a jednak musisz leżeć. Chciałaś nikomu nie mówić przez pierwsze 3-4 miesiące, ale czujesz się tak źle, że musisz iść na zwolnienie. Chciałaś ćwiczyć i trzymać formę, ale nagle masz nisko łożysku i musisz leżakować z nogami do góry. Chciałaś wybrać się w podróż we dwoje, jeszcze przed rozwiązaniem, a tu lekarz mówi: Nic z tego! Chciałaś rodzić naturalnie, bo przecież tak jest najlepiej dla Ciebie, i dla dziecka i właśnie do naturalnego porodu szykowałaś się, czytając przeróżne książki i chodząc na szkołę rodzenia. Ale się nie udaje… bo dziecku spada tętno, bo nie ma akcji porodowej, bo już po terminie, a nic się nie dzieje, bo trzeba działać szybko, bo nie masz skurczy. To pierwszy poważny „fuck up” w Twoim projekcie. Planowałaś, chciałaś, zależało Ci, ale nie wyszło. Mi też nie wyszło. Czy się przejęłam, że nie urodziłam naturalnie? Nie. Cieszyłam się, że mam przy sobie zdrowego, całego synka. Cieszyłam się, że nikt na siłę nie zmuszał mnie do naturalnego porodu, bo tak lepiej. Znam jednak dziewczyny, które miały wyrzuty sumienia, że nie rodziły naturalnie. Wykształcone, pewne siebie kobiety, którym daleko od obcowania z osobnikami głoszącymi, że poród przez cięcie to „wydobyciny”, nie narodziny. Przejmowanie się, że nie urodziły naturalnie odebrało im radość z pierwszych dni macierzyństwa. Utrudniało. Stresowało w momencie, którym sam z siebie jest stresujący, nowy, wymagający. Nie chcę, by tak było. Nie chcę, byśmy biczowały się w myślach za coś, na co nie miałyśmy wpływu.. Nie chcę, byśmy traktowały to jako “fuck up” w naszym projekcie.
Potem jest tylko gorzej. Chciałaś karmić piersią co najmniej do roku, a skończyłaś po miesiącu, bo miałaś dość / nie miałaś pokarmu / dziecko nie najadało się odpowiednio. Albo może chciałaś karmić pół roku i wrócić do pracy, ale nie potrafiłaś odstawić małego cycoholika i karmisz pomimo, że ma już 2 lata? I co z tego??? Czy to znów „fuck up”? Chciałaś, by jadł warzywa i owsiankę codziennie na śniadanie, a teraz cieszysz się, gdy wcina byle makaron w restauracji, bo inaczej mógłby żyć powietrzem. Chciałaś chodzić na długie spacery z wózkiem, a on wózka nie cierpi. Chciałaś podróżować samochodem, a ona potrafi się drzeć przez godzinę. Nie planowałaś choroby, nie planowałaś tej ospy ze żłobka, nie planowałaś refluxu, nie planowałaś, że będzie chorował częściej niż inne dzieci, nie planowałaś zszywania palca i zapalenia płuc w szpitalu. Nie planowałaś, że będzie robić w sklepie histerię o nową szczoteczkę do zębów, bo przecież tak robią tylko niegrzeczne bachory, Twoje nigdy tak nie będzie robić! Nie planowałaś, że w samolocie będzie drzeć się jak opętana, pomimo, że ma za sobą kilkadziesiąt lotów. Nie planowałaś, że nie będzie lubił morza i przestraszy się fal – przecież Ty uwielbiasz pływać… Każda z nas na pewno ma coś, co ją zaskoczyło. Coś, czego się nie spodziewałaś, nie planowałaś, nie chciałaś.
“Fuck upy” w tym projekcie będziesz zaliczać na każdym kroku. Zarządzanie kryzysem wejdzie Ci w krew bardziej niż zarządzanie zwykłym projektem. Ale wiesz co? To nie ma żadnego znaczenia 🙂 Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej. To nie “fuck up”, to życie. Nie musisz iść zgodnie z planem. Nie musisz trzymać się książek. Nie musisz rodzić naturalnie, karmić piersią, nie musisz kupować drewnianych zabawek, dawać jaglanki. Twoje dziecko to przeżyje. Ty też to przeżyjesz. I nie daj sobie nigdy wmówić, że Twoje macierzyństwo jest gorsze, bo jest inne niż planowałaś w ciąży. Jest niepowtarzalne, nieprzewidywalne, zaskakujące i to jest w nim najlepsze. To Ty musisz zmienić podejście – zrozumieć, że te rzekome “fuck upy” będą zawsze i wszędzie. Twoje dziecko milion razy zmieni Twoje plany, milion razy spalisz się ze wstydu lub ze złości. Ale to jak do tego podejdziesz, jest tylko w Twojej głowie.
Podpisano: mam dwójki dzieci, oboje z cesarek, jedno było niejadkiem, w “najlepszych” momentach poniżej siatki centylowej, drugie lubi drzeć się w samochodzie i nadal usypiam je w wózku, a w nocy potrafi się budzić.




27 Comments
Izabela Witorzeńć
Oj wiem coś o tym. Przy ciężko chorym dziecku nauczyłam się nie tylko nie planować ale też cieszyć każdą chwilą spędzoną poza szpitalem. Kazdy wyjazd okupiony milionem ubezpieczeń i możliwościami rezygnacji- bo nigdy nie wiadomo kiedy trzrba bedzie jechać na cito na izbę przyjęć .A i te szpitalne chwile staram sie doceniać – że jest tam mnóstwo terenów rekreacyjnych i można zorganizować piknik, że w szpitalnym barze jest całkiem niezłe jedzenie albo że akurat tym razem trafiła nam się izolatka z wygodnym łóżkiem zamiast 10-cioosobowej sali gdzie trzeba spać na krzesłach. Łapię się takich okruchów żeby nie oszaleć 🙂 pozdrawiamy z ICZMP w Łodzi, która od trzech lat pozostaje naszą stałą miejscówką na lipiec 🙂
Natalia
Ty jesteś moją bohaterką! Zresztą jak każda mama chorego malucha! takie osoby podziwiam najbardziej – a jeśli jeszcze w tym wszystkim nadal się uśmiechają, podróżują, robią coś dla siebie, to pozostaje tylko się od nich uczyć.. wiem z wcześniejszych Twoich komentarzy i postów na FCB, że Wasz synek jest chory, ale przyznam, że nie wiem dokładnie na co? Podzielisz się czy to zbyt prywatne pytanie? dlaczego właśnie lipiec w szpitalu ?:( oby jak najszybciej do domku!
Izabela Witorzeńć
Julek w wyniku powikłań po operacji serca cierpi na niewydolność nerek – jedna nie działa wcale a o drugą cały czas walczymy, bo ledwo zipie. Ta niedziałająca nerka zatruwa organizm a póki co nie można jej usunąć- stąd szpital, bo często wdają sie zakażenia, które szybko prowadzą do sepsy. To tak w dużym skrócie. Teraz czeka nas operacja i założenie stomii, zobaczymy jak będzie.
A lipiec to przypadek – chyba to po prostu dla nas pechowy miesiąc. Dobrze, że już połowa za nami 🙂
Natalia
eh, nie macie łatwo :(( czy jest jakieś światełko w tunelu, że będzie lepiej? w takich sytuacjach robi się przeszczep nerki? czy jakoś inaczej sobie lekarze radzą z tematem?
Izabela Witorzeńć
Na razie stomia, być może pomoże na kilka lat. Przeszczep to ostateczność ale liczymy się z tym, że może nas to czekać. Młody jest bardzo dzielny i mimo wszystko pełen radości, więc to cieszy 🙂
Natalia
Trzymam kciuki za Was! wszystkiego dobrego, zdrówka i nadal radości życia, którą macie w sobie!!!:)
Izabela Witorzeńć
Dziękuję :*
Agata S
Dobra robota Natalia! Cała prawda w kilkudziesięciu zdaniach… Najtrudniej właśnie przestawić swoje myślenie… Mi ciągle się nie udało. Próbuję, próbuję i nic. Niby to takie proste a jednak skomplikowane do wprowadzenia w życie. Ale masz rację, “porażki” są wpisane w rozkład praktycznie każdego dnia i nie wyobrażam sobie, że istnieje ktoś u kogo jest inaczej 😉
Natalia
Nie istnieje 🙂 Musimy się po prostu nauczyć, jak z tym żyć 🙂 i godzić się z planem B… wtedy będzie łatwiej, chociaż wiadomo, że czasem to frustrujące, gdy plany się rozsypują, bo choroba, katar, do lekarza trzeba itd…
Agata S
Najtrudniej właśnie pogodzić się z tym planem B jak tak bardzo marzy się plan A… Albo jak się naczyta takich blogów tasteaway i się chce a potem psikus, bo dzieci nie współpracują :p
Natalia
hahaha, te z tego bloga też nie zawsze współpracują… jakbyś widziała, jaką histerię Jagoda zrobiła przy starcie samolotu do Włoch.. Głowa mała!
Marta Banat
Bardzo mi się podoba takie podejście do życia:-) popieram i zgadzam się w 100 %. Żyć nie wyobrażeniami o życiu i analizować co poszło nie tak tylko przyjmować je takie jest i czerpać radość z tego co mamy. Bo każdy ma powód do radości i dumy tylko nie każdy potrafi to docenić.
Natalia
O dokładnie! 🙂 Tego się trzymajmy 🙂 A już tym bardziej w kontekście dzieci, których nigdy nie będziemy w stanie “zaprogramować” w 100% 🙂
Kam
Pięknie!
Natalia
dzięki 🙂
alterego
Wszystko ok ale fragment “nie miałaś pokarmu / dziecko nie najadało się odpowiednio” ma sie nijak do rzeczywistosci. Samo z siebie sie tak nie dzieje i dobrze by bylo zeby kobiety o tym wiedzialy ze jesli wydaje im sie ze maja malo pokarmu albo dziecko sie nie najada szukaly wsparcie u Certyfikowanych Doradczyn Laktacyjnych. Nie chcialam karmic a od 2 lat sieje laktoterror 😉
Joanna
Laktoterror? Brzmi strasznie. Za poziom mleka odpowiada prolaktyna. Jeśli jej poziom jest niski, to kobiety borykają się z brakiem pokarmu. A te z wysokim poziomem nie mają tego problemu. Jesteśmy uwarunkowania hormonalnie. A abstrahując od natury, to niech każdy wybiera co mu odpowiada. Znam kobiety, które po prostu nie chciały karmić i to od pierwszego dnia. Nie oceniam. Na pewno karmienie piersią nie sprawi, że nasze dziecko będzie odporniejsze od tych karmionych mieszanka. I do tego nie potrzeba żadnych badań naukowych, wystarczy rozejrzec się wśród znajomych. Mądrzejsze tez nie będzie. Jestem za obalaniem mitów. Kto chce niech karmi piersią, lepszego pokarmu nie ma, a kto nie ma na to ochoty bądź mu nie wychodzi, dajmy mu spokój.
alterego
Jestem tego samego zdania. Jesli ktos chce karmic mm to niech karmi. Po to wynaleziono MM. Natomiast wiele kobiet nie ma wiedzy i wsparcia np o skokach rozwojowych dziecka ( a to jest czesto moment kiedy mamie wydaje sie, ze dziecko sie nie najada) i rezygnuje z karmienia mimo, ze karmic piersia chce. Kobiety ktore nie moga karmic z powodu niskiego poziomu prolaktyny to promil przypadkow. Brak pokarmu/ slaby pokarm/ tlusty pokarm powodujacy bole brzuszka to mity ktorych nie nalezy powielac.
Natalia
Hey 🙂 wiedziałam, że ten fragment ktoś skomentuje 🙂 nawet pisałam w nawiasie wyjaśnienie, o co mi chodzi, ale potem wykasowałam 😉 ale w takim razie napiszę je tu – wiem, że w wielu przypadkach odpowiednie działania mamy pomagają i można rozkręcić laktację, przyzwyczaić malucha itd. Znam Hafiję osobiście i podziwiam wszystko, co robi 🙂 Ale znam też osobiście Nicole – znaną może Wam jako Mama Ginekolog (jeśli nie znacie, polecam jej insta i FCB – dużo przydatnych info)… i wiem, że to właśnie jej historia. Kobiety LEKARZA, która robiła wszystko, by karmić, ale jednak nie wyszło… pisała o tym sporo – nie chcę tu wchodzić w jej buty, ale przyjmuję, że są czasem sytuacje, w których się nie udaje – i nie powinniśmy przez to płakać po nocach 🙂 tylko o to mi chodziło 🙂
Sama karmiłam oboje powyżej roku i jak najbardziej jestem zwolenniczką 🙂 ale jak ktoś się męczy, cierpi i płacze – znam masę mądrych i odpornych dzieci po miesiącu czy dwóch KP. Znam chorowite karmione około roku..,
alterego
Musialam go skomentowac bo dostaje alergii czytajac fora internetowe gdzie mityczne tesciowe rzucaja haslami o malo tresciwym albo zbyt tlustym pokarmie (i tego typu). Tez znam osoby ktore z przyczyn zdrowotnych musialy przestawic sie na mm jednak znam wiele wiecej ktore karmic chcialy ale przez tego typu mity porzucaly karmienie. I niestety maja z tego powodu niesluszne wyrzuty sumienia, W wiekszosc przypadkow wystarczyloby slowo wsparcia albo kontakt z CDL bo po czasie okazuje sie, ze dziecko np gryzlo bo bylo zle przystawiane. Chcialabym zeby dziewczyny byly bardziej swiadome ze jezeli chca karmic to powinny szukac RZETELNEGO wsparcia a jesli nie chca lub jesli sie nie uda nie mialy z tego powodu wyrzutow sumienia.
Natalia
Czyli chcemy tego samego! 🙂 z tym się zgadzam – takich mitów jest cała masa 🙂
Joanna
Warto wiedzieć, że ani cesarskie cięcie nie zostało wprowadzone, bo kobietom nie chciało się rodzić, ani mleko modyfikowane wynaleziono, bo kobiety nie miały chęci karmić piersią. Pierwszy odnotowany przypadek cięcia cesarskiego został wykonany przez rzeźnika, którego żona długo i bezskutecznie nie mogła urodzić. Kobieta zmarła, dziecko przeżyło. Gdy kobiety nie mogły wykarmic piersią, a nie znalazły mamkii zastępczej, dzieci próbowano karmić mlekiem krowim. Często dostawały biegunki i umierały. Czy ktoś na tym blogu uważa, że nie starały się wystarczająco mocno, wiedząc, że ich dziecko może umrzeć? Na pewno kobiet z mala ilością pokarmu jest więcej i dziś niż tylko ułamek promila. Kiedyś dużo czytałam z zakresu historii medycyny, stad ta wiedza. Dlaczego dziś kobiety nie doceniają zdobyczy medycyny, tylko oskarżają jedne drugie, że idą na łatwiznę? Z pewnością część idzie na łatwiznę, nie chce, nie karmie piersia. W końcu dziecko nie umrze. Część załatwia sobie cesarski bezpodstawnie. Lecz dla części kobiet jest to jedyne rozwiązanie w ich sytuacji, ratujące życie jej i dziecka. Naprawdę warto docenić współczesne możliwości. Natomiast zgadzam się, że warto sięgnąć do rzetelnych źródeł, zasięgnąć porady w poradni laktacyjnej itp. Mnie już dziś nikt nie wpedzi w wyrzuty sumienia. Zwłaszcza, że niedługo te tematy ponownie odzyja w moim życiu.
Agata S
Temat który nawet na blogu podróżniczym musi być zaczepiony, bo przecież każdy wie lepiej jak/kiedy/ czym karmić. A może by tak skończyć się wymądrzać i skupić się na sobie i swoich dzieciach? Każdy przypadek jest inny i każdy ma prawo decydować o sobie i swoim dziecku, bez względu na to czy robi to, bo chce iść na łatwiznę czy dlatego, że sytuacja go do tego zmusza.
Natalia
Hey Joanna, w pełni się z Tobą zgadzam 🙂 nigdy nie sądziłam, że CC czy mleko modyfikowane to fanaberia kobiet.. dla mnie cesarka w przypadku syna była koniecznością, myślę, że poród naturalny, który nie postępował, a małemu spadało tętno mógłby się źle skończył… drugą cesarkę wybrałam z wygody. Jestem jak najbardziej za tym, żeby zasięgać wiedzy, itd, ale zarazem w pełni akceptuję również wybór cesarki, bo tak i mleko modyfikowanego, bo tak:)
Agata S
Temat który nawet na blogu podróżniczym musi być zaczepiony, bo przecież każdy wie lepiej jak/kiedy/ czym karmić. A może by tak skończyć się wymądrzać i skupić się na sobie i swoich dzieciach? Każdy przypadek jest inny i każdy ma prawo decydować o sobie i swoim dziecku, bez względu na to czy robi to, bo chce iść na łatwiznę czy dlatego, że sytuacja go do tego zmusza. W dzisiejszych czasach jak ktoś chce to dotrze do odpowiednich osób czy informacji, w większości miast są wykwalifikowane położne.
Basia
Pamietam, jak czytałam ten post na świeżo po opublikowaniu jako bezdzietna lambadziara 😉
Teraz czytam z maluchem, który ma gazy i pierwszy skok rozwojowy. Największym zaskoczeniem mojego macierzyństwa jest to, ze przy dziecku wszystko możesz zrobić dobrze, dać z siebie 120% i… nadal nie będzie dobrze. Nie szkodzi! 🙂
Natalia
Ale grunt, że wszystko mija 🙂 ile maluch ma 🙂