Kuchnia brytyjska… mało komu kojarzy się dobrze. My co prawda uwielbiamy fish’n’chip gdzieś z okienka, owinięte w kawałek papieru lub podane w małym kartonowym pudełku. Grubo ciosane frytki polane octem, chrupiąca panierka i (dla Łukasza) sos tatarski. Nie można być w Londynie czy Dublinie i choć raz na taką przyjemność się nie zdecydować!:)
Co więcej oferuje kuchnia w Anglii? Pobawmy się w skojarzenia! Łukasz zwykle co fish’n’chips dorzuca shepherd’s pie, czyli zapiekankę z mielonego mięsa i ziemniaków – mało wyszukane danie, nawet nie miałam nigdy potrzeby go spróbować.
Mi przez lata kuchnia brytyjska kojarzyła się dość negatywnie z tzw. Full English Breakfast, podawanym w większości hoteli w kurortach turystycznych, a na Majorce czy na Wyspach Kanaryjskich straszącym dodatkowo na nadmorskich promenadach, gdzie większość knajpek chwali się, że ma je w swojej ofercie. I przyjeżdżają Anglicy na wakacje, a na śniadanie zamiast zjeść kanapkę z jamon serrano, serem manchego czy tortillę de patatas i popić hiszpańską cafe con leche, jedzą smażony bekon, kiełbaski, kaszankę i fasolę. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak można jeść takie śniadania! Najbardziej fascynowały mnie zawsze kilkuletnie dzieci, które również wcinały fasolkę, kiełbasę i ziemniaki (tzw. hash browns) o 9 rano! O zgrozo! Czy jeśli jedzą TAKIE śniadania mogą mieć dobrą kuchnię?
Po naszym krótkim pobycie w Londynie i w Cotswolds, gdzie spędziliśmy raptem 3 dni okazało się, że TAK, że oni jednak mają dobrą kuchnię i oczywiście dobre restauracje, w której tej kuchni możemy spróbować. Po powrocie z Anglii już nie będę myśleć o fasolce i bekonie, tylko o rybach, serach, rabarbarze i oryginalnych, pysznych puddingach. To podstawy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Z Londynu zapamiętałam ogromną różnorodność nie tylko na Borough Market, a z podróżowania po Cotswolds umiłowanie naturalnych, organicznych produktów, którym poświęca się coraz więcej uwagi – zobaczcie np. tu lub tu.

zaczynamy smakowanie Anglii!
Testowanie angielskich smaków zaczęliśmy od restauracji The Feathers w miasteczku Woodstock, już w regionie Cotswolds.
Restauracja znajduje się blisko Oxfordu oraz Pałacu Blenheim, więc jest całkiem po drodze przy zwiedzaniu atrakcji regionu. Należy do hotelu i co ciekawe na miejscu mają również Gin Bar, który znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa z uwagi na ogromny wybór przeróżnych ginów (około 190!!!).. ale nie o ginie, tylko o jedzeniu miało być!

ham’n’eggs
Pozycje w menu bardzo różnorodne. W przystawkach zarówno zupy (bardzo fajny pomysł podania „soup tasting” z trzema malutkimi filiżankami zupy), sałatki (moja z grillowaną sałatką radicchio, gruszką i serem Oxford Blue), owoce morza (przegrzebki), szparagi… Jesteśmy w grupie, więc możemy zobaczyć i spróbować różnych potraw. Danie główne w naszym wykonaniu to oczywiście ryby – pyszne, chociaż Łukasza i tak najbardziej ostatnio rzucił na kolana skrei w Norwegii. Dla fanów mięsa mamy choćby wolno gotowany pork belly z ziemniaczanym ciastem, jabłkowym puree, piklowaną marchewką i jarmużem (o proszę!tu również dotarła ta moda!) lub pieczoną jagnięcinę z Cotswolds.

soup tasting w Feathers – świetny pomysł, by spróbować więcej smaków

szparagi w szynce parmeńskiej z parmezanem

grillowana sola z ogórkiem, kaparami i beurre noisette

pork belly
Fascynują również desery, zwłaszcza panna cotta o smaku Earl Grey – faktycznie zapomniałam, to również kojarzy się z angielską kuchnią! Połączenie rabarbaru z wanilią jest również wyśmienite!

cytrynowy creme brulee z płatkami o smaku ginu z tonikiem
Smakołyki jedliśmy również w The Pudding Club (domyślcie się, jakie! Wkrótce o nich napiszemy :)), w eleganckiej restauracji w Ellenborough Park czy podczas lekcji gotowania w Daylesford Cookery School – nie będę się powtarzać! Część już widzieliście, część jeszcze przed nami!
Ale, ale SERY… to kolejne wspomnienie, bo ser towarzyszył nam przez cały pobyt! W The Feathers Oxford Blue w sałatce, w Daylesford również, w Ellenborough podczas deseru, ale najbardziej serowo było w The Cotswold Cheese Company.

smakowanie serów w The Cotswold Cheese Company

nie samym serem żyje człowiek!
Zakochałam się w ich motto – „Eat cheese, be happy!”. W końcu jedzenie sera, zwykle popijanego winem – czy nie wiąże się bezpośrednio z poczuciem szczęścia? U nas chyba trochę jak u właścicieli The Cotswold Cheese Company – tak! Uwielbiamy sery. Zajadamy się nimi we Francji, zajadamy się w Hiszpanii, jakiś czas temu zajadaliśmy się na Gozo aż nasi współlokatorzy narzekali na nieprzyjemny zapach w lodówce. Bo sery albo się kocha albo nienawidzi.
The Cotswold Cheese Company to przeurocze sklepiki skupione głównie na serach, ale kupicie tam również oliwki, krakersy, chutneye, oliwę, sosy i masę innych pyszności. Właściciele po sukcesie pierwszego lokalu w Moreton-in-Marsh, otwartego w 2006, w 2013 roku stworzyli 2 kolejne – w Chipping Camden oraz w Burford. Można tam kupić około 80-90 rodzajów sera!!! Najwięcej tych lokalnych z Cotswolds i okolic, ale znajdziecie tam również najlepsze sery hiszpańskie, włoskie, francuskie. Znów to powiem: chcę to w Warszawie!

jemy? 🙂
Próbujemy przeróżnych pyszności. Single Gloucester, produkowanego jest jedynie w Gloucestershire, z mleka tutejszych krów, od XVI wieku. Dość twardy, choć delikatniejszy i krócej dojrzewa niż Double Gloucester. Z serem Double Gloucester wiąże się również zwyczaj Cheese Rolling, który wiosną odbywa się na Cooper’s Hill. Chociaż stoi za nim 300letnia historia i nadal masa ludzi w tym uczestniczy, postrzegany jest jako dość niebezpieczny. W pogoni za serem, który turlany jest ze wzgórza, część uczestników wręcz łamie nogi!!! Spodziewalibyście się, że ser może być tak niebezpieczny??
Próbowaliśmy również sera przypominającego połączenie brie i camembert, czyli rozpływającego się w ustach Saint Eadburgha, aromatycznego Saint Oswald (im starszy, tym bardziej aromatyczny – zwykle dojrzewa od 1 do 3 miesięcy, kiedy jego skórka zmienia kolor z żółtej na pomarańczowo-brązową). Old Burford na początku słodkawy, potem ostrzejszy, szczypie nieco w język, a Shipston Blue okazuje się nie za mocny i kremowy.

Shipston Blue

a do sera chutney lokalnej produkcji…
Jednym słowem: smakowite dni spędziliśmy w Wielkiej Brytanii! Obiecuję na piśmie: już nie powiem, że kuchnia Anglii kojarzy mi się tylko z Full English Breakfast!! Kolejne argumenty nadejdą wkrótce 🙂
* Kuchni brytyjskiej próbowaliśmy na wyjeździe dla blogerów z całego świata zorganizowanym przez Visit Britain.




1 Comments
Piotr
brytyjska kuchnia jak nie kuchnia, z zasady czlowiek na jej mysl naklada maskę spawalniczą wręcz, a tu z uśmiechem, butelka wody, okulary z polaryzacją prześwietlą największy przekręt kulinarny…