Batuuumi, herbaciane pola Batumi… znacie? Herbaciane pola już zaniedbane, ale Batumi trzyma się całkiem nieźle…

Wybrzeże Morza Czarnego to dla Gruzinów miejsce wakacyjnych urlopów. Podczas majówki zarówno Batumi, jak i pobliskie, malutkie Ureki nie należały do zatłoczonych. Do Ureki zajrzeliśmy w drodze – miasteczko słynie z tajemnicznych czarnych magnetycznych piasków, które ponoć mają pozytywny wpływ na układ krążenia, układ nerwowy i leczą przeróżne choroby. Zachęceni udaliśmy obejrzeć plażę w Ureki, jednak zastaliśmy ją w opłakanym stanie – puste budki i sklepiki, zamknięte hotele i przede wszystkim plaża – czarny piasek jest, ale poza tym chyba nigdy nie widziałam tak brudnej plaży! Wrażenie plaży z czarnym piaskiem fajne, ale może lepiej oglądać Ureki w lipcu?

 

Piaski magnetyczne, Ureki, Gruzja

na opuszczonej w maju plaży Ureki – Maks niezadowolony, tak brudno, że nie można się bawić

piaski magnetyczne, Ureki, Gruzja

opuszczone majowe Ureki

 

Ruszyliśmy dalej do Batumi…Batumi zawsze kojarzyło mi się nieco magicznie – fascynowała nazwa przystanku na Wilanowie, a gdzieś w głowie tkwiły słowa piosenki zupełnie nie z mojej epoki, czyli „herbaciane pola Batumi, cykadami dźwięczący świat …”. Trzeba zobaczyć miasto, które od lat uznawane jest za gruziński kurort.

Jakie jest Batumi 2013? Przede wszystkim bardzo różnorodne: luksusowe hotele takie jak Radisson czy Sheraton i kolejne w budowie (Hotel Kempinski, Trump Tower), ma przepiękny deptak nad morzem, dużo terenów zielonych i co odnotował skrzętnie Maks, świetne, nowoczesne place zabaw…

 

Batumi, Gruzja

poranny spacer nadmorskim deptakiem

Batumi, Gruzja

Batumi, Gruzja

Batumi, Gruzja

dla każdego coś miłego

 

Batumi ma również urocze uliczki oświetlone latarniami w starym stylu i domy nieco przypominające klimat rodem z Hiszpanii kontynentalnej czy z Majorki. Gdy jednak odejdziemy dalej od wybrzeża i centrum miasta, znajdziemy swoisty chaos i rozgardiasz mi kojarzący się np. z niektórymi dzielnicami Stambułu…

 

W Batumi na pewno warto przespacerować się wzdłuż plaży, a potem odbić kawałek w głąb miasta do Piwnego Baru, obleganego przez miejscowych. My dość długo szukaliśmy tej knajpki, a im dalej oddalaliśmy się od turystycznego Batumi, traciłam nadzieję i obawiałam się wylądowania z głodnym Maksem w podrzędnej spelunie. Na szczęście tak się nie stało. Piwnego Baru na rogu Puszkina i Lermontowa nie sposób przeoczyć. Knajpa jest spora i już na wejściu czuć przyjemny zapach jedzenia. Plus to oczywiście obecność tubylców. Minus? Tubylcy to głównie mężczyźni w różnym wieku, z upodobaniem popalający papierosy nad swoimi wielkimi talerzami chinkali. Niemniej rzut oka na sąsiednie stoły, gdzie trzech mężczyzn zasiada do tacy bodajże 30 chinkali przekonuje, że warto tam zostać..

 

chinkali, Piwny Bar, Batumi

Piwny Bar, Batumi, Gruzja

chleb, boski sos i Maksowe frytki

Zamawiamy 6 chinkali, chaczapuri, dostajemy chlebek z sosem pomidorowym doprawionym kolendrą i w zasadzie na tym mogliśmy skończyć 🙂 Jednak Łukasz nastawił się na chwalonego w przewodniku kurczaka czmeruli – warto!

 

kurczak czmeruli, Piwny Bar, Batumi, Gruzja

podobno jeden z najlepszych w okolicy

Z obiadu wychodzimy najedzeni i turlamy się przez miasto w stronę hotelu, bo kolejny punkt na trasie to Tbilisi, oddalone o prawie 400 km. Grunt, że mieliśmy ze sobą spakowane na drogę chaczapuri… 🙂

 

chaczapuri, Batumi, Piwny Bar, Gruzja

chaczapuri z Piwnego Baru – jedno z lepszych, jakie jedliśmy