Gotowanie… z pewnością do moich mocnych stron nie należy, choć czasem, albo i często chciałabym to zmienić. To jedna z tych rzeczy, z których Łukasz śmieje się ze mnie, że chciałabym zrobić milion rzeczy tylko: KIEDY??? Ja tymczasem nadal ten milion rzeczy zrobić chcę i wierzę, że kiedyś czas się na nie znajdzie lub ktoś dobę przedłuży lub wymyśli jakiś substytut snu, które pozwoli ukraść dla siebie dodatkowych kilka godzin. I nie będzie to substytut ani nielegalny, ani szkodliwy 🙂
Tymczasem nie gotuję prawie wcale lub gotuję bardzo rzadko, nie licząc makaronów dla kochającego kluseczki synka lub również dla kochającej makarony siebie, czasem dla Łukasza. Na szybko i bez zbytniego zaangażowania, bo w tym samym czasie Maksa trzeba pilnować lub co najmniej odpisać na kilka zawodowych maili. Niestety… Dodatkowo jakoś zniechęca mnie fakt, że dla Maksa co innego, dla Łukasza co innego (ostre!!), bo jak próbuję znaleźć złoty środek to dla jednego za ostre, a drugi i tak pyta: “doprawiłaś to?” 🙂
Pozostaję liczyć, że może w drugiej ciąży (kiedy już do niej dojdzie) lub kiedyś, kiedyś na urlopie macierzyńskim czas się znajdzie i tak jak za czasów “przed Maksem” będzie granola domowej produkcji i śniadanka bardziej zaawansowane niż kanapki z pomidorem… Jeśli wtedy się nie uda, to już nie wiem – chyba moje gotowanie poczeka na czasy emerytury!:) Ale nie tracę nadziei! 🙂
Z uwagi na ten brak czasu i niedosyt w dziedzinie “chcę gotować!” zawsze ciekawiły mnie wszelkie warsztaty kulinarne, lekcje gotowania i inne takie przygody. Oczywiście najlepiej będąc zagranicą, bo najlepiej kuchni tajskiej nauczysz się w Tajlandii, a francuskiej we Francji, a nie w Warszawie. Marzyło się, marzyło, ale jakoś nigdy wcześniej nic z tego nie wyszło. A bo to czasu nie starczyło w napiętym planie podróży, a bo to drogo, a bo to chcielibyśmy we dwoje, a dla Maksa opieki nie mamy… w tym roku jednak się udało! Na zaproszenie hotelu Vijitt Resort Phuket, w którym zatrzymaliśmy się na odpoczynek po miesiącu w podróży, wzięłam udział w thai cooking class.
Po dwugodzinnej lekcji gotowania wiem jedno: jeśli podczas podróży macie okazję wziąć udział w takim doświadczeniu, nie wahajcie się ani chwili! Możemy poznać lokalne smaki, zobaczyć rośliny i zioła, które są podstawą danej kuchni, a my nawet nie wiemy, jak wyglądają, a następnie pod okiem kucharza stworzyć własne dania i… zjeść. Nie wiem, jak w innych miejscach, ale w Tajlandii dodatkową zaletą jest to, że nagle uświadamiasz sobie, że zrobienie dań, którymi się zachwycasz i za którymi tęsknisz już w Polsce jest łatwe i wcale nie tak czasochłonne jak myślałaś. Grunt to odpowiednie produkty i można zaczynać 🙂
Nasze cooking class zaczęło się od wizyty w hotelowym ogródku. Oglądaliśmy, jak wyglądają poszczególne zioła, rośliny czy warzywa wykorzystywane w tajskiej kuchni. Oglądaliśmy, dotykaliśmy, wąchaliśmy. Tajska bazylia, liście limonki kaffir, chińska kapusta… Mi najbardziej w pamięć zapadł zapach liści pandanu (pandan leaves), które dodawane są w kuchni tajskiej (i nie tylko) do ryżu, curry oraz bardzo często do deserów – np. w Kambodży jedliśmy pyszny creme brulee właśnie o smaku liści pandanu.
Uwagę zwraca na pewno również tajski bakłażan, który kompletnie nie przypomina naszego! Są to niewielkie, zielone kuleczki, wykorzystywane często w potrawach typu curry – my dodawaliśmy je do kurczaka w zielonym curry. Możecie je zobaczyć np. tu.
Z tak poszerzoną wiedzą na temat składników wykorzystywanych w kuchni tajskiej, ruszamy gotować. Wizyta w ogródku to dobry początek. Inne cooking class, których oferty widzieliśmy w Tajlandii czy w Kambodży zaczynają się zwykle np. od wizyty na lokalnym bazarze, gdzie również można obejrzeć, powąchać, posmakować…
Zaczynamy! Na stoisku “kucharza” czekają przygotowane składniki – sos sojowy, sos ostrygowy, pasta curry, pasta chili, czosnek, warzywa, mleczko kokosowe czy cukier palmowy. Ech, jak cudownie by się gotowało w domu, gdyby ktoś inny dbał o zaopatrzenie w składniki i ich przygotowanie 🙂 Coś czuję, że wtedy moje gotowanie wyglądałoby lepiej! 🙂
Na chyba godzinną lekcję mamy do ugotowania 5 potraw! Nie ma to jak przyjście prawie na gotowe i tylko mieszanie, smażenie, dodawanie, smakowanie, bez konieczność krojenia, mycia, siekania, itd. Co gotujemy?
1) na przystawkę pikantną sałatkę z grillowaną wołowiną
2) sławną ostrą zupę z krewetkami zwaną Tom Yum Goong lub Tom Yam Kung
3) kurczaka w zielonym curry – jedną z potraw najbardziej kojarzonych z Tajlandią
4) banalnie proste smażone warzywa w sosie ostrygowym
5) a na deser banany w mleczku kokosowym – pyszne i łatwe w przygotowaniu, chociaż ja cały czas ubolewam, że nie zgłębiłam techniki boskiego, sztandarowego deseru Tajlandii, czyli sticky rice with mango
Żeby nie było, że tajną wiedzę zachowujemy dla siebie, dziś wrzucamy pierwszy przepis na potrawę, której przygotowania się nauczyliśmy. Nie będziemy się mądrzyć, bo to nie nasza działka, ale pomyśleliśmy, że żal byłoby zachować wskazówki tylko dla siebie 🙂 Do świąt jeszcze trochę czasu, więc nim zaczniemy tradycyjne biesiadowanie z karpiem, pierogami, śledziem czy zupą grzybową, warto skusić się na coś lekkiego i orientalnego!
Na początek zatem pikantna sałatka z grillowaną wołowiną (yum nuea yang) – idealna przystawka czy przekąska na wizytę znajomych…
Co potrzebujemy? (porcja dla jednej osoby lub dwie niewielkie porcje “przystawkowe”, jeśli potem planujemy kilka kolejnych dań ;))
– polędwica wołowa 15o gram
– pokrojony w paseczki ogórek – około 100 gram
– pokrojone w paseczki pomidory – niewielka garść
– pokrojona w paski cebula – pół garści
– posiekana zielona część spring onion, czyli cebulka dymka – 2 łodyżki
– posiekane chili – wedle uznania, ale nie szalejcie za bardzo, chyba, że jesteście tak odporni na ostrość jak Łukasz! 🙂
– sok z limonki – 2 łyżki stołowe
– sos rybny – 2 łyżki stołowe
– cukier – 1 łyżeczka cukru
Jak widać, w tym przypadku składniki wcale nie są zbyt wyszukane. Większość dostaniemy w każdym dużym sklepie, sos rybny również pojawia się coraz częściej. Jak szykujemy sałatkę? Szybko, łatwo i przyjemnie, więc w idealny sposób np. dla mnie.
Wołowinę smażymy lub grillujemy wedle uznania – nasza była “medium” i smakowała super! Smażona po 1,5-2 minuty z każdej strony. Gdy odrobinę ostygnie, kroimy ją na cienkie paseczki. Następnie mieszamy wołowinę, ogórki, pomidory, cebulę, dymkę i chili. Przyprawiamy sosem rybnym, sokiem z limonki i cukrem i znów mieszamy. Podajemy od razu, najlepiej, gdy wołowina jeszcze jest ciepła! Pychota! 🙂
Sałatkę można też zrobić w wersji wegetariańskiej albo z innym mięsem czy rybą 🙂 Zjadłabym ją nawet dziś!








2 Comments
KolemSieToczy
Dzięki Waszemu blogowi stwierdziłem, że na emeryturze będę jeździł kulinarnie po świecie. Nie jadłem w podróży nigdy w restauracji a teraz stać mnie ledwo na tani bilet lotniczy, ale kiedyś to sobie odbije 😀
Natalia - tasteaway.pl
🙂 Cieszymy się zatem! 🙂 podróżowanie kulinarnie, smakowanie, poszukiwanie ma na maxa dużo uroku!:) polecamy!:) i myślę, że uda Ci się wcześniej niż na emeryturze:)