No to jesteśmy znowu. Dziś za nami ponad 300 km, częściowo krętymi, górskimi drogami. Chwała kierowcy 🙂 (BTW Tajlandia samochodem to bardzo dobry pomysł!)  Zaczęliśmy w Sukhothai od wczesnego obiadu za grosze (Pad Thai w cenie 4 zł :)) i obejrzeniu miejscowego kompleksu świątyń, teraz układamy się do snu w Chiang Mai, na północy…. i myślami przenosimy się po BANGKOKU.

Po wstępnym zapoznaniu się z Bangkokiem i zwalczeniu jet lagu (15.oo to trochę późno na zwiedzanie), we wtorek ruszyliśmy tradycyjną trasą każdego turysty. Świątynie i pałace okazały się faktycznie bajkowe, zwłaszcza przeróżne postacie wojowników, zwierząt i innych stworów przycupniętych to tu, to tam, ukochanych oczywiście przez Maksa.

 

kotki dwa albo i trzy

kotki dwa… albo i trzy

 

Zwiedzanie zaczęliśmy od Wat Po, czyli Świątyni Spoczywającego Buddy, która jak na razie najbardziej mi się spodobała. Wat Po znajduje się na terenie starego królewskiego miasta, czyli Rattanakosin. 

 

Spoczywający Budda wypełniający całą świątynię

Spoczywający Budda wypełniający całą świątynię

 

Figura Spoczywającego Buddy, który leży na boku, czekając na nirwanę, jest ogromna – 46 metrów długości, 15 metrów wysokości. Niby przeczytałam o tym w przewodniku, ale dopiero na żywo rzeczywiście robi niesamowite wrażenie. Figura wypełnia całą kaplicę! Poza tym wszędzie przeróżne postacie i bajkowe chedi (stupa), czyli najprostszy typ buddyjskiej budowli sakralnej.

 

 

 

Będąc przy Wat Po, nie sposób nie zajrzeć do Wielkiego Pałacu oraz Świątyni  Szmaragdowego Buddy. Ostrzeżenie nr 1: czynne tylko do 15.30, więc ok. 11 tłumy na terenie Wielkiego Pałacu są nie do przeżycia. Szał. Ścisk. Zdjęcie ciężko zrobić, a przeciskać się z wózkiem jeszcze gorzej. Ostrzeżenie nr 2: zakaz wejścia w bluzkach bez rękawów, krótkich bluzkach, szortach (również dla Panów), legginsach i obcisłych spodniach, dżinsy z wyszarpaną dziurą też nie wchodzą w grę. Jeśli nie chce się nam stać w upale w kolejce po gustowne, lepiej się przygotować. Łukasz się wystał, ale jako, że zapomniał o wdzianku dla mnie, zakupiliśmy pamiątkową koszulkę “Thailand” w kolorowe słonie.

Szmaragdowy Budda w porównaniu do Spoczywającego szału nie robi. Jest niewielki, ma kilkadziesiąt cm. Co ciekawe, jest ubrany zależnie od pory roku, ale przyznam, że wykończona upałem i manewrowaniem wózkiem wśród tłumów nawet nie zauważyłam, co miał na sobie. Pomijając tabuny zwiedzających, widoki są bajkowe.

 

 

zwiedzamy w żarze 40 stopni...

zwiedzamy w żarze 40 stopni…

 

pałace

Z uwagi na turystyczny szał w takich miejscach jak Wat Po czy też Wielki Pałac, warto zajrzeć też do mniej popularnych  zabytków Bangkoku, które nie są może tak imponujące, ale pozbawione tłumów, mają swój klimat i nastrój. My zajrzeliśmy do Wat Suthat i Loha Prasad.

 

puste Wat Suthat tuż przed zamknięciem

puste Wat Suthat tuż przed zamknięciem

Loha Prasad

Loha Prasad

 

Na obiad jedziemy do restauracji Harmonique, przy Charoen Krung Soi 34, w starej tajskiej kamiennicy kupieckiej. Zajadamy się super Pad Thaiem podanym w bardzo ciekawy sposób oraz licznymi przystawkami, głównie sajgonkami.

 

przystawki dla dwojga - nie wszystkie zidentyfikowane ;)

przystawki dla dwojga

kaczka, mięso kraba i pomarańcze, czyli full egzotyka

kaczka, mięso kraba i pomarańcze, czyli full egzotyka

 

Pad Thai w Bangkoku zaskoczył nas. Przyzwyczajeni do wersji z Suparom Thai Food czy z Thai Thai, spodziewaliśmy się makaronu z dodatkami i rozbitym jajkiem. Tymczasem w MonSoonie Pad Thai przyszedł jakby w otwartym omlecie, zaś w Harmonique w małym jajecznym zawiniątku…

 

tajemnicze omletowe zawiniątko, a wewnątrz super Pad Thai

tajemnicze omletowe zawiniątko, a wewnątrz super Pad Thai

 

Na koniec dnia poszaleliśmy w Seafood Market & Restaurant na Sukhumwit Soi 24. Miejsce jest niesamowite i na pewno jest punktem obowiązkowym dla fana owoców morza zgodnie z hasłem If it swims, we have it!

 

neon widać już z daleka

neon widać już z daleka

 

Seafood Market & Restaurant to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Wchodzimy do ogromnej sali (1500 miejsc), wystrój stołówkowy (patrz: dyndające się u sufitu ryby), koszyki jak w supermarkecie no i stoiska również jak w supermarkecie. Spragniony owoców morza i ryb gość chodzi pomiędzy stoiskami, a za nim podąża miła pani z koszykiem, do którego wkłada wszystkie zdobycze.

 

doradcy zakupowi :)

doradcy zakupowi gotowi do pomocy 🙂

Oprócz morskich smakołyków, mamy również warzywniak, gdzie możemy dobrać warzywa do naszej kompozycji – całkiem jak wybieranie produktów w programie MasterChef ;). My jednak zostaliśmy przy owocach morza. Następnie płacisz za zakupy, a do stolika przychodzi pan, z którym ustalasz, jak mają być przygotowane poszczególne potrawy.

 

zastęp kucharzy

rock lobster zapiekany z serem

rock lobster zapiekany z serem

smażone ostrygi

smażone ostrygi

homar krewetki krewetki

homar, krewetki, krewetki

 

Tak nakarmieni opuściliśmy Bangkok w środowy poranek, zmierzając najpierw na lotnisko po samochód, a potem na północ do Ayutthaya, Sukhothai, Chiang Mai, gdzie właśnie jesteśmy i chyba chwilkę w tych regionach zostaniemy… cdn 🙂