Ano właśnie!!! A co jeśli??? A co, jeśli zachorujecie w Meksyku na Covid? Albo w Kostaryce? A co, jeśli oboje traficie do szpitala? A co z dziećmi? Czy myśleliście, co wtedy zrobicie? Czy byliście na taką ewentualność przygotowani? Czy zrobiliście research na temat możliwości leczenia w Meksyku i tamtejszej służby zdrowia??? A nie boicie się? Przecież tam są wszędzie kartele narkotykowe i strzelaniny!! A nie boicie się? Przestępczość wobec turystów w Meksyku jest legendarna!
Pytań “A co, jeśli…?” dostaliśmy od Was mnóstwo! Na pytania o covid, odpowiadałam szczerze: nie, nie myśleliśmy, co wtedy. Nie szukaliśmy w każdym mieście, do którego planowaliśmy jechać, szpitala i nie czytaliśmy, gdzie leczyć Covid w Meksyku czy w Kostaryce. Ba, my nawet nie wiedzieliśmy, że trafimy do Kostaryki i nie wiedzieliśmy, gdzie w Meksyku będziemy! Wiedzieliśmy natomiast, że będziemy stosować zasady ostrożności i wiedzieliśmy, że mamy ubezpieczenie, które leczenie Covid pokrywa. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo czy też niebezpieczeństwo podróżowania po Meksyku, zachowywaliśmy ostrożność i po ponad 20 dniach podróżowania samochodem po różnych regionach Meksyku NIGDY nie czuliśmy się niebezpiecznie.
Powiem Wam więcej – ja myślę, że pytanie “A co jeśli…?” jest nawet nieco groźne!! Jeśli zadajesz je zbyt często i w zbyt wielu sytuacjach. “A co jeśli…?” może się pojawić niemal ZAWSZE!
To nie tylko…
A co, jeśli złapiesz covid w Meksyku?
A co, jeśli samolot będzie miał wypadek?
A co, jeśli złapiesz dengę w Tajlandii?
A co, jeśli w Indiach ugryzie Cię pies chory na wściekliznę?
To też cała masa mniej egzotycznych “A co jeśli…?”. Przecież to pytanie zadajemy sobie często! Czasem na głos w rozmowie z przyjaciółką czy najbliższym kumplem. Z mężem albo z mamą. Czasem bardzo cicho, gdzieś w głębi serca. A co jeśli… się NIE UDA? A co jeśli ta decyzja okaże się błędna? A co jeśli zmiana nie będzie dobra i wszystkie słowa o zmianach na lepsze okażą się pustym frazesem? Dla niektórych to tylko mały, cichy głosik, który szeptem pyta: “A co jeśli..?”, a oni szybko uciszają go całą masą argumentów na tak. Dla innych to głośny, męczący, powracający głos, który sprawia, że “A co jeśli?” i lista potencjalnych negatywnych konsekwencji, które mogą się wydarzyć (ale wcale nie muszą!), stają się silniejsze niż wszystkie pozytywne zakończenia zdania “A co jeśli…?”.
Na pewno też wiele razy zadawałaś sobie to pytanie. Zastanawiałaś się “A co jeśli…?”, myśląc o nowo poznanym chłopaku, o kolejnym spotkaniu, o nowej pracy, o dalekich wakacjach, o zmianie mieszkania. Pytałaś “A co jeśli..?”, decydując się na rozstanie po kilku latach związku i na odejście ze stabilnej, dobrze płatnej pracy, by zacząć działać na swoim… A co, jeśli już nie spotkam nikogo, kto mnie pokocha? A co, jeśli trafię z deszczu pod rynnę? Przecież tyle lat byliśmy razem! A co, jeśli zostanę już zawsze sama i będę tego żałować? A co, jeśli mój pomysł na biznes nie wypali? Jeśli stracę wszystkie oszczędności? Jeśli potem nie będę mogła znaleźć innej pracy? A co jeśli mi się nie uda i wszyscy uznają, że do niczego się nie nadaję? Czy jeszcze znajdę tak dobrą pracę jak ta, z której właśnie odchodzę?
Jeśli jesteś mamą, to pytanie zadawałaś sobie pewnie również w ciąży. Może nawet zadawałaś je częściej niż przed ciążą. Na początku pytań “A co jeśli..?” jest cała masa! A niestety głowa (a może bardziej serce?) ciężarnej kobiety podpowiada różne scenariusze. Często się boimy. Często pytamy, często słyszymy historie bez happy endu. Ja też tak miałam na początku ciąży z Maksem… Nie miałam wtedy wielu koleżanek z dziećmi, za to w tamtym okresie sporo słyszałam o wczesnych poronieniach. Wtedy ktoś powiedział mi coś mądrego, co chociaż związane było z ciążą, wiąże się z wszystkimi opisanymi tu sytuacjami. Te słowa, które, jeśli dobrze pamiętam, napisała mi moja koleżanka-położna brzmiały mniej więcej tak: “Wiele kobiet traci ciążę, ale jeszcze więcej kobiet rodzi dzieci… “
Jeśli dobrze się zastanowisz to zdanie można dowolnie zmieniać pod niemal każde “A co jeśli..?”. Zawsze może spotkać nas coś złego. Nie trzeba po to jechać do Meksyku, Birmy czy Bangkoku. Złe rzeczy mogą czekać na nas tuż za rogiem. Nieudany związek, okropna praca i szef psychopata, wypadek samochodowy, choroba dziecka, covid, rak… Tak już niestety jest. Od złych rzeczy nie możemy uciec. I czasem niezależnie, jak ostrożnie byśmy żyli, jak bardzo uważali, jak unikali potencjalnie ryzykownych sytuacji, przykre wydarzenia i tak nas dopadną. Tu na miejscu, w domu, na ulicy, gdy spotkasz się z przyjaciółką czy z rodziną. Nigdy nie wiesz…
Czy to jednak oznacza, że o wszystkim trzeba myśleć w czarnych barwach? Czy to oznacza, że zawsze trzeba mieć pomysł na negatywną końcówkę “A co, jeśli?”. Ja jestem na nie. Zostaję po pozytywnej stronie. I zamiast pytać: “A co, jeśli złapiecie covid w Meksyk?”, zapytam “A co, jeśli spędzisz tam piękny czas?”. Zamiast pytać: “A co, jeśli mi się nie uda ruszyć z własnym biznesem?”, zapytam “A co, jeśli Ci się uda i spełnisz swoje marzenia?”. Zamiast pytać: “A co, jeśli się z nim rozstaniesz i nigdy nie będziesz szczęśliwa?”, zapytam “A co, jeśli dopiero teraz znajdziesz miłość swojego życia?”…
Nie zawsze będzie łatwo, nie zawsze będzie pięknie. Ale może warto bardziej wierzyć w pozytywne zakończenia niż zamartwiać się tymi potencjalnie negatywnymi? Polecam bardzo! 🙂




2 Comments
Barbara
Świetne podejście!!
Kiedyś też takie miałam. Niestety dałam się przeciągnąć na złą stronę mocy. Tak dużo już przez to stawiłam.
Czas wracać ? dziękuję za motywację ❤
Jak zawsze miło się czyta ?
Natalia
Hey Barbara! 🙂 Dzięki za miłe słowa! 🙂 Oczywiście rozsądek i ostrożność zawsze wskazana, ale warto pilnować, by strach nie zabrał nam wielu fajnych przeżyć i rzeczy 🙂