To będzie post z kategorii tych nie planowanych. Przypadkowa wizyta, brak aparatu, zdjęcia robione iPhonem. Takie posty zdarzają się u nas dość rzadko, bo zwykle, gdy idziemy “na recenzję” jesteśmy wyposażeni – aparat, odpowiedni obiektyw, często lampa. Tym razem jednak recenzji nie planowaliśmy, bo w Thaisty już kiedyś byliśmy i już wtedy pisaliśmy o nich. Wtedy jednak byliśmy w Thaisty podczas Restaurant Week i miałam wrażenie, że nie mogliśmy poznać ich w pełnej krasie… A jeśli jeszcze zakochani w Tajlandii znajomi zaczęli donosić, że tak, idźcie, jest jak w Tajlandii, nawet “morning glory” mają, musieliśmy zajrzeć i spróbować więcej niż podczas pierwszej wizyty.
Na Plac Bankowy zajechaliśmy w sobotę ok. 17.00. Późny obiad, nie kolacja – mogłoby się wydawać, że w restauracji tłumów nie będzie. Nic bardziej mylnego! Duże wnętrze Thaisty jest pełne ludzi, głośne, gwarne. Na nielicznych wolnych stolikach stoi tabliczka “Rezerwacja”. Na szczęście udaje nam się złapać niewielki stolik. Przestroga dla Was: zarezerwujcie! Zwłaszcza, jeśli idziecie większą grupą lub zależy Wam na spokojniejszym miejscu na uboczu.
Na początek rzut oka na menu “Wrzesień w Thaisty” i od razu wiemy, że jedną z przystawek będzie plah joh, czyli smażona roladki rybne z suszonym tofu, prażoną tajską bazylią i sosem sweet chilli (21 zł). Kuszą mnie również nieco vegerollsy, ale finalnie jako drugą przystawkę wybieramy pierożki z pary z marynowaną drobno siekaną wieprzowiną i krewetkami (20 zł). Maks obowiązkowo będzie testował sataya z kurczaka (18 zł), które pokochał w Bangkoku, gdy miał 1,5 roku i nadal jest mu wierny.

plah joh, czyli roladki rybne (21 zł)

pierożki z wieprzowiną i krewetkami -20 zł

kurczak satay z sosem orzechowym – 18 zł
Z przystawek zdecydowanie najbardziej zachwycają nas roladki rybne. Ich smak od razu przypomina Tajlandię i chociażby fish cakes z sosem sweet chili, ale chyba roladki są jeszcze lepsze! Delikatnie pikantne świetnie pobudzają apetyt. Maks zajada się satayami aż mu się uszy trzęsą – tu również jest jak w Bangkoku: delilatne mięso, charakterystyczny smak i aksamitny orzechowy sos. Smaczne są też pierożki, chociaż z dań, które jemy w sobotę, chyba najsłabsze – są bardziej toporne niż pierożki, do których przywykliśmy w Azji.
Na danie główne wybieramy klasyki: ja pad thaia z kurczakiem (35 zł), Łukasz zupę z kaczki (25 zł) z makaronem ryżowym, plastrami kaczki i pak choi. Ostatnio rzadko miewam ochotę na pad thaia, ale ten sprawił, że to się zmieni! Gdy tylko go widzę, od razu przenoszę się myślami na jedną z Soi odchodzących od Sukhumwit, największej arterii Bangkoku, czuję charakterystyczny zapach miasta i posypuję makaron orzeszkami i chili. Tym razem pad thaia (bez chili) jak szalony wyjada również Maks. Musimy na niego wrócić! Zupa z kaczki również zgodnie z oczekiwaniami – tak samo dobra jak w Naam Thai, w którym zjedliśmy ją po raz pierwszy.

zupa z kaczki – 25 zł
Po takim obiedzie oczywiście nie możemy odpuścić deseru. Menu deserowe jednak w Thaisty nieco dziwi.. Thairamisu – nie wiem dokładnie, co to jest, ale nazwa nie zachęca: tiramisu jest niemal wszędzie i chyba nie chcę poznawać tajskiej wersji tego deseru. Kelner mówi, że są również lody. Dopytuję o mango sticky rice i okazuje się, że tak! Jest! Pełna nadziei czekam i liczę na zachwyty znów.. jak w Bangkoku!

mango sticky rice – 19 zł
Wizualnie deser rozczarowuje. Zdecydowanie za dużo się dzieje: ryż różowy, tu truskawka, tu mango, tu kropelki kolorowych sosów. Słabo. Zdecydowanie wolę typową tajską prostotę: biały, kleisty ryż, pokrojone mango i mleczko kokosowe do polania. Tutaj mleczka jest zdecydowanie za mało. Smakowo jest lepiej niż się spodziewałam, mango dość miękkie, mleczko jak to mleczko, ale chyba nie zamówiłabym mango sticky rice w tym wydaniu po raz drugi. Ryż jest bardzo słodki, z niepotrzebnym naszym zdaniem truskawkowym posmakiem. Ja chcę prostoty jak na ulicach Chinatown w Bangkoku!
Deser trochę nas rozczarował, ale cała reszta sprawiła, że przez resztę dnia czułam przyjemne zadowolenie związane z tym, że na obiad zjedliśmy coś dobrego, coś, co przywołuje miłe wspomnienia, coś, co zawsze poprawia humor. A gdy poszliśmy z Maksem do łazienki w Thaisty, pokazałam mu wiszące na ścianie zdjęcia – tajski street food, bazary Bangkoku, ulice Chinatown. Nic nie podpowiadając, pokazałam zdjęcie ulicy w Chinatown, pełnej kolorowych chińskich napisów i spytałam Maksa, czy zna to miejsce? Maks odpowiedział: “To Bangkok!”. Tak, to taki mały Bangkok w Warszawie. Tylko ten mango sticky rice poprawcie;)
PS. a wieczorem przypadkiem zobaczyłam w TV “Kac Vegas w Bangkoku”! Ja chcę do Tajlandii!!
INFORMACJE PRAKTYCZNE:
Plac Bankowy 4
tel. 730 000 024 (pod tym numerem rezerwacje)
godziny otwarcia:
poniedziałek 16.00-23.00
wtorek – niedziela 11.00-23.00

duuuży obiad dla 3 osób




4 Comments
MichalS
Moje przemyslenia po dzisiejszej wizycie:
Mango sticky rice już zmienili. Wyglądalo i smakowało dzisiaj bardzo dobrze.
Poza tym wydawanie dań co raz szybsze w porownaniu z poprzednimi wizytami.
Piwo zimne jak należy (różnie z tym bywało).
Kelnerzy nadal dość mało interesuja się klientami i pytania typu “czy podać dodatkowy talerzyk, czy coś jeszcze do picia” są rzadkością.
Jedzenie- cały czas najlepsze tajskie w wawie.
Natalia - tasteaway.pl
Ooo no to fajnie, że mango sticky się lepiej prezentował! Tutaj zdecydowanie przesadzili z ilością kolorów 😉
U nas z wydawaniem dań było bardzo dobrze, pomimo tłumów. Najpierw powiedzieli, że na dania się czeka nawet 30 minut, ale przystawki przyszły mega szybko, a potem dania główne też w przyzwoitym czasie oczekiwania.. Co do zainteresowania – faktycznie nie jest jakieś nadmierne, ale też nie czuliśmy się na pewno olani 😉