Kuchnia tajska. Jeśli czytacie nas już jakiś czas, wiecie, że to jedna z naszych ulubionych kuchni, a Tajlandia jeden z kierunków, którymi się zachwycamy. Zauroczyła nas jesienią 2012, gdy zobaczyliśmy nie tylko tętniący życiem, gorący Bangkok, ale również kolorową i nieco magiczną północ oraz rajskie wyspy na południu. Zakochaliśmy się raz na zawsze w dobrze przyrządzonym pad thaiu posypanym kruszonymi orzeszkami ziemnymi, z limonką i dry chili do doprawienia, chrupaliśmy tajskie sajgonki, maczając je w słodkim sosie, którego charakterystyczny smak sprawia, że zawsze przywodzi mi na myśl upalny dzień, gdzieś w Chiang Rai czy na ulicach Bangkoku. Maks oszalał na punkcie sataya z kurczaka – tak bardzo, że nawet teraz na widok szaszłyka z kurczaka zwanego w Grecji souvlaki uznał, że to przecież duży satay 🙂 Jeśli dodamy do tego smażony makaron ryżowy, ostre zupy, po których nawet Łukasz się poci i niebiański posmak sticky rice with mango, mamy już małą próbkę tego, jak smakuje Tajlandia.

 

Po powrocie obsesyjnie szukaliśmy jej smaku i zapachu w Warszawie, ale po pewnym czasie troszkę nam przeszło. Częściej zaczęliśmy jeść wietnamską zupę pho czy bun nem z wołowiną, pokochaliśmy na nowo włoskie smakołyki zaglądając do Mamma Marietta, szukaliśmy nowości. Ale ciągle, bez ustanku, ktoś nam mówił: „Do Naam Thaia idźcie! To najlepsza tajska kuchnia w Warszawie!”. Ociągaliśmy się nieco,  trochę z przypadku, trochę z braku czasu, bo Saska Kępa jakoś nigdy nie po drodze, ale wreszcie się udało.

 

Przypadkowy lunch, trochę w biegu i z komputerem na stole, bo przecież przed wakacjami trzeba było skończyć 150 rzeczy na „już”! Ja się troszkę opierałam, bo czasu nie mam, bo głodna nie jestem, bo muszę to i tamto, ale pojechałam.

 

Miejsce miłe, jasne, nowocześnie urządzone, ale bez przesady, w porze lunchu sporo osób, nie ma napuszenia, lansu, wnętrze jest przyjemnie „zwykłe” w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Szybko bierzemy się za przegląd karty. Oczywiście mam ochotę na znacznie więcej, ale przyzwoitość (przecież nie byłam głodna!) nakazuje skupić się na daniu głównym.

W przystawkach znajdziemy i sataya z kurczaka, i tajskie sajgonki z sosem słodko-kwaśnym, ale mnie najbardziej frapują smażone tajskie kanapeczki z marynowaną, smażoną wieprzowiną, serwowane z ziołami i słodkim sosem (17 zł). Muszę ich spróbować następnym razem! Z zup Łukasz wybiera tradycyjnie tom kha gai z kurczakiem i mleczkiem kokosowym (19 zł). Niestety już po zjedzeniu naszych dań dowiadujemy się, że specjalnością Naam Thai jest zupa z pieczonej kaczki przygotowywana wg sekretnej receptury wujka Szefowej kuchni! Kolejny powód, by wrócić!

 

tom kha gai, kuchnia tajska, Naam Thai, Warszawa

tom kha gai niczym w Bangkoku

 

Z dań głównych musi być pad thai, bo przecież nie da się ocenić tajskiej restauracji nie próbując, jak wygląda pad thai w ich wykonaniu! Zwłaszcza, że w tym zakresie wpadki zdarzają się całkiem często: a to cytryna zamiast limonki, a to dry chili w knajpie brak, a to pad thai, który wcale jak pad thai nie smakuje. No więc  pad thai z kurczakiem (33 zł) dla Łukasza, a dla mnie z działu dania z woka pad ka prow z wołowiną (36 zł) – z dodatkiem świeżego chili, czosnku, tajskiej bazylii i sosu ostrygowego.

 

pad thai, Naam thai, kuchnia tajska, saska kepa,

idealnie podany pad thai

wok, wołowina, Naam Thai, kuchnia tajska, Saska Kępa

plasterki wołowiny w sosie ostrygowym

 

Oba dania są na 5! Pad thai podany tak jak być powinien: jest limonka, kiełki, orzeszki, jest dry chili. Dozujesz i doprawiasz wedle uznania. Smakowo nie ustępuje tym, które jedliśmy w Tajlandii – w końcu Szefowa kuchnia pochodzi z Bangkoku, więc właśnie na to liczyliśmy! Moja wołowina może nie prezentuje się jakoś wybitnie na zdjęciu, ale smakuje wybornie – plasterki mięsa są bardzo cienkie i delikatne, warzywa chrupiące, a sam sos zdecydowany i sprawia, że pomimo, że nie jestem bardzo głodna, wyjadam wszystko do ostatniej kropli.

Zawsze po udanych przystawkach i daniach głównych, decydujemy się na deser. Czasem nie mamy na niego miejsca, ale jeśli desery zapowiadają się pysznie, grzech ich nie spróbować. Na czarnej tablicy wypatrujemy pudding z tapioki z owocami (19 zł) oraz black sticky rice z mango i sorbetem (19 zł). Bierzemy oba! I co? I to właśnie desery sprawiają, że przez cały pobyt na Krecie, wspominałam, że do Naam Thai musimy wrócić. Pudding z tapioki, mówiąc kolokwialnie, rządzi i wymiata! Podawany na ciepło, o delikatnym smaku kokosa i malutkich kuleczkach tapioki. Konsystencja i smak sprawiają, że nie możesz się oderwać! Sticky rice również jest bardzo smaczny, tradycyjnie w połączeniu z mango, ale na talerzu dzieje się zbyt dużo i to pudding wygrywa. Koniecznie go spróbujcie!

 

Naam Thai, kuchnia tajska, saska kępa, pudding z tapioki

niebo w gębie!

sticky rice with mango, deser tajski, Naam Thai, Saska Kępa, kuchnia tajska, mango

sticky rice with mango – tylko ta śmietana niepotrzebna..

 

Jeśli jeszcze tego nie wywnioskowaliście, czytając wpis, podkreślę na koniec: DO NAAM THAI IŚĆ TRZEBA!! 🙂

PS. UPDATE 2018 – Naam Thai, obecnie z dwoma punktami na mapie Warszawy (Saska i Burakowska), nadal dobrze sobie radzi, aczkolwiek coraz częściej zdarzają się wpadki i opinie, że to kuchnia tajska dostosowana do polskich gustów, a zatem pozbawiona tajskiej autentyczności. Mocno trzymam kciuki za powrót na dobrą drogę 🙂

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

NAAM THAI

profil na FCB

ul. Saska 16

tel. 505 110 100

email: restauracja@naam.pl

godziny otwarcia:

pon: 16:00 – 23:00
wt. – Sob.: 12:00 – 23:00
niedz.: 13:00 – 21:00