Dzień dobry! My już w Sukhothai, dawnej stolicy Tajów, jakieś 400 km od Bangkoku. Wpis leżał i dojrzewał przez 3 dni, bo niestety łącze w bangkockim Adelphi Suites nie pozwalało na ładowanie zdjęć.. Na początek kilka słów o Bangkoku. Zaczynamy smakowicie, bo od ostrrrrrrej zupy Tom Yum Kung…
Do Bangkoku dotarliśmy w sobotni poranek, po dłuuugiej podróży, locie Warszawa – Helsinki i Helsinki – Bangkok. Zapytacie na pewno, jak bobas zniósł lot w wymiarze godzin 1,40 h i 9,45 h? Odpowiem: “nadzwyczaj dobrze”: trochę snu, trochę chrupania krakersów, zabaw ekranikiem i pilotem (aż do stanowczego komunikatu stewardessy “it’s not a toy!!”, kiedy Maks postanowił parę razy pod rząd zawezwać obsługę). Do Tajlandii liniami Finnair jak najbardziej polecamy: wygodnie (oczywiście, jeśli podróż 9.45 z bobasem na kolanach może być wygodna:)), smaczne jedzenie i fajne filmy.
Z lotniska do hotelu dotarliśmy o 10.00 rano (czyli 4.00 czasu polskiego). Nie będę kłamać – jet lag był – zwłaszcza u Maksa, więc już zaliczyliśmy noc zabaw między 2.30, a 6.30, śniadanie o 6.30 i sen 7.30-15.00… ale z dnia na dzień jest coraz lepiej i chyba wracamy do normalności 🙂
Ale długa podróż, cierpliwość i jet lag został wynagrodzony – Bangkok nas zachwycił: egzotyką, klimatem, kolorem, ciepłem i oczywiście jedzeniem … zdążył nas też wkurzyć, ale o tym zaraz..
Nasze lokum mieści się w dzielnicy Sukhumwit. Ulica Soi 8. Wokół pełno lokali z Thai Massage, rozstawianych na ulicy garkuchni, gdzie zupy nalewa się do plastikowych siateczek na wynos, tajskich prostytutek i panów raczących się ich usługami. Niewątpliwie pary w opcji biały pan lat 50 lub 60+ i młoda Tajka (niektóre wyglądają rzeczywiście na 14 lat!!) są najpopularniejsze! Nie brakuje transwestytów, a na głównej ulicy obok dziecięcych ubranek, słoników i figurek Buddy, można kupić Viagrę, sztuczne penisy i sztuczne pochwy. Niech żyje seks!
Nasz hotel Adeplhi Suites to super wybór, zadośćuczynienie za porażkę w Tel Awiwie. Na dole restauracja MonSoon, gdzie zarówno szaszłyczki chicken satay, tom yum kung i pad thai daje radę. Jest dobrze 🙂
Żeby jednak nie było za pięknie Bangkok wkurzył nas już drugiego dnia 😉
Co widzicie na zdjęciach? Smaczne krewetki i ryba z orientalnym sosem? Hmmm… nie dajcie się zwieść pozorom! jedzenie wyglądało może i dobrze, ale smak, cena, okolica i poziom restauracji był dramatyczny… lepiej nie pytajcie, ile….
Poszukując Seafood market (który w końcu znaleźliśmy, ale o tym później…), daliśmy się przekonać, że zawiezie nas tam „miły” kierowca tuk-tuka, czyli tutejszej rikszy. Dziwne, że ta analogia nie obudziła naszej czujności. W Indiach wiedzieliśmy, że kierowca rikszy zwykle wywiezie Cię nie tam, gdzie chcesz, ale do ustawionej restauracji / sklepu / etc.
W Bangkoku okazało się, że jest podobnie: „przemiły friend” zawiózł nas do speluny, która z minuty na minutę wyglądała coraz gorzej. Pierwsze wrażenie nie było tak złe, więc zostaliśmy. Finał? Wysoki rachunek tłumaczony wysoką wagą produktów (choć na rybie nie było prawie nic do jedzenia!) i “przyjemna” wymiana zdań Fuck off / Fuck you.
Przestroga: każdemu kierowcy podajcie dokładny adres, miejsce, gdzie chcecie jechać! Tak zrobiliśmy z następną taksówką. Dojechaliśmy do Hotelu Oriental, a potem spacerem dotarliśmy do dzielnicy chińskiej – Chinatown. To uratowało nasz dzień!
Pełna świateł, smaków i kolorów chińska dzielnica, skupiona wokół głównej arterii Yaowarat Road, zachwyca. Na każdym kroku można kupić egzotyczne owoce, miejscowe przekąski, sok z granatów czy limonek, szaszłyki, zabawki, napoje…
Ze względu na niedługi urlop (nie mamy czasu na tydzień w toalecie:)) i Maksa, nie kombinujemy za dużo z ulicznym jedzeniem i w Bangkoku zaczynamy raczej od restauracji. W Chinatown znaleźliśmy knajpę idealną dla ostrożnych podróżników, zwłaszcza tych z dziećmi 🙂
Nazwa – Texas Suki – może mylić, ale menu jest jak najbardziej chińskie. No to jemy!
Albo różne małe przekąski, wrzucone do wielkiego gara z gotującą się wodą, czyli sukiyaki: pierożki, mięsne kulki, warzywa… cena pojedynczej przekąski (np. pierożków, mięsa czy grzybków): 3 – 5 zł.

Maks próbuje pałeczkami i… idzie mu to całkiem nieźle 🙂 Na stole ulubiony przysmak ryż smażony z kurczakiem
Jedzenie pyszne, tanie, obsługa szybka, a dlaczego idealnie dla rodziców z dziećmi poza ryżem z kurczakiem, który jest bezpiecznym obiadem w Tajlandii? Bo w Texasie jest wielki kącik zabaw dla dzieci, zjeżdżalnie, labirynt i co ważne odgrodzony siatką – więc jak włożysz, to tak łatwo nie wyjdzie 🙂 Więc Maks szalał, a my rozkoszowaliśmy się miejscowym jedzeniem i obowiązkowo tajskim piwem – Singha.
Zostawiam Was z chińskimi smakołykami, bo u nas już późna pora, a jutro komu w drogę, temu czas! Było ulicznie, było chińsko, jutro będzie troszkę zabytkowo (świątynie, buddy, itd), a kulinarnie bardziej tajsko….
A jeśli komuś zrobiłam naprawdę smaka na chińskie, w Warszawie też jest Chinatown 🙂 i smakuje super!

















6 Comments
Dominik Pych
Pozdrawiam i dziękuję za ciekawą prezentację na szkolnym festiwalu nauki!
tasteaway
Dziękujemy i również pozdrawiamy! 🙂 cieszymy się, że się podobało, a tutaj zapraszamy serdecznie!:) i nawet zdjęcia lepsze!!;)