W Kambodży, a dokładnie w Phnom Penh jesteśmy już trzeci dzień – przylecieliśmy w poniedziałek z Bangkoku krótkim, przyjemnym lotem z Air Asia… Myśleliśmy, że zabawimy tu dwie noce i szybko obejrzymy, co warte uwagi, ale … jakoś nie chciało nam się śpieszyć 🙂 Potem mieliśmy ruszyć dalej w czwartek, ale jak się okazało na prom do Siem Reap (tam ruszamy, by zobaczyć Angkor Wat) możemy załapać się dopiero w piątek wczesnym rankiem… No to zostajemy do piątku!

 

Jak Kambodża? Nie ukrywam, że to kierunek, którego z różnych powodów obawialiśmy się bardziej niż Tajlandii czy Meksyku, w którym byliśmy na przełomie 2011 i 2012 roku. Że kraj mniej cywilizowany, że bardzo egzotyczny, że z traumatyczną historią, wcale nie tak dawną… że nie wiemy, jak z jedzeniem, a jak z noclegiem? Dodatkowo MSZ straszy licznymi chorobami przenoszonymi chociażby przez komary (denga, malaria, japońskie zapalenie mózgu)… Nie mamy też tylu znajomych, co byli w Kambodży i mogą coś o niej powiedzieć. Na szczęście paru się znalazło i niektóre obawy rozwiało… Reszta zderzyła się z rzeczywistością i muszę przyznać, że to zetknięcie okazało się całkiem pozytywne, w każdym razie, jeśli chodzi o Phnom Penh – zobaczymy, co dalej 🙂

 

Bez problemu znaleźliśmy z pomocą Booking.com niezły hotel w dobrej lokalizacji i w cenie, jaką w Europie zapłacimy za 2 łóżka w sali wieloosobowej, bez łazienki w hostelu. Tu mamy przytulny pokoik, z klimatyzacją, łazienką i nawet z łóżeczkiem dla Maksa (trochę nie z tej epoki i składali je chyba godzinę, ale jest :)). Mamy mały basenik, leżaki, śniadanie, restaurację hotelową, gdzie Maks może się nacieszyć ukochanym makaronem penne – co tu dużo mówić ryż i inne tutejsze przysmaki są fajne, ale makaron to jego miłość nr 1. My natomiast kilka domów dalej mamy boską restaurację wietnamską, gdzie siedząc w klimatycznym ogrodzie rozkoszujemy się pysznościami, popijając ukochany fresh coconut... Za obfity obiad (przystawki, dania, napoje) płacimy jakieś 50-60 zł za dwie osoby. Jednym słowem, jest nam tu całkiem dobrze! 🙂

 

 

Co do innych obaw, na pewno nie jest tak łatwo jak w Tajlandii z zakupami – kupienie czegoś dla dziecka czy chociażby przekąski podczas zwiedzania. Nie ma małych sklepików na każdym kroku (ach, nieodżałowane 7eleven!).  Za to supermarket, który dziś odwiedziliśmy (sieć Lucky) jest prawie na poziomie naszej Almy i kupimy tam WSZYSTKO, co nam się zamarzy. Co do szczepień i komarów, na razie żadnego nie widzieliśmy 🙂 Ale repelentem Mugga na wszelki wypadek się smarujemy – przezorny zawsze ubezpieczony! UPDATE 2019: zdecydowanie więcej sklepów w Phnom Penh 🙂

 

Pomimo tych wszystkich zalet, niewątpliwie czuć, że Kambodża to państwo znacznie biedniejsze niż Tajlandia, więcej biednych, czasem żebrających kalek, czasem dzieci sprzedające coś turystom na ulicy lub latające bez butów… Ale skala biedy odczuwanej, gdy poruszamy się ulicami Phnom Penh to na pewno inny poziom niż bieda w Indiach, gdzie co wrażliwszym serce może pęknąć na widok tych wszystkich dzieciaków spędzających życie na ulicy, niemowlaków śpiących na chodnikach, prowizorycznych domostw rozstawionych tuż przy drodze. Phnom Penh pod tym względem na pewno Was nie zaszokuje… Widać duże rozwarstwienie społeczne (nie brakuje dobrych samochodów na ulicach), ale nie widać przerażającej biedy…

 

Phnom Penh, Kambodża, Pomnik Niepodległości

Pomnik Niepodległości na skrzyżowaniu Norodoma i Sihanouka – wzniesiony w latach 50. z okazji proklamowania niepodległości

 

Z minusów: miasto ciężko zwiedza się na piechotę (a tak lubimy najbardziej!). Ciężko z dwóch względów: a) jest cholernie gorąco, b) przy większości ulic i uliczek nie ma chodników lub jeśli są, zawsze są czymś zastawione. Na ulicy natomiast zwłaszcza w porach popołudniowych jest cała masa motorów, skuterów, tuk tuków i samochodów. Niewątpliwie najlepszym środkiem komunikacji jest właśnie tuk tuk, który przemieścimy się za grosze – 1 lub 2 dolary za dowóz do danej atrakcji turystycznej w ramach miasta. Drożej kosztuje wyprawa za miasto, ale zawsze da się dogadać i na pewno trzeba się TARGOWAĆ! 🙂

 

Tuk tuki w Phnom Penh są nieco inne niż w Bangkoku – z przodu mają motor, który ciągnie za sobą resztę… W Kambodży można również skorzystać z taksówek (wygodne w drodze z lotniska) czy z taksówek motocyklowych – my jednak z Maksem tego nie trenujemy, chociaż tutaj na jednym motorze jeżdżą zwykle całe rodziny, często trzymając między mamą, a tatą ubrane w piżamkę niemowlę lub całą trójkę dzieci w wieku przedszkolno – szkolnym! Ilość wszechobecnych motorów jest po prostu niesamowita zwłaszcza w godzinach 15-18.00 –  mam nadzieję, że będziecie mogli to zobaczyć na jednym z naszych filmów 🙂

 

tuk tuk, Kambodża, Phnom Penh

podstawowy środek transportu

Co robić w Phnom Penh? Punktów obowiązkowych jest kilka: Pałac Królewski, Bazar Centralny, Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng oraz Pola Śmierci… My zaczęliśmy od Pałacu Królewskiego… niestety falstartem, bo jak się okazało w Kambodży siesta jak najbardziej istnieje i między 11.00, a 14.30 Pałac jest zamknięty. Warto pamiętać również o odpowiednim stroju – szorty i bluzki bez pleców odpadają (to ja!). Inaczej musicie zakupić gustowną koszulkę z obrazkiem należącej do kompleksu pałacowego Srebrnej Pagody i za jakąś 1 zł wypożyczyć jeszcze bardziej gustowne spodnie…

 

Miejsce jednak warte jest nawet dokupywania elementów garderoby, bo naprawdę robi wrażenie. I co więcej, nie jest tak zatłoczone jak podobne zabytki np. w Bangkoku. Sam kompleks powstał w latach 60. XIX wieku za panowania króla Norodoma, a składa się z kilkunastu bajkowych, przepięknie zdobionych budynków… Świątynie buddyjskie i pałace są po prostu zachwycające i na pewno podobają się dzieciom, chociażby ze względu na różne „figurki” równie bajkowych postaci. Tutaj najlepiej na spokojnie pospacerować, pooglądać, czemu sprzyja brak tłumów turystów..

 

Pałac Królewski, Phnom Penh, Kambodża

w drodze do Pałacu Królewskiego

Srebrna Pagoda, Phnom Penh, Kambodża

miniatura Angkor Wat

Phnom Penh, Kambodża, Pałac Królewski

jeden z głównych pawilonów pełniący funkcję sali tronowej

Phnom Penh, Kambodża, Pałac Królewski

prosto z bajki

Pałac Królewski, Phnom Penh

świetne miejsce na odrobinę ruchu…

Phnom Penh, Kambodża, Pałac Królewski

 

Kolejny punkt to Bazar Centralny. Bazar jak bazar, najciekawszy jest budynek, w którym się znajduje – wielka kopuła i cztery odchodzące od niej skrzydła, styl art deco, lata trzydzieste.. Niestety nie pokażę Wam zdjęcia, bo byliśmy zbyt zajęci kręceniem filmu i o zdjęciu zapomnieliśmy… wstyd!:/ Na bazarze centralny kupimy oczywiście ciuchy, piżamy, trochę suwenirów, wypijemy kokosa, możemy coś przekąsić, chociaż my jeszcze w Kambodży nie odważyliśmy się na uliczne jedzenie – jeśli mam być szczera, wygląda znacznie mniej apetycznie niż w Tajlandii. A z drugiej strony, jeśli luksusowe / dobre restauracje kosztują tyle, co u nas pizza z colą na lunch, to chyba warto podarować sobie odrobinę luksusu? 😉 Na Bazarze można też zakupić wyroby złotnicze, rzemieślnicze czy zegarki, bo właśnie te towary znajdują się w centralnej części, pod charakterystyczną kopułą… My kupiliśmy tradycyjnie kokosy, piłkę dla Maksa (po 30 razy powtórzonym haśle „Mama, szukamy piłki!”) i jak się okazało… Łukasz narobił sobie chęci na smażone robaczki 🙂

 

smażone robaki, Kambodża, Phnom Penh, Bazar Centralny

smażone larwy, chrząszcze, świerszcze czy pająki to w Kambodży przysmak

Central Market, Phnom Penh, Kambodża

senna atmosfera, zupełnie inna niż na Chatuchak Market w Bangkoku

Żeby jednak nie było, że tylko takie obrzydliwości tutaj jemy (je Łukasz – mnie w to proszę nie mieszać!!), kilka słów o kulinarnych przysmakach.. Tak na dobry początek, bo na pewno o kuchni napiszę jeszcze osobny post – w końcu nie byłabym sobą, gdybym o niej zapomniała 😉

 

Nasi faworyci z ostatnich dni to na pewno tradycyjne danie kuchni khmerskiej, czyli amok. Jest to zależnie od wersji kurczak lub ryba z mlekiem kokosowym, duszona w liściu bananowca, z imbirem, trawą cytrynową, chilli, podawana z ryżem. Obowiązkowo do spróbowania! Drugi faworyt to przekąska, którą spotkaliśmy w naszej ulubionej wietnamskiej restauracji Magnolia… – panierowane tofu domowej roboty, niby nic, a straszna pychota! 🙂 Zatem kolejny wniosek na temat Kambodży: można tutaj całkiem pysznie jeść! 🙂 Podoba nam się!

 

amok , kuchnia Kambodżańska, Kambodża, Phnom Penh, Magnolia

amok

tofu, Kambodża, kuchnia kambodżańska, Phnom Penh

panierowane tofu – przekąska na 5+!

Z tymi smakołykami Was tymczasem zostawiam…  inne smakołyki wkrótce, podobnie jak post dla osób o mocnych nerwach, czyli o Tuol Sleng, kiedyś makabrycznym więzieniu, dziś muzeum ludobójstwa dokonanego przez Pol Pota i jego Czerwonych Khmerów oraz o Polach Śmierci…Dziś nie będę psuć sobie i Wam humoru, więc zostawiam z bajkowymi świątyniami, pyszną kuchnią i niskimi cenami… Pomyślcie na przyszłość cieplej o Kambodży 🙂