No to co, ruszamy dziś na Gozo? 🙂 Już wspominałam, że wyspa jest niewielka – 14 km długości, 7 km szerokości i tylko ok. 30 tys. mieszkańców. Ale wbrew pozorom do obejrzenia jest całkiem sporo! Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć 1 lub 2 dni.

 

Można poruszać się miejscowymi autobusami (2,60 euro kosztuje bilet na cały dzień) lub tak jak my… wynająć samochód. Przeżycie specyficzne i dodatkowo ubarwia podróżowanie: będąc w stolicy Victorii wypatrzyliśmy niewielką, prawie zabitą dechami dziuplę w pobliżu dworca autobusowego z napisem „rent a car” + kilkoma przywiązanymi rowerami. Dziupla była zamknięta, ale na pobliskiej ławce przesiadywał starszy pan, który czym prędzej nas zagadał i zadzwonił do swojego zięcia czy innego krewnego, który „właśnie, właśnie” zmierzał do Victorii. Tak weszliśmy w posiadanie naszego wehikułu, pamiętającego czasy dawne, bez żadnych udogodnień typu klimatyzacja, bez wspomagania kierownicy, bez fotelików i oczywiście z kierownicą po prawej stronie 🙂 Poziom „rozklekotania” samochodu odpowiadał dziurawym drogom na Gozo w sposób wręcz idealny 🙂 Nadał podróży inny wymiar, zwłaszcza, gdy wciskaliśmy się tam w wersji 4 dorosłe + 2 małe. Gdy akurat mniej wiało,  mieliśmy również darmową saunę. To spojrzenie optymistyczne.. czasem jednak, zwłaszcza trzymając na sobie 11 kg rozgrzanego Maksa, gdy słońce prażyło niesamowicie już tak wesoło nie było, ale kto da radę jak nie my? 🙂 Dodatkowo ta przyjemność kosztowała nas wszystkich tylko 24 euro dziennie, a autobusami pomimo, że niedrogie na pewno tyle byśmy nie zwiedzili, bo jeździły często raz na godzinę!

 

Gozo

możemy ruszać!

 

Mamy środek transportu, no to zwiedzamy!

Zaczynamy od stolicy! Victoria (zwana też Rabatem) to dość nietypowa „stolica” – liczy tylko 6,5 tys. mieszkańców! Mimo to jest największym miastem na Gozo. Nazwa Victoria pochodzi od imienia królowej Wiktorii, która nadała stolicy prawa miejskie w 1887 roku, w ramach swojego jubileuszu, jednak wielu mieszkańców nadal używało starożytnej nazwy Rabat, czyli „przedmieście”, pomimo, że Rabat znajdziemy również na Malcie.

 

W Victorii obowiązkowo należy zajrzeć na Pjazza Independenza w centrum miasta, zwany również It-Tokk, czyli miejsce spotkań. Wokół placu znajdziemy sklepiki z pamiątkami, restaurację (NIE polecamy restauracji o nazwie It- Tokk!), budynek Banca Giuratela oraz mały kościółek św. Jakuba Apostoła. Niestety widok placu bardzo psują stragany rozstawione na całej jego powierzchni, zdecydowanie malownicze – można w nich zakupić ręczniki plażowe, klapki i inne turystyczne „paskudztwa” – oczywiście czasem potrzebne, ale czemu właśnie na środku głównego placu??  Z placu skręcamy w jedną z uliczek i kierujemy się w stronę bazyliki św. Jerzego, a następnie warto powłóczyć się uliczkami il Borgo, czyli starego miasta. Są puste, jakby uśpione w czasie siesty i bardzo malownicze…

 

Na koniec warto wdrapać się na XVII-wieczną Cytadelę po przeciwnej stronie głównej arterii Triq ir-Repubblika. Tam znajdziemy i katedrę, i kilka muzeów, i piękne widoki. My znaleźliśmy jednak również niesamowity wiatr, który skutecznie utrudnił nam zwiedzanie z maluchem oraz pchaniem pod górę nawet lekkiego wózka… zatem Cytadelę podziwialiśmy głównie z daleka…

 

Victoria, Gozo, It Tokk, Piazza Independenzia

widok z tarasu na Piazza Independenzia, niestety ukrytego pod brzydkimi straganami

Malta, Gozo, religia

religijna Malta

Victoria, Gozo

letni relaks

Victoria, Gozo, il Borgo

uliczki Victorii podczas siesty

Victoria, Gozo, il Borgo

spokój

Victoria, Gozo,il Borgo

„o skuuterek!”

Victoria, Gozo, il Borgo, podróże z dzieckiem

mali podróżnicy podczas przerwy

Cytadela, Victoria, Gozo

cytadela w Victorii, widok z Xewkija

 

Dalej ruszamy do Xewkija Rotunda, czyli całkiem dużego kościoła z ogromną kopułą. Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że kościół już znamy – codziennie widzieliśmy go z tarasu naszego domu w okolicach Xaghry. Zdawał się górować na wyspą i z bliska rzeczywiście jest ogromny – największa świątynia na wyspie, a jeśli chodzi o kopułę jest to prawdopodobnie trzecia co do wielkości niczym nie podparta kopuła na świecie.

 

W środku być może spotkamy sympatycznego księdza, który opowie jak to obecna świątynia została nadbudowana w latach 1951-1971 roku na starym kościółku, w którym nie mieściły się już tłumy wiernych. Co ciekawe kościół wybudowali i sfinansowali mieszkańcy, ale z pewnością mniej będziemy się dziwić, gdy spędzimy trochę czasu na Malcie i Gozo oraz zobaczymy miejscową religijność – figurki świętych, baaaardzo liczne kościoły (360 kościołów na wyspach, po 1 na niemal każdy dzień w roku, na samym Gozo – 46), a czasem nawet możemy spotkać pomniki Jana Pawła II..

Warto wjechać na górę świątyni i stamtąd podziwiać widoki na okolicę. Można nawet wdrapać się krętymi schodami na dzwonnicę – w wersji hard: wdrapać się krętymi schodami, niosąc 11 kg na rękach, w upale 40 stopni ;)… jak ja 🙂

 

Xewkija Rotunda, Gozo

imponująca Xewkija Rotunda

Xewkija, Gozo

jeden z bardziej malowniczych posterunków policji, jakie spotkałam

 

Z Xewkija ruszyliśmy do Ta’ Cenc, podziwiać miejscowe klify. O miejscu dowiedzieliśmy się z przewodnika, więc po cichu liczyłam na jakieś oznakowanie do turystów… tymczasem błądziliśmy w okolicach Ta’ Cenc i Sannat, po uśpionych wioskach i niemal polnych drogach, gdzie nawet nie było kogo o drogę podpytać. W końcu napotkaliśmy miejscowych, którzy pokierowali, zalecili, gdzie postawić samochód i powiedzieli: „A następnie trzeba dojść… Tylko uważajcie i patrzcie przed siebie!”  Jest na co uważać, bo klify mają wysokość 150 m i wyglądają cudownie, ale również przerażająco! Nie polecane dla osób z lękiem wysokości 😉 Widoki jednak były warte zachodu i spaceru w upale z Maksem, który powoli zaczynał dopominać się należnej drzemki. A wiadomo, że facet jak niewyspany to zły! W każdym razie moi obaj tak mają… 😉

 

Ta Cenc, Gozo, Malta

zapierające dech w piersiach Ta’ Cenc

Ta Cenc, Gozo, Malta

i okoliczne pustkowie…

Z Ta’ Cenc rzut beretem (zresztą jak wszędzie na Gozo;)) do maleńkiego i niezwykle urokliwego kurortu Xlendi. Nazwałabym go nazwet kurorcikiem, ale nie chcę być posądzana o nadmierną słodycz zwłaszcza w tak upalny dzień jak dziś 😉 Ale Xlendi właśnie takie jest – malutkie i urocze. Zatoczka, błękitna woda, łódeczki i restauracyjki na brzegu. Chociaż nie podobne architektonicznie przywodzi mi na myśl nasze uwielbione i ukochane Positano na Wybrzeżu Amalfi we Włoszech… Inne, ale ten spokój wakacyjnego dnia, smak winka tuż nad wodą (chociaż nie piłam ;)) wydaje się jakby podobny…

 

Myślę, że w takich okolicznościach warto zdecydować się na leniwy lunch lub nawet zawitać do Xlendi na romantyczną kolację – nawet jeśli zamieszkacie w innym „mieście”, odległość to pewnie 5-10 km! Nam niestety nie starczyło czasu… ale na pewno nadrobimy, jeśli wrócimy na Gozo!

 

Xlendi, Gozo, Malta

Xlendi

Xlendi, Gozo

widok na zatoczkę od strony deptaku

łódki, Malta, Gozo

typowe maltańskie łódki luzzu

Xlendi, Gozo

kurorcik i spacerek

klify, Xlendi, Gozo

okoliczne klify

 

My z Xlendi nieco zawróciliśmy na inny kraniec wyspy, pokonując oszałamiającą trasę- chyba około 9 km, bo w Marsalforn, o którym pisałam tu jedliśmy wspaniały obiad w jeszcze wspanialszej restauracji, ale co i jakiej zdradzę dopiero we wpisie „Gozo kulinarne” 🙂 Najlepiej jednak z Xlendi wybrać się jeszcze do Ta’ Pinu i Gharb na zachodzie wyspy. Oczywiście jadąc pewnie zahaczymy o stolicę, bo przecież wszystkie drogi prowadzą PRZEZ Victorię. Lub prawie wszystkie…

 

Ta’ Pinu to narodowa świątynia Malty, która wygląda niesamowicie już z trasy. Legenda głosi, że pod koniec XIX wieku miejscowi wieśniacy usłyszeli tu głos Matki Boskiej, a modlitwy do niej doprowadziły do wielu cudownych uzdrowień. Rozpoczęły się pielgrzymki i podobnie jak w Xewkija mała kapliczka przestała mieszkańcom wystarczać – w latach 20. XX wieku powstał kościół, który widzicie na zdjęciu, a kapliczka, znów tak jak w Xewkija, została „wciśnięta” w jego wnętrze…

 

Ta Pinu, Gozo, religia na Malcie

miejsce święte dla mieszkańców Gozo – Ta’ Pinu

Ta' Pinu, Gozo

Ta’ Pinu

 

Kolejny kościół możemy zobaczyć „dwa kroki” dalej – w wiosce Gharb. Znów zaglądamy do uśpionego miasteczka z uroczym placykiem, kościołem (pamiętajcie, że mamy ich aż 46!), angielską budką telefoniczną (wiedzieliście, że Malta była przez lata podporządkowana Anglii?) i malowniczym posterunkiem policji.

 

Gharb, Gozo

obowiązkowy placyk i kościół

Gharb, Gozo

pamiątki po Anglikach

Gharb, Gozo

I am an English man…in Gozo

dziecko w podróży, Gozo

chwila przerwy

Gahrb, Gozo

śpiące Gharb

 

Ostatni punkt na naszej trasie, na tzw. deser to Azure Window (Lazurowe Okno) w Dwejra Point. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu właśnie tak się nazywa? 🙂 Obowiązkowe miejsce do obejrzenia na Gozo!:)

 

Azurre Window, Dwejra Point, Gozo

Azure Window

Azurre Window, Dwejra Point, Gozo

zmęczeni całodzienną wycieczką, ale szczęśliwi!

Azurre Window, Gozo

zdobywcy klifów

 

Przejeżdżając przez Gozo można zajrzeć również do Xaghry – tam również znajdziecie urokliwy placyk z kościołem i całkiem sporą liczbą (jak na Gozo) restauracji. Jednak najlepsza bardzo rodzinna i bardzo lokalna restauracja znajduje się przy zwykłej, niepozornej ulicy. Nazywa się Tal-Furnar i na pewno jeszcze u nas o niej usłyszycie, bo to miejsce dla nas niemal idealne.

W okolicy znajduje się neolityczny kompleks Ggantija Prehistoric Temples. Co zabawne, codziennie obserwowaliśmy tłumy turystów podjeżdżające tam autobusami i wędrujące w upale w stronę ruin, bo nasz dom sąsiadował z ruinami. Ale rozmowa z Polką spotkaną w autobusie trochę nas zniechęciła (mało do obejrzenia, bilety drogie) i odpuściliśmy. Jeśli byliście, dajcie znać jak wrażenia.

 

Co do plaż, polecamy Ramla Bay. Duża, przestronna, z czerwono – złocistym piaskiem. Zdjęć brak, bo na plaży to my się rozkoszujemy wodą, piaskiem i falami + oczywiście czasem ganiamy za Maksem, a nie zdjęcia robimy 😉 Wybaczcie! To jak? Macie ochotę na Gozo? Ja chętnie wrócę! 🙂

 

PS. Wiecie skąd pochodzi nazwa Gozo? Ja się przyznaję, że doczytałam dopiero teraz pisząc ten wpis!:) A jej pochodzenie tym bardziej mnie ucieszyło: Arabowie niegdyś nazwali wyspę Ghawdex, co oznacza radość, a czyta się przedziwnie, bo ołdesz. Gdy na wyspę natomiast dotarli Hiszpanie (XV w.) przetłumaczyli nazwę na kastylijski i stąd wzięło się GOZO.. po hiszpańsku oczywiście RADOŚĆ.

 

PS 2. Teraz jeszcze większą sympatią darzę GOZO 😉