Często słyszy się, że podróżujący rodzice to egoiści, że podróżują tylko dla swojej przyjemności, a jeszcze biedne dziecko męczą, ciągają po świecie, a dziecko przecież potrzebuje domu, rutyny i jednego łóżka, w którym zasypia o określonej porze. Z Maksem postanowiliśmy zaryzykować… nasze pierwsze dziecko, niemal brak w otoczeniu osób podróżujących sporo z dzieckiem. Ufaliśmy sobie i swoim odczuciom, obserwowaliśmy dziecko. Oczywiście nie zapamiętał nic z Meksyku, jak miał 6 miesięcy, nie pamięta już wiele z Wietnamu, w którym byliśmy jak miał 2,5 roku, ma mgliste skojarzenia z Kambodżą. Tak samo Jagoda nie zapamięta swoich tegorocznych wakacji w Tajlandii, ale…

 

Ale my już wiemy, że te podróże od początku budują jego wiedzę o świecie, zdolność kojarzenia, trenują pamięć, otwartość na innych, tolerancję. Potrafi zobaczyć gdzieś w oddali zdjęcie z Hongkongu i od razu krzyczy, że tam był. Wspomina budynki, które widział, a których my czasem nie potrafimy zlokalizować – tak było ze słynnym Marina Bay Sands w Singapurze – “mieliśmy hotel z widokiem na taki budynek, który ma na górze taką łódkę i basen” (????;)), zakochuje się w potrawach poznanych w podróży – dlatego sataye, pad thaie, ryż to dla niego normalny element kuchni.

 

I chociaż czasem “Mamo” wypowiedziane 89 razy i “Tato” wypowiedziane razy 63 trochę dobija i tęsknie patrzysz na tych, co siedzą nad basenem we dwoje, w ciszy, z książkami, i chociaż na kilka dni czasem warto wyjechać bez dziecka, to jego radość  z każdego małego fragmentu podróży jest bezcenna. Uczmy się tego od dzieciaków 🙂

 

Tak Maks opisuje swoją podróż – scenariusz i montaż również po jego stronie 😉