Z Bangkoku na północ, zahaczając na dłużej lub krócej o kilka całkiem fajnych miejsc do zobaczenia, przede wszystkim z uwagi na ruiny świątyń i wielkie malownicze postacie Buddy…
Zaczęliśmy od Ayutthaya, ok. 80 km od Bangkoku. Przemieszczaliśmy się wynajętym samochodem. Pierwsza podróż poszła nieźle, chociaż oczywiście Łukasz musiał przyzwyczaić się do kierownicy po innej stronie;)
AYUTTHAYA
Ayutthaya (zwana też Ajuttia) to obecnie niewielkie miasteczko (kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców), ale dawniej stolica Tajlandii i na przełomie XVI i XVII wieku jedno z najbogatszych miast Azji. Miasto założono ok. 1351 roku, było znaczącym punktem handlu z Chinami i Indiami, a pod koniec XVII wieku mieszkało tam ponad milion osób. Do Ajutii masowo przybywali kupcy nie tylko z Azji, ale również z Europy i Bliskiego Wschodu. Po latach świetności co prawda zostało niewiele – ruiny pałaców, świątyń buddyjskich, nieliczne figury Buddy (czasem bez głowy) i chyba najbardziej imponujące stupy (czyli te wieżyczki, o których już wcześniej pisałam przy okazji Bangkoku). Warto wpaść jednak przejazdem i przejść się wśród ruin – uwaga dla rodziców: na pewno bez wózka! Uwaga dla wszystkich: w listopadzie na pewno konieczna butelka wody – upał niesamowity 😉
Oczywiście jak przy każdym miejscu popularnym wśród turystów również w Ayutthaya tuż przed wejściem do zespołu ruin, mamy niewielki bazarek, gdzie można przeróżne suweniry, ale również miejscowe przysmaki… niektóre jak dla mnie nieco wątpliwe – np. suszone rybie skóry… kto ma na to ochotę w 40 stopniowym upale? Z pewnością las rąk. Łukasz oczywiście spróbować musiał, ale torebki skór na wynos na szczęście nie kupił ;p
Ja wybrałam bardziej odpowiednią przekąskę – nie powiem, że dietetyczną, bo smażoną w głębokim tłuszczu, ale w smaku słodkawe, z orzechami i przyjemnie chrupało. Polecam! A smażyło się tak:
SUKHOTHAI
Dalej ruszyliśmy do Sukhothai, to już ok. 470 km od Bangkoku i tam zaplanowaliśmy nocleg. Po drodze szukając miejsca na obiad trafiliśmy do Phitsanulok. Przewodnik zachwala knajpki nad rzeką Nan, ale niestety popołudniu wszystkie były zamknięte i zmuszeni byliśmy pożywić się w hotelowej restauracji The Grand Riverside. Zjeść się dało, ale niestety nie był to szał dla podniebienia. W Sukhothai w przyjemnym Le Charme Hotel przespaliśmy się, przekąpaliśmy w basenie i rano ruszyliśmy zwiedzać tamtejszy zespół ruin.
Sam Sukhothai “rządził” Tajlandią, a także częściowo Półwyspem Malajskim i Birmą jeszcze przed Ajuttią. Złote czasy trwały od 1240 roku do 1438, gdy właśnie wspomniana Ajuttia wchłonęła królestwo Sukhothai. Osadę założyli Khmerzy, pozostawili pod sobie kilka budynków i system wodny podobny do tego w Angkor Wat, potem przyszli Tajowie i to oni rozbudowali królestwo. Wprowadzili też własny system nawadniania, ale chyba nie do końca im wyszło, bo właśnie brak wody prawdopodobnie był jedną z przyczyn porzucenia miasta przez jego mieszkańców.
Ruiny w Sukhothai na pewno są “must see” w drodze z Bangkoku na północ Tajlandii. Duży teren, idealny do spaceru (również z wózkiem) lub zwiedzania na rowerze (do wypożyczenia). Ruin sporo, fajnie zachowanych i wspaniałe, wielkie posągi Buddy, dodatkowo drzewa, woda. Idealny początek dnia.
Przed zwiedzaniem lub po warto pożywić się w jednej z restauracyjek w pobliżu Parku Historycznego. Jedzenie może szału nie robi, ale jest smaczne i kosztuje np. 4 – 5 zł za ryż smażony z kurczakiem, pad thaia czy 3 zł za kurczakowe szaszłyczki chicken satay. I jest bezpieczne – testowaliśmy i my, i Maks 🙂 PS. jeśli czytacie ten post w 2018, dajcie znać czy ceny nadal są tak niskie! 🙂
SI SATCHANALAI
Z Sukhothai wybieramy się do Si Satchanalai, czyli kolejnego Parku Historycznego. Zwiedzających niemal brak, budowle ciekawe, a z uwagi na brak ludzi plenery do zdjęć piękne.
Stamtąd do Chiang Mai przed nami jakieś 223 km… cdn.















0 Comments