Oj, marzył nam się wyjazd bez dziecka. Krótkie wakacje bez prawie czteroletniego wulkanu energii, który tryska nią nieustannie od wczesnego ranka do późnego wieczora, nigdy nie siada i nigdy się nie zatrzymuje, który wstaje o 8.00, a zasypia o 23.00, który ma swoje zdanie i swoje plany, co danego dnia powinniśmy robić. Potrafi zrobić awanturę, bo kurtka jest “za duża”, a buty, które jeszcze wczoraj były idealne, “za małe”, bo nie nacisnął guzika od windy, bo nie zabraliśmy rowerka biegowego, bo skończyło się kakao, tata pierwszy wsiadł do windy, a mama wyłączyła bajkę podczas jakże fascynujących napisów końcowych. Kocham mojego prawie czterolatka nad życie, ale czasem chcę od niego po prostu odpocząć. Uwielbiam spędzać z nim czas, zwłaszcza teraz, gdy możemy razem pogadać, iść na spacer, na plac zabaw, ale też na sushi, które smakuje mu tak bardzo jak mi. Ale lubię też czas bez niego. Znacie to, prawda? Kawa wypita w ciszy, spokojny czas na pracę bez odrywania się od niej co 5 minut, obiad jedzony bez pośpiechu, delektując się każdym kęsem, długa rozmowa z przyjaciółką, nie przerywana “Zostaw to! Nie wchodź tam, bo spadniesz! Uważaj! Nie gryź tego”.  Aż wreszcie czas we dwoje… ze swoim facetem, mężem, narzeczonym. Taki jak w czasach “przed dzieckiem”, nie tylko na kanapie przed telewizorem jak dziecko zaśnie, ale na kolacji, na imprezie, na wyjeździe. My nadal lubimy robić sobie “wolne”, zwłaszcza w sobotnie wieczory, które ciągną się aż do niedzielnego obiadu. Bo kto powiedział, że matka nie może włóczyć się nocami po Warszawie, pić wina ze znajomymi i tańczyć na stole w klubie? A jak! Może!

 

Czasem robimy sobie wolne na dłużej.. wyjeżdżamy na dwa, trzy, cztery dni. Mamy czas dla siebie, czas we dwoje, czasem czas na blogowe wyprawy, które nie biorą pod uwagę obecności dzieci. Teraz po raz pierwszy pojechaliśmy sami na 7 dni. Od niedzieli do niedzieli. Maks pod opieką kochających dziadków, a my możemy wreszcie wykorzystać w pełni wyjazd na narty. Jeździć od rana do zamknięcia wyciągów, jeździć razem, a nie na dwie zmiany, nie śpieszyć się, bo właśnie Łukasz czeka, tylko usiąść spokojnie na stoku i rozkoszować się słońcem. Po nartach możemy beztrosko leżeć na łóżku i chociaż jak zwykle towarzyszą nam laptopy i praca zdalna, nikt nie wyrywa co chwilę komórki, nie zrzuca właśnie garnków z szafki, nie drze książki, nie maluje flamastrem ściany, nie przewraca się, nie rozbija głowy. Możemy przez te kilka dni egoistycznie myśleć tylko o sobie lub o sobie nawzajem. Czy jest fajnie? Na pewno! Bo mamy czas dla siebie nawzajem, bo możemy wreszcie nacieszyć się nartami przy świetnej pogodzie i idealnych warunkach, bo wypoczywamy jak rzadko.

 

Ale… są takie chwile, gdy jednak żałujesz, że tego małego potwora nie ma z Tobą, że nikt nie budzi Cię piskiem „Mama” albo tupotem małych stóp, że nikt nie przynosi do łóżka swoich wysłużonych przytulanek i nie każe Ci przytulać ich na dzień dobry, że nikt nie pakuje się w nocy do Twojego łóżka i nie rozpycha się tak jak tylko on potrafi.  Nikt nie rozlewa mleka przy śniadaniu i nie marudzi przy wychodzeniu, nie krzyczy z radości na widok kolejki gondolowej i nie biega po śniegu. A Ty chociaż spędzasz cudowne dni, gdy patrzysz na zaparkowane na stoku ratraki, masz ochotę powiedzieć: „O popatrz, jakie super maszyny! Widziałeś kiedyś takie?”, zwracasz uwagę na wszystkie zjeżdżalnie i atrakcje dla dzieci i całkiem odruchowo notujesz je w pamięci. Gotujesz makaron i wiesz, że gdyby tu był, wyjadałby spaghetti bez sosu. Stawiasz na półce butelki z winem i myślisz, czy przypadkiem nie zrzuci ich w zabawie.

 

I chociaż jest tak bosko, po 3 dniach masz ochotę wracać. Przytulić, ucałować, wyściskać. Odpowiadać na 300 pytań dziennie i słyszeć “Mama!” 260 razy. Biegać z wywieszonym językiem za rowerkiem biegowym, robić wyścigi dla samochodów, czytać książeczki o Franklinie, rysować grube koty, gotować spaghetti z sosem pomidorowym, chodzić na plac zabaw, oglądać zabawki w Smyku po raz 65 i wybierać trzecią koszulkę do przedszkola.

 

Lubię wyjazdy bez dziecka, bo właśnie po nich moja ochota na to wszystko rośnie o kilkaset procent, bo zachowania, które czasem tak bardzo irytują i doprowadzają do szewskiej pasji (znacie takie, wiem to!), teraz już nie są takie straszne i wcale Ci nie będą przeszkadzać.

 

Lubię wyjazdy bez dziecka, bo to one uświadamiają mi, ile mamy szczęścia mając przy sobie tego małego człowieka, który choć czasem płacze, krzyczy i wkurza Cię tak, że myślisz, że zaraz eksplodujesz, jak nikt inny potrafi dawać radość i uśmiech. Wakacje bez dziecka mają w sobie coś pięknego – to jedyne wakacje, z których NAPRAWDĘ chce Ci się wracać. Bo co tam rajskie plaże, fascynujące miasta, przepyszne jedzenie, co tam białe stoki Alp, co tam najlepsze muzea i najfajniejsze koncerty, jeśli to właśnie w domu czeka na Ciebie największy cud świata? Twój.