W słoneczną niedzielę wybraliśmy się w rejs po magicznym Inle Lake. Przez wielu uważane za najbardziej niesamowite miejsce w Birmie. Inni przestrzegają, że to zarazem miejsce najbardziej turystyczne, skomercjalizowane i właśnie tam czyha na podróżnika-turystę najwięcej pułapek.

 

By wybrać się w rejs po jeziorze, trzeba wynająć łódkę (prywatną na 2-5 osób, koszt około 20 dolarów) wraz z przewodnikiem, który obwiezie nas po Inle i okolicznych zakamarkach. Najlepiej zrobić to w jednej z agencji turystycznych w Nyuang Shwe, bazie wypadowej nad Inle. Tak też robimy my. Już w agencji podkreślamy, że nie chcemy pływać po „sztucznych atrakcjach”, szwalniach, sklepikach i innych pokazówkach, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. „Nie ma problemu, sami ustalacie, co Was interesuje, łódź jest tylko dla Was” mówią w agencji, problemów nie robi również nasz przewodnik. Nie chcecie, to nie, jedziemy dalej.

 

Jednak pomimo naszego ostrożnego podejścia do atrakcji “pod turystów” i pomimo dużego doświadczenia z podróżami oraz z obcowaniem z różnej maści naciągaczami, przez głód, słońce i piękne krajobrazy na moment tracimy czujność i dajemy się okantować, oszukać i prawie zatruć podczas obiadu. W porze lunchu zdajemy się na naszego przewodnika. BŁĄD! Lądujemy w restauracji Shwe Yamin. Wygląda jak wszystkie na Inle – domki na palach, szyld, sporo turystów. Czerwona lampka zapala się, gdy przeglądamy menu – BEZ CEN! Klasyka gatunku. Najlepszy sposób na orżnięcie turystów. Bogatych turystów, dla których przecież kilka dolarów więcej nie robi różnicy. Przez chwilę chcemy wyjść.. Ale: co mamy zrobić? Powiedzieć, żeby wiózł nas gdzieś indziej? A co, jeśli wszystkie takie są?  Jesteśmy głodni. Maks jest głodny. Zostajemy.

 

Tym sposobem jemy najgorszy lunch EVER za cenę, za którą spokojnie zjedlibyśmy smaczny obiad w Warszawie! A przecież jesteśmy w Birmie! Tylko coli i sosu chili udało im się nie spieprzyć! Za “ucztę” płacimy: 20 dolarów! Wychodzimy. Oszukani, wpuszczeni w maliny, wkurzeni. Wiemy, że padliśmy ofiarą starej strategii, wciąż bardzo popularnej w krajach, które zachłysnęły się rozwijającą się turystyką. Oszukać, okantować, orżnąć, ograbić, naciągnąć, wprowadzić w błąd, wyciągnąć kasę. Bo przecież każdy turysta to chodzący dolar! Niech zostawi jak najwięcej, a co tam! Nieważne, co pomyśli, nieważne, czy będzie zadowolony z usługi, przecież i tak przyjdą kolejni! Następny proszę!

 

Birma, Inle Lake, turystyka, naciąganie w turystyce

łódki na Inle Lake – z jednej strony tradycja, z drugiej spektakl wyreżyserowany pod turystów

 

Nasza historia jest dość typowa – świetnie pokazuje jeden ze sposobów na oszukanie niewinnego turysty. A sposobów jest wiele, więc warto je znać, by się ich wystrzegać. Zanotujcie i trzymajcie się tego!

 

1) TRANSPORT

 

zawyżone ceny taksówek, tuk tuków i wszelkich innych środków transportu – typowe, gdy docieramy do miejsca, którego nie znamy. Można wmówić nam wszystko! Tak działają taksówkarze w Warszawie, w Poznaniu, tak działają kierowcy tuk tuków w Bangkoku, Phnom Penh w Siem Reap, taksówki w Indiach, w Birmie, gdziekolwiek. Obcokrajowiec, nie zna miasta! Można mu więc wmówić, że kurs z lotniska w Warszawie do centrum kosztuje 150 zł (co to dla niego jakieś 35 euro!), policzyć dwa razy więcej za przejazd z dworca w Poznaniu do miasta (mój case, całkiem niedawny:/), podawać kilkukrotnie wyższe ceny, bo przecież turysta i tak nie wie, ile bahtów co kosztuje w Bangkoku.

 

Jak tego unikać? Jeśli nie znamy miasta, najlepiej podpytać któregoś z pracowników lotniska czy dworca albo kogoś z miejscowych, ile może kosztować taksówka w dane miejsce. Zwykle są w stanie podać przynajmniej rząd wielkości.

Przydatna strategia to zawsze targowanie się. Zwykle kierowcy podają ceny kilkukrotnie lub choć dwukrotnie wyższe. Podajemy cenę o połowę niższą, najlepiej dodając  “It’s not my first time in Bangkok / Yangon/ Warsaw” – to zwykle przekonuje cwaniaka, że ma przed sobą trudnego przeciwnika.

 

razem weselej, czyli shared taxi – strategia popularna wśród taksówkarzy w Birmie. Ustalasz cenę za dojazd z taksówkarzem. Ten prowadzi Cię do swojego samochodu, a tam 2-3 innych chętnych, też z bagażami, też gotowych do drogi. Już wiesz, że cwaniak za jeden przejazd chce skasować kasę od kilku osób. Zrezygnuj. Zwykle zaraz znajdzie się kolejny, który chętnie Cię zawiezie lub pierwszy pójdzie po rozum do głowy. Nie daj zrobić z siebie frajera.

 

ja wiem lepiej, gdzie chcesz jechać  – mój ulubiony typ! Wspominasz restaurację, do której chcesz jechać, a on mówi, że zamknięte, ale przecież zna świetne miejsce, idealne dla Ciebie! Przy pierwszym pobycie w Bangkoku tak się urządziliśmy szukając Seafood Market and Restaurant. Nie znaliśmy dokładnego adresu, ale kierowca tuk tuka znał lepszą restaurant with seafood. Yes, yes, fish, fish. Trafiliśmy do speluny, przy torach kolejowych, z niedobrym jedzeniem i cenami jak za zboże. Jak unikać? Podawaj zawsze DOKŁADNĄ nazwę i adres! Nie daj się przekonać, że dane miejsce jest zamknięte i Twój kierowca ma lepszą propozycję. NIE MA.

 

zawiozę Cię, gdzie chcesz, ale najpierw pojedź ze mną do sklepu – typowe, choćby w Indiach. Kierowcy taksówek czy rikszarze zawiozą Cię wszędzie, ale po drodze zwykle muszą obwieźć Cię do sklepach z biżuterią, ubraniami, dywanami lub figurkami z marmuru. Marble, marble, beautiful my friend. Jeśli nie masz czasu, odmawiaj stanowczo. My czasem zaglądaliśmy do sklepów, by dać kierowcy więcej zarobić. Za przywiezienie “dolarów” (nas!) do sklepu, kierowca dostawał od właścicieli swoją dolę. To jedno z tych oszustw, które nie boli nas bezpośrednio (nie musimy nic kupować!), na dłuższą metę jednak baaardzo irytuje!

 

2) RESTAURACJE

 

restauracje dla turystów funkcjonujące zgodnie z zasadą RAZ I NASTĘPNY  – takich nie brakuje i w Polsce, głównie w rejonach turystycznych jak Zakopane czy polskie morze. To miejsca, w których strategia „oszukać, ograbić i wypluć” ma się całkiem dobrze. Masówka, jedzenie na wagę i coraz gorsza jakość na Krupówkach, mrożone dorsze, w których więcej panierki niż ryby, na Długim Targu w Gdańsku, frytki smażone na starym tłuszczu i cała masa zagrywek, o których nawet nie chce myśleć, bo robi mi się niedobrze. Wyciąganie kasy, brak szacunku dla turysty, podróżnika, gościa. Nieważny smak, nieważne wrażenia, grunt, że hajs się zgadza. Grunt, że przyjdzie następny! Niezależnie od kraju. Jeśli traficie na takie miejsce, mówcie o nim głośno, róbcie im czarny PR.

 

restauracje proponowane przez kierowców – to już wiecie: oni nigdy nie doradzają dobrze, zwykle wiozą Cię tam, gdzie sami są dogadani lub ich przełożony jest dogadany. Jeśli to wycieczka objazdowa, masz małe pole do wyboru, bo często słabo znasz okolicę. Lądujesz wtedy w knajpie dla turystów, gdzie ewidentnie cena i jakość nie idą w parze. Masówka. Wycieczki grupowe. Jeśli uda Ci się znaleźć (w Internecie, na blogach, przez znajomych) miejsce warte odwiedzenia, stanowczo mów, gdzie chcesz jeść.

 

– menu dla białych – w większości krajów, które uznajemy za egzotyczne, my również jesteśmy egzotyczni i niestety nie zamalujemy naszej jasnej skóry i jasnych oczu. Inne karty, inne ceny. Typowe zagranie, z którym niestety nie będziesz w stanie walczyć, chyba, że masz pod ręką lokalsa, który zwiedza z Tobą.

 

menu bez cen – wygodne – nie trzeba drukować osobnych kart dla miejscowych, i dla turystów. Dodatkowo można dowolnie zawyżać ceny w zależności od tego, jak bogato dany kąsek się prezentuje. Najlepiej nie walczyć, najlepiej od razu stamtąd wyjść. Chyba, że jesteście na środku jeziora jak my 😉

 

3) WYCIECZKI KUPOWANE W AGENCJACH TURYSTYCZNYCH

 

W wielu miejscach to jedyny sposób, by zobaczyć coś, co nas interesuje. Nie pojedziemy bez pośrednictwa agencji na Inle Lake w Birmie, nie pojedziemy w Kambodży do pływających wiosek na Tonle Sap. Trudno też będzie nam zorganizować wycieczkę w okolicach Mandalay, bo wynajem samochodów jest bardzo drogi. Wtedy jesteśmy skazani na agencje. Większość w naciąganiu turystów się specjalizuje! Co zrobić, by wyjść na tym jak najlepiej?

 

targować się! Cenę niemal zawsze można obniżyć!

 

– dopytywać innych turystów, znajomych, którzy już byli, czytać w sieci – gdzie warto, gdzie nie i za ile? – my po wczoraj szczerze odradzamy “trekking” w okolicy Inle Lake 😉

 

stanowczo odmawiać, jeśli nie chce nam się oglądać trzydziestego “warsztatu”, będącego tylko przykrywką dla sklepu, który ma wepchnąć do naszej torby jak najwięcej suwenirów i wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy

 

proponować swoje miejsca na obiad, nie korzystać z tych przypisanych do wycieczki

 

– jeśli to wycieczka objazdowa po mieście czy okolicach, czytać dokładnie przewodniki, blogi, Internet i mieć swój plan, co chcemy zobaczyć i tego żądać od kierowcy

 

4) ZABYTKI

 

 – bilety w różnych cenach dla turystów i dla miejscowych to standard, z którym podobnie jak z różnymi cenami w menu nie ma jak walczyć, ale co bardziej cwani mają jeszcze jeden sposób: sprzedać 2 bilety, a dać jeden, teoretycznie na dwie osoby. Proste, prawda? Przecież turysta nie wie, jak powinien wyglądać bilet. Może mają bilety dwuosobowe? Zwykle nie. Zwykle sprzedawca część daje do kasy, część bierze dla siebie. Dla Was żadna różnica, ale jeśli jesteście przeciwni takim zagraniom, proście zawsze o tyle biletów, ile osób.

 

 

Pod tymi względami Birma, opisywana jako dziewicza, nieskalana, jako Tajlandia 50 lat temu, niczym się nie różni od innych krajów. To nie jest upragniony raj, gdzie uczciwi ludzie przyjmą z uśmiechem i otwartymi ramionami pragnącego egzotyki podróżnika czy turystę. Jak wszędzie: spotkasz uczciwych, pomocnych, ale jeszcze więcej naciągaczy i kombinatorów. Turystyka dopiero się rozwija, nie zdążyła się ucywilizować jak choćby w Tajlandii (pomimo, że oszustwa nadal się zdarzają) i w wielu miejscach w Birmie dominuje podejście: oby się nachapać, oby jak najwięcej dolarów bogaty, biały turysta zostawił.

Na tę przypadłość cierpią jednak nie tylko kraje, które postrzegamy jako biedne i nierozwinięte. Na tę przypadłość cierpią też turystyczne regiony Polski i innych krajów.

 

Szczerze nienawidzimy takich zagrań i zawsze będziemy je tępić. Mówić o nich głośno, pisać czego unikać i jak. Notować restauracje, które powinny trafić na czarną listę. Tak jak warto zapisywać nazwy tych dobrych miejsc, warto notować te, w których nas oszukano, naciągnięto, okantowano. Niech czarny PR idzie w świat.

 

Nie zgadzajmy się na to, by właściciele przeróżnych przybytków z piekła rodem zacierali ręce patrząc na nas. Nie dawajmy im satysfakcji, że znaleźli kolejnych frajerów. Ostrzegajmy innych, dbajmy o ich zasłużone złe imię. Nie mówmy sobie: „dobra, trudno, jeden obiad, jeden kurs taksówką, jakoś przeżyję, zapomnę… 50, 100, 150 zł to nie majątek, 20 dolarów to nie majątek”. Nie bądźmy cicho, nie odpuszczajmy. I chociaż czasem z naszej przestrogi nikt nie skorzysta, skorzysta 1,2, 3 osoby, warto.

Nie pomijajmy w relacjach z podróży tej brzydkiej twarzy turystyki. Birma jest piękna i magiczna, ale swoje wady również ma. Jak wszystkie miejsca…

 

PS. Ta niemiła przygoda nie zmienia faktu, że Inle Lake jest piękne i warto się tam wybrać 🙂 Więcej o samym jeziorze wkrótce!

 

PS2. Jeśli Wy również spotkaliśmy w podróży naciągaczy i oszustów, dopisujcie swoje sytuacje i pomysły, jak ich unikać w przyszłości! Nie dajmy się cwaniakom! 🙂