Podróż z dzieckiem. Daleka. Bliska. Weekendowa, tygodniowa, a może miesięczna? Na Mazury, na Wyspy Kanaryjskie, a może gdzieś bardzo, bardzo daleko? Czego się najbardziej boimy? Oczywiście, że się rozchoruje, że coś mu zaszkodzi, że pogryzą owady, że rozetnie sobie głowę, a my będziemy baaaardzo daleko od służby zdrowia. Albo nie dogadamy się z lekarzem po francusku, hiszpańsku, chińsku?? Przyzwyczajeni do tego, że zawsze mamy pod ręką szpital, klinikę prywatną i lekarza na telefon… komórki, Internety.. obawiamy się, co będzie jeśli?  Jeśli dostanie wysokiej gorączki, jeśli pogryzą go komary, jeśli dostanie biegunki i wymiotów, jeśli, jeśli, jeśli…

To chyba aspekt, który dla większości rodziców jest największą barierą powstrzymującą od podróżowania z dzieckiem. Nas nie powstrzymuje, ale oczywiście chcemy być jak najlepiej przygotowani. Nieźle to przećwiczyliśmy, bo podróży z naszym maluchem pewnie mieliśmy już kilkanaście albo i więcej. Różnych… poczynając od Kazimierza Dolnego, półtorej godziny od Warszawy, kończąc na Tajlandii, Meksyku, a wkrótce na Wietnamie, Laosie, Kambodży…

Lekarzy dla Maksa zaliczyliśmy w dwóch miejscach – w Meksyku (z powodu ukąszeń komarów, finalnie okazało się, że lekarz nie był potrzebny – Maks ukąszeniami się nie przejął)  i w Istambule (przedłużająca się temperatura i brak apetytu – finalnie: zapalenie ucha). Podczas naszych podróży zaliczyliśmy też minimum raz wizytę w szpitalu z Łukaszem (zapalenie ucha na Malcie), zatem to wcale nie zawsze dziecko oznacza konieczność bycia gotowym na wszystko 🙂

Powtórzę też to, co już pewnie pisałam – pomimo wielu obaw, wątpliwości, przestróg i zdziwienia osób postronnych, że tak daleko, że egzotycznie, że trzeci świat (chociaż to zwykle opinia tych, co nieładnie mówiąc w d… byli, g..,. widzieli ;)), Maks nigdy nie chorował poważnie na wyjeździe (nie liczę kataru, kaszlu, itd), a jedyna poważna (2-3 dniową) biegunka dopadła go nie w Tajlandii, Turcji czy Meksyku, tylko w starej, dobrej Warszawie.

Tajlandia, podróżowanie z dzieckiem

wioski plemienia Hmong w okolicy Chiang Rai, Tajlandia, 11.2012

Co robimy, by podnieść poziom spokoju i poczucie bezpieczeństwa antychorobowego na wyjeździe? Spokoju i bezpieczeństwa zwłaszcza mojego, bo wszyscy wiemy, że to kobieta, matka, bardziej przeżywa, trzęsie się i zamartwia 🙂 Łukasz wręcz mówi, że mam obsesję, by Maks nie zachorował! A kto by nie miał, jak już zaraz zaraz wielka podróż? 🙂 Moja obsesja poza tym sprawdza się całkiem nieźle – dwuletnie dziecko żłobkowe, od ponad pół roku bez chorowania! Ale wracając do rzeczy: Apteczka malucha. Dobrze przygotowana. Odpowiednia do trasy. I od razu czujemy się lepiej!:)

Na krótkie i bliskie wyjazdy (max. 1-2 tygodnie, w Polsce lub w Europie) apteczka dla Maksa jest stosunkowo mała i, odpukać, wystarczająca:

– podstawa to lek przeciwgorączkowy i przeciwbólowy – u nas Nurofen Forte – przydaje się i na ząbkowanie, i na chorobę, i na każdą podejrzaną temperaturę – przydał nam się chociażby na Malcie, gdy wyższa temperatura pierwszego dnia urlopu była efektem przegrzania w 40 stopniach. Na długi wyjazd weźmiemy dodatkowo paracetamol, który doradził nam pediatra. Zwykle jednak zabieramy tylko Nurofen.

– zawsze mamy preparat na odporność – u nas Bioaron Baby – nie przesadzę, jak powiem, że jestem wyznawcą tego preparatu: od dnia 11.04, gdy Maks zaczął go brać, aż do dziś choroby u nas nie było… i niech tak zostanie! 🙂

termometr – tu chyba musimy postarać się o nowy, bo na czoło przestał działać, a drugi przestał być akceptowany. Będziemy zatem szukać, bo bez termometru się nie ruszamy!

– “odkurzacz” do nosa – dopóki Maks nie opanował sztuki dmuchania nosa 🙂

– mam też obowiązkowy zestaw “na brzuch”, ale w wersji minimum: Smecta (kilka saszetek) i probiotyk (np. Acidolac) – minimalna ilość, zakładając, że w razie problemów w Polsce, wracamy / idziemy do lekarza, w razie problemów w Europie/ zagranicą – idziemy do lekarza i kupujemy miejscowe preparaty

plasterki + plastry chirurgiczne – must have, jeśli macie na stanie kaskadera takiego jak my – dotychczas nie przydały się nam nigdy w podróży, ale za to w niedzielny wieczór niezbędne okazały się w domu, gdy Maks trzasnął głową w stolik kawowy… – jak mówi reklama Liona, 9 na 10 wypadków wydarza się w domu – kolejny argument ZA PODRÓŻOWANIEM 🙂

– warto wrzucić też do torby kilka pojemniczków z solą fizjologiczną – do przetarcia chociażby czerwonego oka jak znalazł! Wiemy to po Malcie, gdy właśnie tego potrzebowała córeczka naszych znajomych, a ani my, ani oni soli fizjologicznej nie mieli.

W naszą zimną jesień czy mroźną zimę, bierzemy często też syrop Drosetux na suchy kaszel. Pomaga na początku infekcji! W daleką podróż raczej nie bierzemy, bo upały 30 stopniowe u Maksa na szczęście kaszlowi nie sprzyjają 😉

W czasach ząbkujących woziłam również coś na zęby – zwykle Dentinox (żel) i kropelki Camilla (homeopatyczne).

To podstawa. Podstawa oczywiście dla ogólnie zdrowego dziecka przy stosunkowo prostej podróży – w miejsce, gdzie mamy dostęp do tzw. cywilizacji 🙂

A co jeśli wybieramy się w daleką podróż – Azja, Ameryka Południowa? O Afryce pisać nie będę, bo tam nas jeszcze nie było i przyznaję, że właśnie z uwagi na zdrowie trochę się boję. Ale mamy Azję – Tajlandię, Wietnam, Kambodżę, Laos… Jak uzupełnić apteczkę?

podróżowanie z dzieckiem, zdrowie w podróży, apteczka malucha

szykujemy się na wyjazd!

Najlepiej najpierw pogadać z pediatrą, który zajmuje się na stałe dzieckiem. Miejmy tylko nadzieję, że nie należy do grupy ortodoksów, którzy uważają, że z dzieckiem najlepiej w domu, na działce i raz na rok nad polskie morze 🙂 Nasza Pani Doktor na szczęście z tych nowoczesnych i światłych, zatem tylko pyta i szuka rozwiązań.

Apteczkę uzupełniamy o:

1) porządny środek (repelent) przeciw komarom zwłaszcza, jeśli jedziemy w rejony, gdzie komary potencjalnie przenoszą dengę, malarię lub inne choroby – najlepiej, gdy zawiera środek chemiczny o nazwie DEET, podobno wymyślony przez armię amerykańską dla żołnierzy walczących w dżungli Ameryki Południowej. Siła działania preparatu zależy od stężenia DEET. Chyba najbardziej znanym z takich preparatów jest Mugga. Dodatkowo bierzemy coś “lżejszego” OFF czy Ziaję Antybzzzz dla Maksa

2) woda utleniona –  rzadko używamy. Na krótszych dystansach zastępują ją perfumy, teraz wahałam się co zrobić, bo jak wszyscy wiemy nie jest wygodna do przewożenia – mi się zawsze coś wyleje :/ Z nieba spadł mi Peroxygel przyniesiony przez moją mamę – woda utleniona w żelu, niewielka tubka, idealnie!

3) probiotyk Enterol – pediatra zalecił profilaktycznie raz dziennie, by uniknąć biegunki; 2 razy dziennie, gdy biegunka wystąpi

4) elektrolity –  do nawadniania organizmu w razie potencjalnej biegunki / wymiotów – np. Acidolit czy Orsalit

5) jeśli dziecko ma skłonność do odczynów np. przy ukąszeniach, warto mieć Zyrtec oraz wapń (nam zalecono Calcium Hasco) – oba leki kupiliśmy rok temu przed Tajlandią i tak od roku stoją nadal zamknięte 🙂 mam nadzieję, że tak też wrócą, ale jako, że lepiej dmuchać na zimne, znów je weźmiemy 🙂

6) środek PO ugryzieniu – np. Fenistil lub u młodszych dzieci DAPIS

7) dodatkowo żel antybakteryjny (od czasów podróży do Indii, wierzymy w Carex!) i oczywiście coś na słońce – również w zależności od karnacji i skłonności do oparzeń

Z takim arsenałem ja czuję się znacznie lepiej 🙂 Wiem, że na tyle, na ile mogę być gotowa, jestem. Inne sprawy załatwiają u nas szczepionki (w zeszłym tygodniu Maks dostał szczepionkę przeciw meningokokom) i duuuża doza rozsądku podczas podróżowania. Z prostego powodu: dla nas podróżowanie to również urlop i relaks, nie chcemy zatem zakończyć go w szpitalu lub leczyć się po powrocie, a tym bardziej  nie chcemy narażać Maksa… To co? Kto się czuje uspokojony i wycieczkę w dalekie strony planuje? A może jest coś, czego nie ma na mojej liście, a Wy zawsze bierzecie ze sobą i uważacie za przydatne? Dajcie znać! 🙂

A my z naszą “tajną bronią” już wkrótce zamierzamy cieszyć się Azją jak rok temu w Tajlandii…  🙂 🙂 🙂

podróżowanie z dzieckiem, zdrowie w podróży, apteczka malucha, Tajlandia, Rzeka Kok

pływamy po rzece Kok – okolice Chiang Rai w Tajlandii