dawno mnie nie było. fakt. dużo podróży za nami, jeszcze więcej (większa!) przed nami. Sporo pracy w między czasie. Sporo bobasa w między czasie. Więc czasu mało, ale ale już wkrótce planuję nadrobić zaległości aż nadto! W piątek ruszamy do Tajlandii i o ile dostęp do Internetu i Maks pozwoli, zapraszamy na podróż z nami 🙂
Ale jako, że tegoroczną jesień sponsoruje literka “T”, przed Tajlandią przydarzył się magiczny, średniowieczny Tallin i gorący, pełen wibrujących życiem knajpek Tel Aviv..
Żeby trochę się rozgrzać w jesienne dni, na weekend Izrael. Why not? Bilety tanie, jedyny ich mankament to nieludzkie godziny lotów 22.50 – 3.45 oraz 6.00 -9.00, która brzmi jeszcze gorzej, gdy dodasz, że na lotnisku trzeba być 3 godziny wcześniej!
Do Tel Avivu dolecieliśmy o 3.45 miejscowego czasu (godzinę później niż u nas) i co tu dużo mówić – podpadli nam na wstępie. Pomimo próśby “no stamps!” dostaliśmy pieczątki w paszportach, które utrudniają / uniemożliwiają wjazd do krajów arabskich, miliony godzin czekaliśmy na kwestie związane z samochodem, a przede wszystkim “zgubiliśmy” walizkę, która pomimo zapewnień, że musi być w Warszawie, została odnaleziona przez Łukasza poniewierając się pod kiblem, całkiem daleko od naszej taśmy. Dziwne w miejscu, gdzie teoretycznie kontrole są zaostrzone. Zwłaszcza, że porzuconych, dziwnie bezpańskich walizek na lotnisku była cała masa…
Hotel, a w zasadzie apartamenty też nas nie zachwyciły (dramatyczna łazienka), ale widok na morze i plażę był i bliskość promenady również.
Zmęczeni podróżą , po drzemce, około 14.00 ruszyliśmy na śniadanio – obiad.. Kierunek Jaffa, czyli starówka Tel Avivu, ale po drodze skusiła nas położona na plaży Manta Ray..
Cudowne mezze z pysznym, świeżym chlebem z oliwą, solą i rozmarynem.. marzenie.. bakłażany, rybki, smażony kozi ser…
na danie główne owoce morza, bo w nich specjalizuje się Manta Ray…
Zwiedziliśmy starówkę w Jaffie, pokręciliśmy się po mieście, a w kolejne dni udaliśmy się na wycieczki..
Za mało tego czasu było, troszkę po łebkach, za mało czasu, by spróbować wszystkie lokalne przysmaki, falafele i inne, co właśnie w bolesny sposób uświadomił mi pewien kulinarny koneser, opowiadając o urokach budek z falafelami.. niestety my podczas tego wyjazdu mieliśmy troszkę pod górkę z racji kompletnego braku apetytu naszego małego podróżnika i musieliśmy wybór knajp dostosować trochę pod niego, więc będą porady również dla podróżujących rodzinnie 🙂
Na wycieczkę ruszyliśmy najpierw do Hajfy na północy Izraela. Miasto położone na zboczu góry Karmel, gdzie znajduje się również park narodowy. My ruszyliśmy do centrum, obejrzeliśmy główną świątynię bahaizmu, czyli Mauzoleum Baba, specyficzne miejsce, pięknie wyglądające, ale raczej wymarłe…
Przeszliśmy się jedną z głównych ulic (oczywiście Ben Gurion) wokół której zachowała się Kolonia Niemiecka z XIX wieku i zjedliśmy obiad w całkiem prodziecięcej resturacji The Garden (Ben Gurion Ave 43) z mini placem zabaw i dziecięcymi zestawami, które jednak nie przypadły naszemu smakoszowi do gustu..
Nam nasze owszem…
zdziwiło mnie tylko libańskie tabbouleh, gdzie ilość pietruszki przeraziła mnie kompletnie..
Z Hajfy ruszyliśmy na spacer po niewielkim miasteczku Akka. Obejrzeliśmy Stare Miasto, port, pospacerowaliśmy po miejscowym targu …
Wieczorem pospacerowaliśmy trochę promenadą nadmorską w Tel Avivie, pokręciliśmy się po tętniących życiem Bulwarach i znaleźliśmy super knajpę Goocha, ale o tym za chwilę! 🙂
W niedzielę ruszyliśmy do Jerozolimy… różnorodność, kolory, targ, muzułmanie, Żydzi, różne twarze tego samego miasta. Niestety czasu nie mieliśmy zbyt wiele, ale udało nam się poczuć klimat El Bazaar, zobaczyć Via Dolorosa, Bazylikę Grobu Pańskiego i oczywiście Ścianę Płaczu… chociaż na Maksymilianie wywarła średnie wrażenie 😉
Nam do gustu w Jerozolimie najbardziej przypadła ludzka różnorodność…
Wieczorem wróciliśmy do Goocha i teraz napiszę dwa słowa. Oblegana knajpa na ulicy Dizengoff, pełnej restauracyjek, kawiarenek i knajpek. Specjalizacja: ryby i owoce morza. Boskie mule w różnych odsłonach, pyszna pieczona ryby na puree z ziemniaków z salsą z suszonych pomidorów, kaparów i oliwek i zupa krabowa, jedyna potrawa w pełni akceptowana przez małego smakosza.
A na deser belgijskie gofry w wersji bananowo migdałowej lub czekoladowo – orzechowej. Lepsze niż w Belgii. Naprawdę. Ślinka cieknie.
Powrót z Izraela był trudny. Pobudka o 2, o 3.00 lotnisko, o 6.00 lot. Byliśmy dzielni, zwłaszcza Maks. Oby tak dalej! Bo czym skorupka za młodu nasiąknie…


















7 Comments
Dominika
tak bardzo Ci zazdroszczę, że tam byłaś.To jest moje największe marzenia pojechać do Izraela.Pochłonęłam post w całości, jest świetny.:) Pozdrawiam
Dominika
KolemSieToczy
300zł w dwie strony bileciki są… nic tylko kupować! 😉
Natalia - tasteaway.pl
A jak! 🙂 my na razie robimy małą przerwę, ale polecamy również jak najbardziej!:) Jesteś teraz w Izraelu właśnie? 🙂
KolemSieToczy
na szczeście już wróciłem… jak czytam jaka tam teraz jest pogoda to aż nie mogę uwierzyć jakiego farta miałem 😀
Ultrafioletowo
Street art i jedzenie. Dwie rzeczy, dla których zamierzam wrócić do Izraela 🙂