No i właśnie! No i ma! Doigrała się po tych wszystkich podróżach ! Deszczowy i chłodny Toruń dał się nam we znaki. Dwulatek kaszlu dostał, w poniedziałek do żłobka wysłałam, ale kaszle jakby bardziej… a żłobek delikatnie donosi, że pokasływać zaczął… Rozumiemy aluzję i zostajemy w domu! “Hurrra!” czy “O NIE” ? 🙂

Zwykle o poranku wizja dnia w domu z Maksem całkiem mnie cieszy… Będzie super, pobawimy się, ugotujemy obiadek, a w między czasie mamusia zdąży ogarnąć wszystkie pracowe tematy. Łażę więc po domu w piżamie trochę dłużej, włączam MiniMini lub świnkę Peppę na iPadzie, śniadanko zrobię, swoje zjem w spokoju, Maksa nakarmię. Nie ścigam się z zegarkiem, nie włączam budzika, by szybciej wyjść spod prysznica, bo jeszcze ubieranie, pakowanie, Maksa siku, Maksa kupa, wybór spodni, trzecia koszulka do akceptacji (u Maksa, nie u mnie!) i ładowanie się do samochodu z obowiązkowym “Mama, ja włożę, ja włożę!” (kluczyk). Zostajemy w domu, więc bez pośpiechu! Czy naprawdę?

[post inspirowany wielością zadań do wykonania, pobojowiskiem w pokoju Maksa oraz postem, przy którym można się popłakać  ze śmiechu – autorstwa naszego kolegi na Tata w Pracy. Przeczytajcie koniecznie, rozrywka z rana gwarantowana!

… Wtorek zatem. Schody zaczynają się już na etapie śniadania – przecież w lodówce skromnie, żeby nie powiedzieć pusto, bo dopiero wtorek, a my w niedzielę wieczorem wróciliśmy z wycieczki. Mleka do płatków brak, bułek brak, sera żółtego, wędliny brak. Trzeba lecieć do sklepu i zdążyć nim partner / konkubent / ojciec / Łukasz będzie musiał wyjść, by zdążyć na spotkanie. Biegnę!  Tatuś zwlókł się z łóżka, lekko zdziwiony, jak ON ma się WYKĄPAĆ,  opiekując się jednocześnie Maksem? Przecież zaraz MA spotkanie!!  🙂  Dasz radę!

Wybiegam! Leje – zapomniałam parasolki, więc wracam. Wybiegam po raz drugi, bieg na czas do Carrefoura – bułki, Monte, woda, jogurt, żółty ser. Bieg z powrotem. Obowiązkowo do żłobka, bo dzień wcześniej babcia zapomniała zabrać ukochanych maskotek! By uniknąć awantury przy zasypianiu i zawodzenia “Chcę przytulić “szyjkę”” (przyp. red. szynszylę-maskotkę), biegnę do żłobka. Zabieram maskotki i uciekam! Docieram do domu cała mokra…

 

PORANEK, CZYLI “PATRZ, JAKĄ WIELKĄ KUPĘ ZROBIŁEM”

 

Kanapka dla Taty, kanapka dla Maksia. Świnka Peppa leci, więc i kanapka ładnie zjedzona, przez mamę podana. Troszkę zmyć, troszkę ogarnąć. Któryś raz: “Mama, siku!”, zdejmowanie spodni “Mama, pomóż”, nocnik i wreszcie kluczowe: “Popatrz, jaką wielką kupę zrobiłem!” (Czy to specyfika małych chłopców czy tylko mój tak cieszy się z osiągnięć w tym zakresie?)

Po kupie Maks ucieka, Mama goni z papierem toaletowym.. Uff, wytarty! Papier wyrzucić, zawartość nocnika wylać, odświeżacz powietrza i znów sprint po domu. Tym razem łapanie Maksa – zakładamy spodnie. Awantura, krzyki, wyrywanie się, ale w końcu sukces!

Śniadanie skończone, toaleta załatwiona, więc powrót do negocjacji na temat “oddania” iPada ze świnką Peppą.  Maks ćwiczy techniki retoryczne – “Ostatnia, ostatnia!”. Gdy to nie pomaga, postanawia postawić na zdolności językowe “Uno! Uno!”. Nic z tego, Peppa schowana! Krzyk “Ja chcę Peppę! Peppkę chcę” słychać chyba w całym bloku, teatralny płacz i jeszcze bardziej teatralny foch – Maks udaje się do swojego łóżeczka. Chwila spokoju!

 

PRZEDPOŁUDNIE: “MAMA PRACUJEMY!” LUB “WYŁĄCZ KOMPUTER, NIE LUBIĘ GO… JA CI WYŁĄCZYŁEM, WIESZ?”

 

Podczas kilkuminutowej “zimnej wojny” sukces: wysyłam kilka maili! Maks wraca, odpowiadam na komentarze na naszym profilu na Facebooku, szykuję materiały do kolejnego postu i przede wszystkim próbuję przygotować slajdy na prezentację u klienta. In English, a w dodatku z pomyślunkiem. Siadamy na łóżko w sypialni. Ubrania latają wokół, pal sześć, piszę! Maks przynosi kremy – “Ja Ci posmaruje!” – ok, nawilżanie skóry łydek mam w pakiecie!  Potem w ruch idą lakiery do paznokci – “Mama, a co to?” – na szczęście nie wpada na pomysł, by paznokcie malować pewnie dlatego, że mama swoje rzadko maluje i nie załapał jeszcze, po co te buteleczki. “Mama chodź!!! Chodź!” – gdy do komunikat werbalnego dochodzi ciągnięcie za rękę, wstaję i przenosimy się do jego królestwa! Sypialnia pozostawiona w wersji pobojowisko i taka mniej więcej pozostanie przez 2 najbliższe dni.

U Maksa do zabawy helikopter, ranny, lekarz… Ok, jest czas na szybkie śniadanie, ogarnięcie łazienki, toalety, zmycie po śniadaniu. Siadam na podłodze koło Maksa i znów biorę się za maile i inne sprawy pracowe. Komputer nie raz, nie dwa trzeba ratować przed atakiem tajfunu, który poza kaszlem i wzięciem syropku, na chorego nie wygląda..  Szybko się okazuje, że helikopter już nie wystarcza… W ruch idą poduszki, kocyki, samochody, przytulanki i wszystko inne. Po chwili pokój wygląda jak po ataku wojsk wroga, bandy złodziei czy po rewizji policyjnej pokazywanej w telewizji… Maks wyłącza mi komputer, włączam ponownie. Synek zatem decyduje się przynieść swój zabawkowy i pracujemy razem… przez całe 7 minut, kiedy na przemian z Enter i spacją, naciskam przyciski z dźwiękami, jakie wydają kot, pies i samolot…  Powoli tracę nadzieję z poranka “że uda się pracowe sprawy ogarnąć”…

dzień z dwulatkiem, dwulatek w domu

tajfun w królestwie Maksa

POŁUDNIE: “CHCĘ KLUUUSECZKI i  PISOWAĆ”

Nadal próbuję coś zrobić, w przerwie oczywiście siku i pogoń w celu ubrania spodni. Może banana? Jemy! Ok. 12.00 pojawia się Tata, ale wpada na chwilę i biegnie na spotkanie. Zakupów zrobić nie zdąży. Więc mamy kolejne zadanie: obiad z nielicznych produktów. Bierzemy się za gotowanie zupy – olewam maile i prezentację, zrobi się później!

Obieranie warzyw, krojenie, Maks pomaga i wrzuca warzywa do garnka – gotowanie lubi, chwała mu za to! Nie obędzie się bez kilku awantur i prób wyrzucenia warzyw z garnka, wrzucenia tam obierków, etc. Garnek na kuchni. Uff, jedno zadanie w miarę z głowy!

Sprzątamy obierki, wrzucamy pranie, zmienia strategię zawodową – nie będę pisać in English i nie będę robić prezentacji, spiszę swoje pomysły w kalendarzu, a potem przepiszę! Zaleta: unikam wyłączania komputera przez Maksa. Wada? Przecież Maks też chce “pisować”! Ok, siadamy przy jego stoliczku – Maks “pisuje”, mama pisze. Po 2 minutach: “Obrysuj mi rączkę mama”, rączka jest! “Teraz Ty mama!” – moja również jest! “I moja” – obrysowujemy po raz drugi, podpisujemy! Maks szczęśliwy i tego się trzymam! Szczęśliwy Maks w sumie ważniejszy niż deadline’y, maile, prezentacje!

A potem znów siku, ganianie, spodnie zdjąć, założyć, wylać, wytrzeć, umyć. Zupa się gotuje. My naklejamy naklejki z żółwiem Franklinem. Maks znajduje jabłko. Pokrojone “Nieeee, całe! Mama obgryź” – Mamę boli gardło, skórki nie obgryzie, obieramy! Kilka gryzów i starczy…

POPOŁUDNIE: DRZEMKA!!!

Samochody, książeczki, rowerek, błaganie o Peppę i około 13.00 zbawienie: DRZEMKA. Każda mama / rodzic wie, że drzemka to błogosławieństwo, które trzeba jak najlepiej wykorzystać!

Uff, usiadałam! No to wracamy do prezentacji, maili, bloga…  Tylko w głowie pustka po porannym “bieganiu” po domu! Przez pewien czas bezmyślnie przerzucam Facebooka, zbieram zabawki, zupę zamieszam. I wtedy całkiem zazdroszczę tym, co z dzieckiem w domu i tym, co na etacie w korpo – bo na zwolnieniu z chorym dzieciakiem mogą w czasie jego drzemki nadgonić sprawy domowe, poczytać, zdrzemnąć się. Ja nadganiam sprawy domowe i znów mail, praca, telefon, mail. Zalety i wady bycia na tzw. swoim! Nie mogę skupić się na prezentacji, więc trę ogórki na ogórkową i gotuję makaron.

Szykuję notatki, na dywanie oskarżycielsko wzdycha plama po Bobofrucie, idę po ścierkę. Wracam do notatek, pora przesmażyć ogórki i zmiksować zupę. Makaron się gotuje, włączam minutnik. Po drodze mail po polsku, mail po angielsku, zaprać zasikane majtki i body.  Wraca konkubent / partner / Tata. Uff, prezentacja uratowana! Wyjdę z domu i w spokoju ją zrobię!!  Konkubent / partner /Tata na wstępie oświadcza, że ma masę roboty. Wyciąga komputer. Dzwoni po posiłki! Dziadek w drodze!

Maks się budzi, zabawa, zabawki, samochody, rower, błaganie o Peppę, zupa. Szybka zupa dla nas. Przebrać się, ogarnąć, komputer i notatki spakować i w drogę!

17.00: NA DRUGIEJ ZMIANIE!

16.45 wychodzę, by w spokoju zacząć pracę o 17.10, na tzw. drugą zmianę! Ruszam do ulubionego Coffee Heaven – moje idealne biuro. Z samochodu wykonuję 3 telefony i wrzucam blogowy post na Facebooka. Parkowanie, idąc do Coffee, znów telefon – nie marnuję ani minuty! Zamawiam, siadam, hasło do Internetu, sprawdzić maile i uff, 17.20 zaczynam szykować prezentację!

1,2, 3,6, 10 slajd! Ready!!  Kawa się kończy, Internet pada. Prezentacja nie wysłana, więc samochód i czym prędzej go back home…

19.00: “DZIADEK NIE IDŹ” I OCZYWIŚCIE “JUŻ SIĘ WYKĄPAŁEM, MOGĘ PEPPĘ?”

Dziadek jest, Tata jest i jest również Maks – stopień bałaganu nieco większy niż przed moim wyjściem. Mężczyźni!!! Tata wyciska soki z marchewek, więc na blacie leży ich cała sterta. Rozstawiam komputer, przecież muszę wysłać maila! Ciężko znaleźć miejsce na blacie kuchennym, ale w końcu się udaje! Czas na kolację dla Maksa. Dziadek przyniósł ryż z kurczakiem od babci! Chwała mu za to! Olewam temat gotowania sosu do makaronu, wrzucam potrawkę do garnka, miseczka dla Maksa… w tle Peppa leci.. Prezentacja wysłana! Uff!

20.00 siku, mycie rąk,  kolacja. Jest Peppa, więc kolacja idzie szybko i sprawnie. Wiem, że to mało dydaktyczne…niech i takie będzie grunt, że dziecko najedzone, a mail wysłany. Dziadek idzie, Maks nie chce puścić. Mała awantura… Na deser ukochane Monte.. kapie na podłogę, czyścimy! Siku! Nocnik z sikami i kupą stoi na środku pokoju, biegam za Maksem.

Pora spać. Po kolacji kilka chrupków, część ląduje na dywanie, a syrop na kaszel na bluzce. Niewaaaażne! Przecież zbliżamy się do końca! Idziemy się kąpać. Przepłukać wannę, wylać, nalać, płyn, piana, temperatura, kaczka jedna, druga… Sprint po domu za Maksem. Chwila spokoju, gdy całkiem goły wpakował się do swojego wózka. Wstawiam makaron na naszą kolację i wodę na mleko. Maks do wody oczywiście po “Siku!” “Kupa! “Gorąca!”. Siedzi. Włosy dziś nie, no to zęby. Szczotkuje, zamiast płukać, popija wodą z pianę. Negocjacje. Maks przechodzi do rozwiązań siłowych i wylewa wodę z wanny. Kara, wychodzimy! Krem, pielucha, walka za zapięciem (eh, podkusiły mnie pieluchy z Rossmanna!!! ), koszulka, pajacyk, bo noce zimne, a Maks kołder nie poważa. Uff! “Mama, mleko!”  – lecimy, robimy! “Mama, już się wykąpałem, mogę Peppę?”

Maks zajmuje ulubione miejsce w kąciku na kanapie, ma mleko i Peppę. Jeszcze tylko witaminka. Kroję boczek, wyciskam czosnek, rozbijam jajka, carbonara prawie gotowa..  błogosławiony przepis, bo makaron szybki do zrobienia i pyszny! Zjadamy!

22 – 23.00: “JESZCZE MLEKO, MAMA!!!”

“Bujanie się” ze spaniem trwa do 23.00. Rozbieranie na siku razy kilka, mleko razy jeszcze więcej! Finalna prezentacja na jutro nadal nie przejrzana! Siadanie na fotelu obok łóżka, noszenie mleka… wreszcie Maks pada na polu walki! ŚPI!

23.00 – ?????: NADRABIAMY ZALEGŁOŚCI PRACOWO – BLOGOWE!

To może zaległe maile? A proszę! aaa i zmywanie!!! Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale zmywarki nie mamy!

Wycieranie blatów, zgarnięcie zabawek, przejrzeć materiały na spotkanie… chwila relaksu przed komputerem… 00.00 dziecko śpi, dom ogarnięty, sprawy firmowe ogarnięte, czas napisać post na bloga… czy się da? Oczywiście, że tak , bo w tym kontekście 2 godziny tylko dla siebie to świat i ludzie!

Piszę, nie 2 godziny, tylko trochę więcej i znów idę spać w środku nowy i znów się nie wysypiam…. ale gdy mija mi zmęczenie, patrzę na to wszystko w różowych barwach i mam morał…

MORAŁ:

Zapominam o tym, że pełne radości, żywe dziecko, własna firma i blog to ogromne szczęście, które nie każdemu jest dane…  Dlatego nie narzekam, nie psioczę, nie smęcę, choć czasem ja mam na głowie mleko z płatkami, a Maks ryż z kurczakiem, w dywan wtarte są kluski. Bo (teraz będzie ckliwie, ale blog miał być prawdziwy, więc będzie! :))  na koniec jest ten uśmiech i słowa “Mamusiu!”, które wynagradzają wszystko!

PS. Dzień później: Maks prawie wyleczony, nakarmiony domowymi obiadami, prezentacja zrobiona, przedstawiona, przyjęta, a wpis napisany.

A więc da się na 3 etatach?  🙂 A JAK! 🙂

I znów się nie wyspałam, ale co tam! Dziś chyba żłobek, więc niczym mężczyźni uciekający z domu do pracy, odpocznę sobie ogarniając sprawy zawodowe, w spokoju, sama, z kawą w ręku… Tylko muszę wynegocjować pożegnanie z Peppą!!! 🙂

dwulatek, macierzyństwo, życie z dwulatkiem

nagroda