Tajskie. Nowe. W Warszawie. Usłyszałam na początku kwietnia i o dziwo obudziła się we mnie ochota, by pójść i spróbować. Dlaczego “o dziwo”? Bo przyznam, że od listopada spędzonego w Azji, troszkę nam ochota na tajskie przeszła, a jej miejsca zajęła miłość do kuchni wietnamskiej realizowana np. w Toan Pho na Chmielnej czy w opcji “blisko i low cost” na bazarku na Bakalarskiej.
Teraz jednak ochota wróciła. Może spowodowała to strasznie apetyczna nazwa nowej tajskiej restauracji na Mokotowie? Basil & Lime. Brzmi super, nie ma elementu “thai”, który pojawia się w większości nazw, a i tak łatwo skojarzyć, bo tajska bazylia, bo limonka, bo od razu na myśl przychodzi choćby pad thai.
I tak chodził za mną ten Basil & Lime i chodził, aż wreszcie się udało! 🙂
Trafiłam tam wczoraj, bo akurat byłam w okolicy z Maksem i moją Mamą. Godzina dość późna, więc nie dało rady spróbować wszystkiego, co bym chciała, ale wystarczyło, by wyrobić sobie opinię na przyszłość.
Restaurację znajdziecie na ul. Puławskiej 27, niedaleko ul. Olszewskiej, czyli okolice nieistniejącego kina Moskwa (dla tych, co jeszcze pamiętają). Wystrój przyjemny: beże, szarości, zielenie, są co prawda złote figurki, ale dyskretnie spoglądają z daleka i nie przytłaczają. Jest miło i przyjemnie, a zarazem dość luźno. Podoba mi się! Maks od razu znajduje mały stoliczek dla dzieci, dla mniejszych maluszków jest też krzesełko. Duży plus za menu dla dzieci, którego chyba jeszcze w tajskiej restauracji w Warszawie nie spotkałam (jeśli się mylę, dajcie znać!). Mamy zarówno krewetki lub kurczaka w sosie słodko-kwaśnym (19 zł) dla tych, co lubią nowe smaki, jak i chrupiące kawałki kurczaka podawane z frytkami lub ziemniaczanym puree (17 zł) dla małych tradycjonalistów.

restauracyjny bywalec od razu poczuł się jak u siebie 🙂
Bierzemy się za wybieranie! Z przystawek najbardziej kuszą mnie chrupiące kalmary w cieście z płatków kokosowych (20 zł), ale z uwagi na późną porę i Maksa wybieramy Gai Satay, czyli szaszłyki z kurczaka podawane z dipem orzechowym (20 zł). W Tajlandii było to niewątpliwie jedno z jego ulubionych dań. Maks jako zdeklarowany mięsożerca i wyznawca diety niełączenia składników pochłaniał zwykle na obiad 4 szaszłyki, bez żadnych dodatków. Zobaczymy czy tu również mu zasmakują!
W menu znajdziemy też sałatki czy zupy na czele z Tom Yum Gong (z krewetkami) i Tom Ka Gai (z mleka kokosowego z kurczakiem), ale my od razu przechodzimy do dań głównych. Postanawiam tym razem nie brać pad thaia, od którego zwykle zaczynam poznawanie tajskich restauracji, tylko coś innego, coś ciekawszego, chociaż nadal mam ochotę na makaron. Od razu rzuca mi się w oczy Pad Kee-mao, czyli makaron z polędwicą wołową na ostro podawany z liśćmi słodkiej bazylii (32 zł). Moja mama raczej warzywna niż mięsna, więc wybiera chrupiące tofu z orzechami nerkowca (27 zł).
No to startujemy! Na początek na stole lądują chipsy krewetkowe, więc Maks już zadowolony – to kolejny smak, który pamięta z Tajlandii. Do chipsów przychodzi bardzo smaczny, delikatnie pikantny sos. Pogryzamy, a ja tymczasem przeglądam informację o szefie kuchni i właścicielu Basil & Lime, którą można znaleźć na stoliku. Świetny pomysł! Od razu wiadomo, że kto dla nas gotuje! Thanawat Na Nagara (znany jako szef Big) pochodzi z Bangkoku, a jego kariera w świecie gastronomii zaczęła się we wczesnych latach 90. Do 2004 roku pracował w sieci tajskich restauracji Bua Khao, która pierwszy lokal otworzyła w… Kairze i właśnie tam zaczynał. Od 2004 roku pracował w Europie nie tylko w roli szefa kuchni, ale również autora szkoleń dla kucharzy z azjatyckich restauracji w najlepszych hotelach w Polsce czy autor pokazów organizowanych przez Ambasadę Tajlandii. Po takiej rekomendacji chyba musi być dobrze, prawda? 🙂

na czas oczekiwania..
Po schrupaniu chipsów i satayów (szaszłyków) z kurczaka czekamy na główne. Same sataye w pełni spełniają oczekiwania – są takie jak zapamiętaliśmy je z Tajlandii. Sos orzechowy – bajka! Nawet, gdy nie mam już szaszłyka, wyjadam sos do ostatniej kropelki! Szybko pojawiają się na stole kolejne dania. Tofu mojej Mamy podane wraz z ryżem jaśminowym jest kolorowe i delikatne zarówno jeśli chodzi o konsystencję, jak i o smak. Pyszne! Mój makaron na zdjęciu może nie prezentuje się tak pięknie jak reszta potraw, ale był jednym z lepszym orientalnych dań, jakie zjadłam ostatnimi czasy! Szczerze? Ostatni tak dobry makaron z wołowiną jadłam chyba w listopadzie w Hanoi! Potem w innych miejscach w Wietnamie i w Tajlandii próbowałam powtórzyć ten sukces, ale się nie udało! Udało się wczoraj! Mógł być tylko troszkę mniej ostry, ale to moja wina – poprosiłam, by był NAPRAWDĘ średnio ostry, a nie “delikatnie ostry”. Jednym słowem: uważajcie, chyba, że tak jak Łukasz jesteście freakami na punkcie pikantnego jedzenia 😉

chrupiące tofu z warzywami i orzechami nerkowca

makaron, za którym już tęsknię
Jednym słowem, było baaaardzo smacznie! Zjadłabym jeszcze deser, ale przyzwoitość nakazywała już skończyć. Chociaż na lody waniliowe na gorąco, w chrupiącej otoczce muszę wrócić! I na ten makaron.. i może kiedyś na lunch, bo zupę i drugie danie w ofercie lunchowej w tygodniu można zjeść za 25-26 zł. I na pewno z Łukaszem wrócę – niech żałuje, że wczoraj go nie było! 🙂
PS. zdjęcia tym razem robione iPhonem – Łukasz zabrał aparat na wyjazd służbowy, a ja nie mogłam się powstrzymać, by już teraz nie podzielić się z Wami tym miejscem. Enjoy! 🙂
Informacje praktyczne:
ul. Puławska 27
tel. 22 126 19 43
e-mail: info@basil-lime.pl
godziny otwarcia:
pon.-pt. 11.00-22.30
sob. 12.00-22.30
nd. 13.00-21.00




8 Comments
Closer
Ja pozwolę się nie zgodzić z Waszą opinią i opiszę naszą historię. Zacznę od tego, że jak każdy Słowianin nie jesteśmy ekspertami kuchni Tajskiej, ale zdarzało nam się spędzać wakacje w Tajlandii. Kochamy ten kraj i jego kuchnię a małżonka zaimportowała te smaki również do naszego menu. Wiemy też, że Chang dostępny na rynku europejskim ma się nijak do oryginalnego, a dobre mleko kokosowe nie jest dostępne w pierwszym lepszym Tesco. Słowem … jakieś pojęcie mamy.
Jesteśmy z Wrocławia, ale we Wrocławiu królują Sfinksy, Sushi i Burgery – więc znalezienie tajskich smaków graniczy z cudem. Nie..przepraszam. Znalezienie ich tutaj jest niemożliwie.
Zachęceni Waszym wpisem wybraliśmy się na weekend do Warszawy, zgarnęliśmy mieszkających tam przyjaciół i wspólnie wybraliśmy się do Basil & Lime.
Przy wejściu okazało się, że choć mieliśmy rezerwację to jej już nie mamy, bo tą przyjmował facet – a jego nie ma i nikt nie jest w stanie ustalić co i jak. Ale nic to – dostaliśmy miejsce w piwnicy.
Przystawki ok – Krewetki w winnym sosie z owoców tamaryndowca naprawdę smakują wyśmienicie. Potem Tom Yum i Po Tak do tego Pad Thai – którego wyście nie chcieli spróbować, a dla nas jest w katalogu “lektur obowiązkowych”. Dla dzieci szaszłyki i kurczak w cieście podawany z frytkami lub makaronem w kształcie literek.
Wybieramy makaron, bo z mojego punktu widzenia w menu dla dzieci frytki powinny być zakazane. Do tego woda. Bez lodu. Bo dzieci …
I zaczynamy obiad…..
Kurczak dla dzieci w cieście – tak. Ale bez literek. Bo nie ma. W sumie to można było nas zapytać co my na to – ale po co?
Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?
Woda? Bez lodu, ale z lodówki. Zimna, że aż mózg mrozi. Ale lodu przecież nie ma – więc niech dzieci nie narzekają?
Na stole pojawia się Tom Yum. Nie…to nie Tom Yum, to coś co wygląda jak polski rosół z krewetkami. Nie trzeba być znawcą kuchni Tajskiej aby wiedzieć, że Tom Yum ma piękny pomarańczowy kolor, że pachnie trawą cytrynową, imbirem i kafirem a przy zanurzaniu łyżki ujawnia kolor mleka kokosowego. Słowem.Wygląda bajecznie.
Dodam, że zamówiłem ją w wersji “oryginalnej” a nie we wersji “jak się robi w Polsce”. Sam smak do zaakceptowania, zupa smaczna. Ale sugeruję aby zmienić nazwę na Tom Rosół.
I na koniec Pad Thai. Wyszedłem na chwilę z naszej “piwnicy”, wracając czuję “dość” nieprzyjemny zapach – na stole pojawił Pad Thai.
No drodzy Państwo. Tutaj mamy przegięcie w drugą stronę – to wygląda ja Pad Thai, ale śmierdzi jak i smakuje jak … nie wiem z czym porównać, bo z takimi zapachami nigdzie się nie spotkaliśmy. Nikt mi nie wmówi, że z mieszanki tamaryndowca, dymki i orzechów nerkowca powinien powstać taki zapach.
W sumie to mieliśmy ochotę jeszcze ochotę na banana w cieście – ale płacimy swoje parusetzłotowe rachunki i grzecznie wychodzimy mówiąc “Dziękujemy”.
W domyśle … “Dziękujemy, nigdy nie wrócimy…
Natalia
Cześć, przykro mi bardzo, że mieliście tak negatywne wrażenie, ale może chociaż część odczuć wynika z nieporozumienia?? My wracamy do Basil & Lime systematycznie, w wakacje byliśmy tam średnio raz w tygodniu, a razem z nami rodzina, przyjaciele, znajomi i wszystkim zawsze bardzo smakowało.. z obsługą bywało różnie, ale ostatnio zdecydowanie lepiej niż kiedyś..
co do braku rezerwacji, to rzeczywiście słabo 🙁 ale co do miejsca w piwnicy.. a to nie jest tak, że tam jest teraz jakiś kącik dla maluchów?? przyznam, że jeszcze z niego nie korzystaliśmy, ale wiem, że mieli go zrobić w podziemiu? Więc może dlatego z uwagi na dzieci dostaliście tam miejsce?
Co do Tom Yum niestety się mylisz- klasyczne Tom Yum nie ma mleka kokosowego. Mleko kokosowe jest w Tom Kha Gai. Toum Yum z mlekiem to właśnie wersja bardziej europejska niż tajska.. wrzucam kilka linków – https://en.wikipedia.org/wiki/Tom_yum, http://slodkokwasny.com/przepisy/tajska-zupa-tom-yum-kung-goong/
Co do zapachu pad thaia, nie wiem, co Ci powiedzieć. Jedliśmy tam nie raz i zawsze był autentyczny, smaczny, jak w Bangkoku. Nie ma w nim na pewno orzechów nerkowca, są orzeszki ziemne.. Szef kuchni w Basil pochodzi z Bangkoku i naprawdę ciężko mi uwierzyć, że źle zrobił pad thaia.. myślę, że najlepiej będzie jak opiszecie Wasze wrażenia i podzielicie się tym z restauracją.. może jakoś to wyjaśnią 😉
Closer
Dostaliśmy miejsce w piwnicy nie ze względu na dzieci, tylko przez wzgląd na fakt, iż żadne inne nie były dostępne. Nikt nas zresztą nie pytał o to czy piwnica będzie dla nas fajna czy nie. Zresztą, jak wspomniałem – celowo wychodziłem z dzieckiem na piętro, bo tam były puzzle w kąciku dla dzieciaków. Ale nie o piwnicę przecież chodzi – to tylko początek komedii pomyłek.
Wybacz, ale i Ty i ja byliśmy w Tajlandii i wiemy jak powinno wyglądać Tom Yum a sama Wikipedia nie jest w żadnym (również poza kulinarnym) zakresie wykładnią.
Żałuję, że nie przeszedłem z zestawem małego fotografa i nie zrobiłem zdjęcia tej potrawie – ale obawiam się, że wtedy bylibyśmy potraktowani jako blogerzy i nie poznalibyśmy całej prawdy o samej restauracji….
Wrażeniami podzieliśmy się na miejscu z kelnerką i dla mnie w tym zakresie temat zakończony. Nie mam w zwyczaju biegać do kucharzy by wylewać swoje żale w nadziei, że ktoś “podaruje” mi część rachunku.
Wrażeniami postanowiliśmy również podzielić się też z Wami, bo dzięki Wam ( lub przez Was;) ) trafiliśmy do tego miejsca a wspomnienia z tego miejsca są zupełnie inne niż Wasze…
Nie kwestionuję pochodzenia szefa kuchni, ale przyznasz, że samo pochodzenie nie robi dobrej kuchni. Ale nie mam też zamiaru czy kompetencji aby kwestionować jego zdolności kulinarne.Opisałem naszą przygodę i doświadczenia, bo kontrastują z Waszym nadzwyczaj pozytywnym tekstem. Faktem jest, ze Pad Thai nie pachniał ładnie i nie smakował … wcale… bez względu na to kto jest tam szefem kuchni…
Oczywiście we wszystkim można się doszukiwać nieporozumień lub nawet naszej winy lub ignorancji, ale idąc tym tropem – Wasz opis mógłby być odebrany jako tekst sponsorowany lub nadzwyczaj dobry dzień tej restauracji….
Natalia
Hey, ja się nic nie doszukuję. Wiem tylko, że w Tom Yum nie ma mleka kokosowego i wiem to też z Tajlandii 🙂 Wiem też, że nam wiele razy smakowało w Basil & Lime, wiele osób wraca stamtąd zadowolonych. Przykro mi, że mieliście taką sytuację… i proponuję nie zarzucać nam, że tekst jest sponsorowany, bo sponsorowane teksty na blogu zawsze oznaczamy.. pozdrowienia i jeszcze raz mi przykro.
Thanawat Na Nagara
Dzień dobry, w imieniu Basil & Lime chcielibyśmy bardzo przeprosić za