Święta się zbliżają coraz szybciej, roboty od groma, prezentów zero, choinki brak, mieszkanie nie wysprzątane. Stopień przygotowania jednym słowem bardzo niski… Ale już powoli się ogarniamy, domykamy tematy zawodowe i powoli zamykamy temat podróży do Azji – chociaż być może jeszcze w styczniu w kilku odsłonach powróci. Dziś troszkę smakołyków na zaostrzenie apetytu, czyli trochę więcej o kuchni tajskiej, nieco bardziej wykwintnej i wyszukanej niż tradycyjny pad thai z kurczakiem (którego oczywiście niezmiennie kochamy!).
Do restauracji Baan Vijitt znajdującej się na terenie Vijitt Resort Phuket, gdzie spędzaliśmy kilka dni basenowania i lenistwa, wybraliśmy się na ostatnią kolację. Mieliśmy już wtedy na koncie ponad 30 dni w Azji, tony makaronu ryżowego, kilkaset sajgonek, kilkadziesiąt satayów z kurczaka na koncie. Szczerze? Byliśmy już nieco znudzeni i coraz bardziej rosła w nas ochota na pyszną pizzę, sushi czy swojskiego schabowego z ziemniakami. Większość sztandarowych dań Tajlandii również mieliśmy już okazję spróbować, więc poprosiliśmy o przygotowanie specjalnego menu z najlepszymi, a zarazem interesującymi daniami Baan Vijitt. Co się okazało? Że kuchnia tajska jeszcze wiele przed nami ukrywa i potrafi zaskoczyć baaaardzo na plus!
Zatem, gdy będziecie w Tajlandii poza pad thaiem, szaszłyczkami z kurczaka (chicken satay) czy różnokolorowym curry z kurczakiem, poszukajcie też bardziej niestandardowych pomysłów. Nas niektóre z nich naprawdę zachwyciły!
Głodni? 🙂
Zaczęliśmy również od satayów, ale tym razem nie z kurczaka, tylko z homara odmiany rock lobster. Mięso, marynowane wcześniej w kurkumie i mleczku kokosowym, było delikatne, rozpływające się w ustach i czuć było posmak grillowania – który nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam – jak widać niezależnie czy w przypadku szlachetnego homara czy przaśnej, ale ulubionej kiełbaski z grilla. Do tego obowiązkowo jeden z najczęściej pojawiających się sosów w kuchni tajskiej, czyli z orzeszków ziemnych – uwielbiam! Można zrobić go w domu do kurczaka lub np. upolować w Lidlu. Może nie jest wtedy tak idealny jak na Phuket czy w Bangkoku, ale daje radę! Poza sosem do satayów podaje się zwykle sałatkę a-jaad. Mało skomplikowaną – z posiekanych ogórków, szalotek oraz chili w słodko-kwaśnym sosie.
Po przystawce nadszedł czas na zupę. Co najbardziej kojarzy Wam się z Tajlandią w tej dziedzinie? Jestem prawie pewna, że Tom Yum Goong czy też Tom Yam Kung (obie nazwy są dopuszczalne) – pikantna zupa z krewetkami, którą mogliście oglądać tu, a na którą przepis cały czas czeka na wyjście do szerszej publiczności. Zupę charakteryzuje wysoki poziom ostrości, od którego Łukasz w zeszłym roku pocił się i prawie płakał, a który teraz kompletnie nie robi na nim wrażenia – cóż, mnie nadal doprowadza do nerwowego sapania, zapijania wodą czy piwem, chociaż wiem, że teoria głosi, że tak naprawdę napoje wcale nie gaszą pożaru w ustach, a zamiast nich powinniśmy sięgnąć np. po cukier…
Tym razem niestety również nie dałam rady. Zupa z łososiem była pyszna, ale po kilku łyżkach odpuściłam. Było zbyt ostro! Zatem jeśli nie trenujecie przez kilka miesięcy i nie dodajcie do wszystkiego papryczki chili lub chociaż sosu (jak Łukasz:)), pamiętajcie, by w Tajlandii nie decydować się na żadne “really spicy” potrawy. Ich rozumienie “naprawdę ostre” i nasze kompletnie się nie pokrywa – nawet jeśli ktoś (jak ja) lubi pikantne jedzenie… albo tak mu się wydaje 🙂
Jeśli chodzi o dania główne, my będąc w Tajlandii jemy głównie pad thaia z kurczakiem, wegetariańskiego lub z tofu. To całkowicie obowiązkowe danie, które spróbować trzeba, a więcej o nim możecie poczytać choćby we wpisach z zeszłego roku. Dla urozmaicenia często wybieram również stir fried noodles, czyli smażony makaron ryżowy, zwykle z kurczakiem i warzywami. Swoich zwolenników mają również potrawy w curry, robione na bazie mleczka kokosowego. Łukasz kiedyś zajadał się nimi w warszawskim Suparom Thaifood, ale gdy pojechaliśmy pierwszy raz do Tajlandii, szybko mu przeszło i przerzucił się na pad thaia. Być może jest to związane z tym, że w 30-40 stopniowym upale w Bangkoku nie masz ochoty na zawiesiste i ciężkie curry.
Podczas naszego pobytu na Phuket mega upały trwały dwa dni. Przez pozostałe było nieco pochmurno, a wieczorem padało.. Plusy tej pogody to na pewno brak oparzeń słonecznych, nie przegrzany Maks pomimo całych dni spędzanych w basenie.. i ochota na curry.
W Baan Vijitt spróbowaliśmy soft-shell crab w pikantnym green curry z dodatkiem tajskiej bazylii i lokalnego bakłażana, czyli groszkowego. (to te małe kulki, które widać w curry!)
Soft-shell crab to kulinarna nazwa kraba, który porzucił swoją skorupę, więc można go przygotować i zjeść w całości. Tutaj krab był urozmaiceniem, bo podobny smak curry uzyskamy np. z kurczakiem. Pastę green curry Tajowie w części restauracji robią osobiście z takich składników m.in. jak galangal, trawa cytrynowa, liście limonki kaffir, czosnek, zielone chili czy kolendra. Z uwagi na dostępność tych składników w PL , my możemy się w domu wspomóc gotowcami – my np. mamy taki.
Ciekawym daniem również z wykorzystaniem mleczka kokosowego i curry okazało się Mas-sa-man Kae, czyli jagnięcina w sosie. Pyszna, aromatyczna, smakiem przywołująca trochę na myśl Indie, choć pochodzenie massaman curry jest muzułmańskie, nie hinduskie. Nazwa prawdopodobnie pochodzi z Malezji, a samo danie albo z centralnej albo z południowej Tajlandii. Przygotowywane jest z różnymi rodzajami mięsa (choć z uwagi na muzułmańskie korzenie, raczej rzadko z wieprzowiną). Z jagnięciną i ryżem smakowało świetnie!
Jednak moim faworytem okazało się coś innego – stek wołowy w sosie z żółtego curry i dodatkiem smażonej morning glory. Morning glory to takie zielone liści, podobno tłumaczy się to szpinak wodny, ale wyszukałam to w necie, więc jeśli macie większą wiedzę na ten temat, to piszcie 🙂 Ja fanką zieleniny jak wiadomo nie jestem, ale takiej w tempurze czy obsmażanej jak najbardziej. Fajnie się chrupie np. cukinię, marchewkę czy cebulę w tempurze czy smażoną w głębokim tłuszczu – my czasem robimy taką w frytkownicy. Tutaj chrupało się cudownie, dołączając do tego wołowinę oraz sos orzechowy.
Żeby nie było zbyt różowo, w Baan Vijitt znalazło się też danie, które niezbyt przypadło nam do gustu, czyli stew baby squid Phuket style, czyli duszone kalmary w stylu Phuket. Nie wiem czy to duszenie czy styl Phuket spowodował, że tak jak kocham kalmary miłością dozgonną – grillowane, w sosie słodko – kwaśnym i oczywiście smażone calamares fritos, to te okazały się najsłabszym punktem całej kolacji. Jakieś takie niezdecydowane, bez określonego smaku. Zatem, jeśli do kalmarów chcecie się przekonać, wybierzcie raczej te smażone pierścienie w Hiszpanii czy we Włoszech, a nie duszone i nie po “phuketańsku” 🙂
Kalmary nie popsuły nam jednak ani humoru, anie opinii o Baan Vijitt, zwłaszcza, że wkrótce “wjechał” deser! Mango sticky rice to tajski deser numer jeden, jedzony zarówno na ulicach czy w podrzędnych knajpkach, jak i w eleganckich restauracjach. Jak sama nazwa wskazuje składa się ze świeżego, pokrojonego mango oraz kleistego ryżu. Do ryżu mamy boski sosik na bazie mleczka kokosowego i cukru palmowego. Niebo w gębie! Sosem polewamy ryż i jemy z mango. Przygotowanie nie jest chyba bardzo trudne, więc warto pogrzebać, poszukać przepisu i spróbować tego cuda w domu.. chociaż słyszałam też, że sekret tkwi w boskim smaku mango, którego w tych kupionych w Polsce nie znajdziemy… No nic, trzeba spróbować! 🙂
Po takiej kolacji w romantyczny otoczeniu, jeszcze rzut okiem na widok z okna i wieczór można uznać za idealny. Jeśli będziecie kiedyś na Phuket, nawet jeśli nie zamieszkacie w Vijitt Resort Phuket, zajrzyjcie do Baan Vijitt, będąc w pobliżu. Ceny…powiedziałbym, że warszawskie, ale na pewno warto! Zwłaszcza, że restauracja należy do grona najlepszych w Tajlandii, co potwierdza certyfikat nadany przez tamtejsze Ministry of Commerce. Certyfikat ważny do sierpnia 2015 roku, więc macie jeszcze trochę czasu 🙂
* post powstał we współpracy z Vijitt Resort Phuket i Baan Vijitt, które przygotowały menu degustacyjne z najbardziej interesującymi potrawami lokalnej kuchni tajskiej












4 Comments
Joanna/ LotsOfSources
Zaśliniam klawiaturę…
Natalia - tasteaway.pl
🙂 ja się zaśliniłam, pisząc 🙂