Dzieci. Maluszki. Pysiaczki kochane. Jeśli mamy swoje, dokładnie wiemy, jak to z nimi jest. Są urocze, kochane i ich uśmiech potrafi uratować nasz dzień, ale potrafią być głośne, nieznośne i irytować do granic możliwości… Nawet, jeśli wszelkie aktualnie polecane podręczniki związane z wychowywaniem dzieci twierdzą, że nie można mówić, że są nieznośne i niegrzeczne, to Ty czujesz, że dzisiaj właśnie takie są.. Zastanawiasz się, kogo wystrzelić w kosmos. Ich? Czy może lepiej siebie? A może najpierw ich, a potem siebie? Masz totalnie dość pisków, jęków, płaczu, awantur i przepychanek, kto ma więcej soku i dlaczego ona siedzi obok mamy, a nie on. I dlaczego Kasia weszła do samochodu przed Marysią? I awantury o starą piłkę, którą przez 2 lata nikt się nie bawił, a teraz jest przecież najbardziej pożądanym przedmiotem w domu. Doprowadzają Cię czasem do szału, prawda? Chyba 98% matek tak ma J Te 2 % to albo mamy z jednym spokojnym dzieckiem albo te, które z dziećmi nie spędzają za wiele czasu (np. dużo pracują, a dzieciaki częściej są z nianią czy babcią) albo… anioły chodzące po ziemi – inaczej w to nie uwierzę 😉

 

Obcych ludzi zwykle dzieci również irytują. Nie mówię, że zawsze i wszystkie. Są osoby, które lubi dzieci, ale często nie swoje dzieci też potrafią doprowadzić do szału. Czy irytują obcych bardziej czy mniej – to chyba zależy od człowieka. Inni rodzice częściej patrzą z wyrozumiałością. Bezdzietni często żyją w złudzeniu, że ich dzieci nigdy by takie nie były, że przecież oni potrafiliby bardziej lepiej… żyją też w przekonaniu, że oni nigdy nie byli tacy, mając 2, 3 czy 6 lat..  Wierzą mocno, że ich dziecko nie rzuciłoby się na podłogę w sklepie, bo chce czekoladowego muffinka przed obiadem lub piątą szczoteczkę do zębów. Ich dziecko na pewno nie wyłoby jak opętane w samolocie, gdy trzeba przypiąć pasy – przecież na pewno wystarczy mu to spokojnie wytłumaczyć. Jej dziecko na pewno nie prosiłoby o żelki i jajka Kinder, bo jadłoby tylko zdrowo, domowe i bez cukru… Bezdzietni mają masę złudzeń i zwykle już kilka miesięcy po przejściu do grupy Rodzice  widzą, jak bardzo się mylili …A Wy wtedy patrzycie na nich ze współczuciem, ale w duszy mówicie sobie: a masz za swoje!!, nadal pamiętając jak patrzyli się z pretensją na Waszego malucha śpiewającego w restauracji.

 

Dzieci często są nieprzewidywalne, często biegają, śmieją się i płaczą. Dzieci wylewają na siebie sok i spada im makaron na podłogę. Marudzą, płaczą i kłocą się z rodzeństwem. Przecież to tylko dzieci!! Ja też tak mówię i mocno w to wierzę. Wiele wybaczam, wiele rozumiem. Nie oczekuję, by zawsze były ciche, spokojne i grzecznie siedziały w jednym miejscu. Rzadko spotykam takie dzieci i chyba w nie nie wierzę. Nie muszą być zawsze posłuszne, bo nie chcę, by były posłuszne każdemu i wszędzie. Wiem, że to tylko dzieci i częściej niż nam dorosłym zdarza im się coś wylać, zepsuć, upuścić.. Chociaż ciężko mi być kwiatem lotosu, gdy o poranku moja córka wylewa na siebie kakao, a syn rozsypuje płatki. Wtedy jednak nadal staram się pamiętać: to tyko dzieci.

 

Ale są sytuacje, w których „Przecież to tylko dziecko” naprawdę nie działa!!! Jest ich cała masa i to my, rodzice, powinniśmy pilnować, by takich sytuacji nie było… a gdy już się zdarzą, nie powinniśmy zrzucać wszystkiego na „Przecież to tylko dziecko!”. Zamiast tak mówić, to my powinniśmy wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje.

 

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy Twoje dziecko biega jak opętane po restauracji, a Ty zajmujesz się rozmową ze znajomymi lub siedzisz na telefonie.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy siedzicie przy stole, a maluch bawi się jedzeniem i je rozrzuca, a Ty masz to gdzieś i czekasz aż obsługa posprząta.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy dzieci utrudniają pracę obsłudze restauracji, biegając między nogami kelnerów, noszących talerze z gorącą zupą czy dzbanek z wrzątkiem.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy przedszkolak ogląda bajkę na telefonie tak, że słyszą ją wszyscy wokół.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy chcesz przewinąć dziecko w kawiarni przy wszystkich – tym bardziej, jeśli w pieluszce ma ładunek wybuchowy… i wtedy gdy kładziesz pieluszkę na stole.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy Twój maluch wymiotuje na środku restauracji, bo na siłę wciskałaś mu jedzenie podczas zabawy.

„Przecież to tylko dziecko” nie działa, gdy dziecko krzyczy w autobusie czy w pociągu..

Nie działa, gdy kopie w fotel przed sobą.

Nie działa, gdy ciągnie innego pasażera za włosy.

Nie działa, gdy rzuca zabawkami czy jedzeniem.

Nie działa, gdy celowo robi bałagan w miejscu publicznym, a Ty wcale nie planujesz tego po nim posprzątać.

Nie działa, gdy zagaduje innych pasażerów, którzy tego zagadywania nie chcą, a Ty w słuchawkach oglądasz film.

Nie działa, gdy płacze, bo Ty w samolocie zajmujesz się sobą, a maluch rozpaczliwie się nudzi.

Nie działa, gdy bije inne dzieci na placu zabaw i zabiera im zabawki.

Nie działa, gdy sypie piaskiem w oczy innemu dziecku.

Nie działa, gdy… na pewno sama wiesz, co tu wpisać.

 

Myślę, że każdy z nas zna wiele sytuacji, w których to nie działa. Nie jest na miejscu, nie tłumaczy przeszkadzania i uprzykrzania życia innym. W stwierdzeniu „Przecież to tylko dziecko!” jest wiele prawdy, ale to nie usprawiedliwia ani nieodpowiedniego zachowania dzieci, ani tym bardziej nieodpowiedniego zachowania rodzica. To my jesteśmy dorośli. To my powinniśmy zadbać, by nasze dziecko nie przeszkadzało innym. Ja wiem, że czasem są sytuacje, gdy dwoisz się i troisz, a ono ciągle płacze lub właśnie leży na chodniku. Ale wiem też, że są rodzice, którzy czasem pozwalają dzieciom na znacznie więcej niż inni są w stanie znieść… Na znacznie więcej niż wypada w miejscu publicznym. Pewnie tutaj ich nie ma, ale jeśli takich znacie, podrzućcie im ten post 😉