Powiesz przecież: no jak to co? Zeszyty do szkoły, piórnik koniecznie z ulubionymi kredkami i długopisem, który lubi, śniadaniówkę z przekąskami i bidon z wodą. Może jeszcze jakąś małą przytulankę, jeśli dopiero zaczyna szkolną przygodę? A może zabawki na wycieczkę? Laleczki dla córki i małe samochodziki dla synka?  A może ulubiony notes i kredki, karty do gry lub ciekawe zagadki, bo właśnie ruszacie w długą podróż? To wszystko ja również im pakuję…albo inaczej: to wszystko pakuję Jagodzie, bo Maks pakuje już wszystko sam – zarówno do szkoły, jak i wtedy, gdy wyjeżdżamy. Ale dziś nie o tych plecakach. Te szkolne, rzucane w kąt na korytarzu, te małe różowe dla naszych małych dziewczynek i te ze znaczkiem ukochanej drużyny piłkarskiej dzisiaj zostawiamy w domu…

 

Bo nasze dzieciaki noszą ze sobą znacznie ważniejszy plecak. Nie tylko do szkoły czy na wycieczkę. Noszą go codziennie, nawet wtedy, gdy kładą się spać. Plecak, do którego przez lata, dzień po dniu, to my wkładamy wiele ważnych rzeczy… Pakujemy do niego wartości, wspomnienia, obrazy wyniesione z domu i z czasu, jaki z nami spędzają. Czasem to plecak piękny i kolorowy, pełen wspaniałych rzeczy, ale czasem to plecak zdecydowanie zbyt ciężki dla dziecka, ciągnący w dół, utrudniający mu swobodne maszerowanie, jak ten wyładowany zbyt dużą liczbą książek… To od nas zależy, który plecak będzie miał na sobie Maks, Tomek, Zosia czy Staś.

 

Ostatnio bardzo dużo o tym myślę… Zbyt wiele koło mnie trudnych historii. Skomplikowanych sytuacji, smutnych wydarzeń, nieudanych decyzji. I wiecie co? Im jestem starsza, tym częściej i wyraźniej widzę, ile w naszych dorosłych problemach i sytuacjach, z którymi się mierzymy i z którymi nie możemy sobie poradzić, bagażu z dzieciństwa. Obserwuję sytuacje, w których dorosłe dzieci muszą wypić piwo, nawarzone lata wcześniej przez rodziców. Nagle okazuje się, że z pozornie udanych rodzin, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko funkcjonuje całkiem nieźle… rodzice żyją razem, wspólnie budują swoje życie, dzieci odnoszą sukcesy… że z takich rodzin również mogą „wyjść” osoby, którym ciężko poukładać swoje dorosłe życie. Nie oceniam innych rodziców. Nie krytykuję. Nie wytykam błędów. Po prostu nie mogę przestać o tym myśleć!

 

… Bo przecież jestem już po drugiej stronie barykady… już nie jestem dzieckiem, które jest kształtowane przez czyjeś dobre i złe decyzje. Nie jestem też wolnym elektronem, który robi, co chce i moje decyzje nikogo nie dotyczą. Teraz to ja kształtuję kogoś. Odpowiadam za kogoś. Za dwie osóbki, które teraz biegają beztrosko, bawią się lalkami lub Lego, marzą o fajnych urodzinach i o świętach, ale za kilka/ kilkanaście lat to oni wejdą w dorosłe życie. Jako kto? Kim będą? Jacy będą? Czy będą  potrafili ułożyć sobie szczęśliwe życie? Zbudować szczęśliwy związek? Odnaleźć pracę, która będzie ich fascynować, a zarazem przynosić odpowiednie dochody, by dobrze żyć? Czy będą mieli wokół siebie dobrych ludzi? Czy będą wiedzieli, komu ufać, a komu lepiej nie? Czy za te 20 czy 30 lat będą dobrymi rodzicami (jeśli oczywiście będą chcieli mieć dzieci)? To wszystko zależy od tego, co JA, co MY zrobimy teraz. Od naszych decyzji, od naszych zachowań, od rozmów, które z nimi prowadzimy, od czasu, który im poświęcamy. Od przykładu, którym im dajemy. Od tego, co będą obserwować w domu. I wiecie co? Mam wrażenie, że te pierwsze lata z małym bobaskiem to pikuś przy tym wszystkim, co czeka wielu z nas teraz… Gdy nasze dzieci mają już 6, 8, 10 czy 12 lat… Zmienianie pieluch, nocne pobudki i karmienie piersią wydają się całkiem banalne przy wyzwaniach, które czekają nas przy dorastających dzieciach. Czuję to. Wiem to.

 

Wiem, że to my „pakujemy plecaki” naszych dzieci. To my wkładamy do nich to, co dobre i to, co złe. To od nas zależy czy plecak pełen będzie pięknych wspomnień, poczucia bezpieczeństwa, kolorowych obrazów, pewności siebie i poczucia własnej wartości czy może wręcz przeciwnie? To od nas zależy, czy z tym plecakiem będzie im łatwo podróżować przez życie i w ważnych chwilach będą mogli go otworzyć i czerpać z niego to, co ważne… Siłę, odwagę, pewność siebie, miłość, wsparcie. To nasza odpowiedzialność. Wierzę, że nikt z nas nie chce, by nasz maluch kroczył potem przez dorosłe życie z ciężarem na plecach. Z ciężkim plecakiem, w którym brak wiary w siebie, poczucie bycia niewystarczająco dobrym, niewystarczająco kochanym, samotnym nieustannie będzie ciągnąć go ku ziemi. Trudno się podróżuje z baaardzo ciężkim plecakiem. Trudno się idzie z nim przez życie. Oczywiście, są tacy, którzy pomimo plecaka ciągnącego ich ku ziemi, dają radę, idą zawsze do przodu i finalnie wygrywają. Ale o ile łatwiej, jeśli plecak mają lekki, a w nim same potrzebne rzeczy??? Nie muszę Wam tego chyba mówić…

 

Wielu z nas co rano się stara, by nasze dzieciaki miały w plecaku wszystko, co potrzebne… Przybory szkolne, kanapkę i jabłko, strój na Halloween i prezent na Mikołajki. Wiem, że czasem każda z nas ma dość – bo jeszcze plastelina i biała koszula, a przecież przypomniało mu się o tym na 30 minut przed wyjściem. Biegamy, kombinujemy, by na pewno w plecaku było wszystko, co potrzebne… Dbajmy tak samo mocno o te najważniejsze plecaki. Nie zapominajmy o nich w ferworze walki z codziennością…  Włóżmy im w te Mikołajki do plecaków nie tylko czekoladę w kształcie Mikołaja i nową zabawkę…