To chyba największa obawa każdego rodzica. Nie tylko podczas podróży, ale i na co dzień. Choroby, gorączka, wymioty, złe samopoczucie. W podróży przerażają nas jeszcze bardziej. Gdy jesteśmy u siebie, wiemy, co robić. Mamy swojego pediatrę i wiemy, gdzie i kiedy można go znaleźć. Mamy szpitale. Jeśli mieszkamy w dużym mieście, mamy prywatną i publiczną służbę zdrowia na każdym kroku. Możemy podjechać na nocny dyżur, możemy zadzwonić po lekarza, by przyjechał do domu. Mamy apteczkę w domu, a w razie czego apteki czynne 24 h.

 

W podróży zwykle takie sytuacje przerażają… gdzie szukać pomocy? Co robić? Czy się dogadam? My też mamy za sobą kilka sytuacji, w których nasze dzieci źle się czuły. Dostawały gorączki, wymiotowały, miały biegunkę albo kilkadziesiąt ugryzień zrobionych przez komary jednej nocy. Mamy to szczęście, że nigdy nie przechodziły przez żadną poważniejszą chorobę podczas podróży, ale moment – gorączka, wymioty, co robić? – znamy całkiem dobrze! Ostatnio taki „numer” wywinęła nam Jagoda w piątek – po drzemce w pociągu na trasie Kanazawa- Tokio obudziła się i zaczęła popłakiwać, że boli brzuszek. Pierwszy „wyrzut treści żołądkowej” nastąpił w taksówce, a w zasadzie na ulicę – sprytna matka zdążyła na światłach uchylić drzwi. Potem tych wyrzutów było jeszcze kilka – kilkanaście. Nawet kilka łyków wody kończyło się.. źle. Jagódce na szczęście w sobotni poranek minęło, ale pomyślałam, że warto podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami, co w takiej czy podobnej sytuacji robić. Chociaż.. szczerze? Mam nadzieję, że Wam się ten post nie przyda 😉 Ale przezorny zawsze ubezpieczony.

 

1) OCEŃ POWAGĘ SYTUACJI

 

Pewnie każdy z nas tak robi, gdy dziecko choruje w miejscu zamieszkania. Najpierw oceniamy. Czy gorączka wysoka? Czy spada po lekach? Jak się zachowuje dziecko? Czy dzieje się coś niepokojącego? Tak samo musisz postąpić w podróży. To Ty znasz swoje dziecko i potrafisz stwierdzić, czy to dość typowe dla niego objawy i właśnie zaczyna się przeziębienie czy tak wysokiej gorączki nigdy nie miał i trzeba biec do lekarza. Nie zachęcam Cię do bagatelizowania objawów, ale pamiętaj, że czasem gorączka może pojawić się od nadmiernego słońca, wymioty od tego, że napił się wody z morza lub zjadł coś nieświeżego.

Wiadomo jednak, że w sytuacjach nagłych wypadków czy nietypowych objawów, po ocenie sytuacji, następuje od razu lekarz / szpital. U nas się to zdarza rzadko – zwykle, odpukać, dzieciakom nie dzieje się nic poważnego, a problemy po 1-3 dniach mijają.

 

2) ZNAJ POTENCJALNYCH WROGÓW

 

To bardzo ważne, zwłaszcza w krajach egzotycznych.  W krajach, w których np. komary przenoszą choroby, lepiej wiedzieć, jakie i jakie są ich objawy. Warto wiedzieć, po jakim czasie problem może się pojawić. Wtedy jesteście czujni i nie bagatelizujecie sytuacji. Dlatego np. w Tajlandii czy innych krajach regionu warto przeczytać chociaż kilka zdań, jakie są objawy dengi. I jeśli je widzicie u dziecka (lub u siebie), udać się do lekarza.

 

3) NIE PANIKUJ

 

Panika jest najgorsza i często rodzice, a zwłaszcza mamy, mają do niej tendencję. Ja trochę tez. Też już myślałam – czemu tak długo wymiotuje? Czemu nie jest w stanie nic przyjąć i wszystko zwraca? Co to będzie? Trzeba będzie jechać do szpitala? A co jak się odwodni? A co jak to coś poważnego? Tak myślałam jeszcze w sobotę o 4.00 rano. O 12.00 Jagoda szalała z Maksem w Tokio w sklepie z pokemonami. Trzeba zatem pamiętać o zagrożeniach i nie bagatelizować, ale panika to zły doradca. Zwykle nie trzeba biec o lekarza po 1 godzinie wymiotów czy po kilku godzinach z gorączką. My zwykle czekamy i obserwujemy.

Zwykle bardziej prawdopodobne, ze dziecko po prostu się zatruło / dostało gorączki (zdarza się!) niż, że rozchorowało się na jakąś tropikalną chorobę. Ja zatem zarówno w Polsce, jak i w podróży czekam i obserwuję. Pomagam, zajmuję się, podaję leki, ale z wyprawą do lekarza zwykle czekam… i u nas zwykle okazuje się niepotrzebna.

 

4) WYKORZYSTAJ DOSTĘPNE ŚRODKI, JEŚLI JE MASZ

 

Jeśli je masz… Mam nadzieję, że je masz 🙂 Jeśli nas czytasz – bloga albo masz naszą książkę – na pewno je masz. APTECZKA! Zawsze piszę, jak bardzo jest istotna! Dzięki niej sami ratujemy się w przypadku gorączki / bólu / ran i rozcięć, a również w przypadku problemów żołądkowych. Chociaż ja tym razem zaliczyłam niezłą wpadkę i miałam przykład na typową ironię losu 😉 Kilka miesięcy temu, gdy Jagoda przechodziła przez jakiś żołądkowy wirus w Warszawie, dostała syrop na wymioty (by je zastopować). On naprawdę jej dobrze pomógł, więc zaczęłam wozić syrop ze sobą… Pech jednak chciał, że dużą apteczkę zostawiłam w samochodzie na lotnisku, gdy z Fukuoki wyskoczyliśmy do Seulu. I samochód sobie stał na słońcu w 40 stopniach… albo w 50… przez 5 dni. Po przylocie syropy wyrzuciłam – cóż innego miałam zrobić?? Jak ja żałowałam, że nie zabrałam go do podręcznego!

Na szczęście przeszło i bez niego!

Pamiętaj, by najpierw zadziałać tym, co masz ze sobą – syropem przeciwbólowym, przeciwgorączkowym, lekami jak Smecta na problemy z żołądkiem albo nawet… colą i suchą bułką. Pamiętaj, by zabrać smalec z gęsi na kaszel 😉

 

5) PRZYGOTUJ SIĘ WCZEŚNIEJ

 

To, co Ci na pewno pomoże to świadomość, że masz ubezpieczenie i zawsze możesz iść do lekarza. Jeśli masz skłonności do panikowania, gdy dziecko źle się czuje, sprawdzaj wcześniej, gdzie jest szpital czy klinika. Jeśli spędzacie wakacje, dość stacjonarnie można to zrobić bez problemu. Trochę trudniej, jeśli to wyprawa po różnych miejscach, tak jak podróżujemy my. Jeśli jednak takie przygotowanie poprawi Wasz komfort psychiczny, da się to zrobić.

 

Często pytacie też o rajskie, egzotyczne wyspy, na których nie ma służby zdrowia. Np. w Tajlandii czy Kambodży. Czy w ogóle jechać? Czy nie odpuścić? Gdzie do lekarza w razie czego? Co w nagłych wypadkach? To już Wasza decyzja. My byliśmy z dziećmi na wyspach, na których nie ma pomocy medycznej. Nawet wtedy, gdy Jagoda miała tylko 3 miesiące. Czy jednak do tego zachęcamy/ namawiamy? Nie. To indywidualna decyzja każdego z nas.

Czy my jesteśmy nieodpowiedzialnymi rodzicami, że na takich wyspach nocowaliśmy? Dlaczego się w ogóle na to decydujemy? Za nami 8 lat podróży z dzieckiem i przez ten czas nie mieliśmy sytuacji, w których potrzebna była nagła pomoc lekarza. ŻADNEJ. Bywały wymioty, biegunki, gorączka, ale nigdy nie była tak wysoka, tak nietypowa, by od razu do lekarza jechać.. Mieliśmy rozcięty łuk brwiowy i stopę, ale to wyleczyliśmy sami. Niewiele wyobrażam sobie sytuacji, w których potrzebuję pomocy lekarza JUŻ. Zwykle to wypadki – taki zaliczyliśmy w Warszawie, gdy Maks prawie stracił palec i wiem, że to na wyspie bez lekarza ciężko byłoby uratować… Mam jednak wrażenie, że na wakacjach pilnujemy dzieci dość mocno – to na nich jesteśmy skupieni, nie na znajomych, z którymi właśnie rozmawiamy, nie na mailach, telefonach z pracy, itd. Wierzę, że w dużej mierze możemy dziecko od takich wypadków uchronić. Dlatego zdarzało nam się na wyspach bez służby medycznej nocować. Nawet teraz na Koh Jum.

Zapytacie, jak sobie radzić, gdy na takiej rajskiej wyspie coś się dzieje? Zwykle to zależy od wyspy – np. z rajskiej tajskiej Koh Ngai znajomego wieźli łodzią do szpitala w Trat. Z tego, co pamiętam, cała akcja przebiegła sprawnie. Warto zatem podpytać w hotelu, co jeśli? Jak szybko można dotrzeć do szpitala? Gdzie się znajduje? Czy jest szansa na transport w nocy? 

Czasem pytacie też o podróże egzotyczne w ciąży. Ja wiem, że raczej nie zdecydowałabym się na nocleg na rajskiej wyspie bez służby zdrowia, będąc w ciąży, gdy np. może przytrafić się nagłe krwawienie i brak służby zdrowia /  transportu może być straszny w skutkach.. Taką historię niestety też znam. Nie, nie wydarzyła się w Tajlandii.

 

5) IDŹ DO APTEKI

 

Rozpisałam się o tych wyspach, a tu przecież wymioty w Tokio. No właśnie – jest problem, mija 1 dzień czy 1 noc, nie masz odpowiednich leków i co dalej? U nas kolejny krok to była wyprawa do apteki i próba kupienia tam leków bez recepty. Nie zawsze jest to łatwe, bo wbrew pozorom w wielu krajach z farmaceutą po angielsku się nie dogadasz. I tak jak bez problemu kupiliśmy krople dla Łukasza na ból ucha w mocno turystycznym miejscu na Koh Phi Phi, ale już młode farmaceutki w centrum Tokio patrzyły na mnie jak na kosmitę, gdy mówiłam, że dziecko wymiotuje. W takich sytuacjach pomaga często pokazanie na telefonie łacińskiej nazwy leku – jedna z czytelniczek mi o tym przypomniała i ja rzeczywiście kiedyś tak w Bangkoku robiłam 🙂

 

6) IDŹ DO LEKARZA

 

Dla nas wizyta u lekarza czy w szpitalu to ostatni etap. Jeśli widzimy, że dziecku nie przechodzi /  jest gorzej, zdecydowanie SZPITAL / LEKARZ. U nas podczas 8 lat podróży z dziećmi takie wizyty zdarzyły się tylko 2 razy, więc to nie jest tak, że podróż dla dziecka to ogromne ryzyko chorób i wypadków. Obie te sytuacje miały miejsce w 2012 roku 🙂 Maks był mały, my mniej doświadczeni, ale to sytuacje, które i teraz pewnie spowodowałyby wizytę u lekarza.

Pierwsza to kilkadziesiąt ugryzień komarów na ciele niemowlaka po 1 nocy w domku przy plaży w Akumal w Meksyku. Poszliśmy do lekarza, bo woleliśmy się upewnić, czy komary nic złego nie przenoszą (w 2012 na Jukatanie nie było problemu) i chcieliśmy zabezpieczyć Maksa przed nadmiernym swędzeniem. Druga to gorączka, która nie mija. 1 dzień, drugi dzień, trzeci… Najpierw myślisz, że to przegrzanie organizmu lub u maluszka ząbkowanie, ale po 3 dniach podawania leków przeciwgorączkowych, gorączka ciągle wraca. Wtedy do lekarza trzeba ruszyć i tak też zrobiliśmy my. Okazało się, że niespełna roczny wtedy Maks właśnie miał zapalenie ucha – przechodził je chyba dość lekko, ale bez wizyty w szpitalu w Stambule i antybiotyku, by się nie obeszło.

 

Więcej wizyt u lekarza w podróży nie było, a z problemami, które czasem się pojawiają, zwykle radziliśmy sobie sami. Całą masę porad, jak sę przygotować do podróży, by jak najmniej było niemiłych zaskoczeń i przygód, znajdziecie w naszym ebooku / książce. Znajdziecie ją TU 🙂

 

Dajcie znać, jak to jest u Was? jak sobie radzicie? Jak doświadczenia ze służba zdrowia zagranicą? A wszystkim nam i Wam życzę, byśmy jak najmniej tych doświadczeń mieli 🙂