Lubię być czasem leniwą mamą. Lubię i bywam. Nie zawsze, ale często. Wtedy kiedy mogę, lenię się na potęgę. Może chciałabym nawet częściej, ale przyznaję – nieraz ulegam. Lubię jednak być leniwa i powiem Wam więcej  – mocno wierzę, że moje „lenistwo” dziś będzie mieć pozytywny wpływ na nasze dzieci za 5, 10 czy 15 lat. Ciekawa jestem czy Wy też z tych leniwych???? 🙂

 

Jestem leniwa – często mówię do 7-latka, by sam zrobił sobie śniadanie, bo płatki i mleko są całkiem blisko, a zwykle i tak nie chce jeść o 7.00 nic innego.  Jestem leniwa, gdy mówię, by odniósł swój talerz/ miskę / kubek. Niby co tam, jeden ruch ręką, czasem się skuszę, ale szczerze? Wolę się lenić w tym temacie! Dwulatce każę wyrzucać po sobie „śmieci” do kosza i samej zakładać buty. No chyba, że czas mnie bardzo goni.  7-latek sam pakuje plecak, szykuje ubranie, sam się ubiera. Sam wybiera, w co się ubierze. Czasem kończy się to poranną tragedią na miarę Antygony – „Mamo, gdzie jest moja koszulka Barcelony???” „W praniu!  Było przynieść ją wcześniej, a ja dopiero wczoraj znalazłam ją w kłębku na podłodze”. Coraz częściej brudne ubrania znajduje na pralce, nie zwinięte w kulkę koło łóżka. Czasem odpuszczę moje  poranne lenistwo związane z ubieraniem Maksa i wkroczę – gdy za oknem 4 stopnie, a on właśnie założył szorty albo strój piłkarski albo gdy idzie do szkoły, a ma na sobie koszulkę z wielką plamą.

 

Jestem leniwa, gdy mówi  „Mama, a weźmiesz mi piłkę” / „Mama, a weźmiesz mi plecak”. Zwykle sama mam ręce pełne rzeczy i mówię: Twoje, to niesiesz sam. Czasem nie mam w ręku nic. Jak wtedy, gdy idziemy z samochodu do szkoły… ale hello, to mój plecak czy jego? Moja szkoła czy jego?? Znów jestem leniwa i w ręku trzymam tylko telefon i klucz do samochodu. Jego obowiązek, on nosi. Jestem leniwa w szatni w szkole i przedszkolu. Jeśli tylko mogę, stoję z boku. Sam zmienia kapcie i chowa rzeczy do szafki. Sama zmienia kapcie, bo powiesić kurtki jeszcze nie umie.  Odprowadzam na górę – idzie sama, chyba, że bardzo się śpieszę. Maksa nadal odprowadzam w szkole na górę – to nadal początki. W przedszkolu nie odprowadzałam go od lat –  znów, lenistwo!

 

Po przyjściu do domu często nie myję im rąk, mają to robić sami. Nie układam butów na miejsce, mają to robić sami. Nie wypakowuję rzeczy z tornistra – ok, umyję mu śniadaniówkę, bo zlew trochę za wysoko. Często nie robię im kąpieli. Jestem leniwa i mówię 7-latkowi: zrób kąpiel dla siebie i Jagody. Sam się wyciera i ubiera, sam suszy włosy. Pokój dzieci sprzątam rzadko – czekam aż rozwalone wszędzie zabawki to IM zaczną przeszkadzać. Czekam aż to oni będą potrzebować porządku, by pobawić się czymś innym. I czasem się w moim lenistwie doczekam. Usłyszę: „Mamo, niespodzianka! Posprzątaliśmy pokój! Nawet Jagódka mi pomogła!”.  Czasem w tym lenistwie jestem bezczelna i wysyłam 7-latka, by wyrzucił torby ze  śmieciami. Czasem się buntuję, bo jak to „ja mam wszystko robić”??? Ale coraz częściej ogarnie temat sam. Od niedawna mamy nowy obowiązek – odrabianie lekcji. Jak na razie rzadko, ale czasem coś zrobić trzeba – zwykle na zadaniu domowym jest dopisek „poproś rodzica o pomoc w zapisaniu swoich odpowiedzi”. Jak myślicie, kto u nas pisze??? Może napisze KAKAŁO, a nie kakao i SUHAĆ MAMY zamiast słuchać mamy, ale czyja to praca domowa?? Moja?

 

Najbardziej leniwa jednak jestem podczas naszych podróży. Tych krótkich, weekendowych i tych dłuższych. Od kilku lat nie biegam już za Maksem podczas śniadania i nie wybieram mu, co ma zjeść. Nie dyskutuję nad każdym kawałkiem chleba, naleśnika, ogórka lub jego braku. Wszystko robi sam. Czasem pomagam, bo gorące, bo za wysoko, bo mleko może rozlać. Czasem wkroczę, gdy na talerzu tylko naleśniki i nutella. Zwykle obserwuję lub kompletuję swoje śniadanie. I przyznaję –  nie mogę się nadziwić rodzicom, którzy wszystko podtykają pod nos kilkulatkom i starszym dzieciom! Czasem słyszę „Mamo, przynieś wodę!” od 7-9 latka i widzę, jak mama rzuca wszystko i leci. Ja też słyszę „Mamo, chcę wody!”, wtedy zwykle pytam: „A sam nie możesz przynieść? Idź po wodę – tam stoi!” Na tym nie koniec – gdy Maks jęczy o coś, czego na bufecie nie ma – zwykle mówię: „chcesz? to idź i  zapytaj!” I wiecie, co? Radzi sobie z tym świetnie, nawet na drugim końcu świata! Potrafi nawet załatwić sobie danie, którego na bufecie wcale nie ma, bo dogada się z kucharzem! Na Sri Lance… Gdy w Polsce brakuje mu w restauracji soku, wody, widelca, noża, dostał coś, czego nie zamówił, nie zrywam się.. mówię: „idź sam, powiedz, że poprosisz jeszcze jeden sok” / „idź i powiedz Panu, że chcesz nigiri bez wasabi” (przykład z wczoraj). Idzie i załatwia! Zwykle jest dumny z siebie. A ja z niego.

 

Czasem sobie myślę, że jestem leniwą matką. W końcu Matka Polka ogarnia wszystko, podtyka pod nos i dba, by dziecku niczego nie zabrakło. Biedactwo nie ma wody? Biegnę! Maluszek lat 8 musi do toalety? Pędzę! Tornister za ciężki? Poniosę! To z jednej strony takie miłe. Takie pomocne. Takie matczyne. Też czasem mam na to ochotę. Też czasem to robię… ale wiecie co? Jeśli zawsze będziemy robić wszystko ZA nasze dzieci, wszystko, BY IM POMÓC, to jak chcemy nauczyć ich samodzielności??? Mocno wierzę, że im wcześniej zaczniemy, tym lepiej 🙂 Nawet, gdy ktoś pomyśli, że leniwa z niej matka, bo dziecku śniadania nie przyniosła i kanapeczki nie podetknęła pod dzióbek! Nawet, gdy usłyszę od niego, że jestem okrutna, bo musi sprzątać. Kiedyś może mi podziękuję. Albo może chociaż jego przyszła żona to doceni???? 🙂