Pamiętacie nasz filmik z Hiszpanii, na którym Jagoda ryczy, że chce rozwalić Maksa budowle z piasku, a on jej nie pozwala? Ten film to nieustająca kopalnia inspiracji do nowych tekstów 😉 Był już inspiracją do postu na FCB o hejcie. Jest idealnym przykładem, jak szybko i niesłusznie potrafimy oceniać innych. Jest inspiracją do rozmów o relacjach między rodzeństwem – zwykle ci, co nas znają i mają dzieci uznają relację na filmie za normalną, ci, co przyszli przypadkiem uznają, że Jagoda ma podłego i agresywnego brata… ale wiecie, co najbardziej mnie fascynuje w komentarzach??? Cała masa krytycznych komentarzy, co to za rodzice?? Jak tak można być na plaży i nie bawić się łopatką i grabkami? Jak można siedzieć, kiedy dziecko płacze?

 

A ja myślę, że można. Że czasem trzeba. Że rodzic też czasem ma dość. Że to my najlepiej znamy przyczyny płaczu naszych dzieci i wiemy, kiedy trzeba rzucać wszystko i biec na pomoc, a kiedy przeczekać, bo awantura się toczy o kolejnego lizaka, zabawkę brata, ciasteczko, nie zakładanie ubrania zimą itd. To my wiemy, ile książeczek, zabaw, puzzli i innych atrakcji na co dzień zapewniamy dzieciom i wiemy, że tak, czasem możemy się gapić w telefon, gdy dziecko bawi się w piasku lub na placu zabaw. Nie dajmy się zwariować! Dajmy żyć sobie i swoim dzieciom – one też czasem muszą pobawić się same! Zrobić coś same. Wymyślić coś same.

 

Mam wrażenie, że wpadliśmy w pułapkę czasów, w których TRZEBA być rodzicem IDEALNYM. Rodzicem, który nigdy nie krzyczy, zawsze rozmawia, tłumaczy (obowiązkowo odpowiednimi słowami), nie daje cukru, pilnuje diety, zawsze ma czas, siłę, a przy dziecku jest skupiony na nim w 100%. Takie podejście dało nam prawo, by oceniać innych. Boże, co za matka! Na placu zabaw z telefonem!!! A może właśnie bawiła się z dzieckiem 3 godziny w domu i musi załatwić coś ważnego? Albo po prostu chce chwilę odpocząć, umówić się z przyjaciółką? Nic Wam do tego! Co za rodzice!!! Dziecku dają w restauracji telefon i gadają ze znajomymi. Co o nich wiesz? Może właśnie spędzili kilka godzin na rozmowach i wycieczce, a teraz chcą mieć chwilę spokoju. Nic Ci do tego!

 

Myślę, że im szybciej przyznamy, że jako rodzice mamy czasem dość, tym lepiej. Ja mam. Mam dość, gdy moja kochana córeczka nie chce zmienić pieluchy i ganiam ją przez 15 minut po domu, a właśnie śpieszymy się do szkoły i pracy. Mam dość, gdy mój synek co rano awanturuje się, że nie założy kurtki,  a za oknem 4 stopnie. Mam dość, gdy dziecko budzi się w nocy co godzinę. Mam dość, gdy jęczy w samochodzie, pomimo, że jedziemy 30 minut. Mam dość, gdy awanturuje się z bratem o zabawkę, pomimo, że ma taką samą w ręku. Mam dość, gdy znów jęczy, by kupić mu figurki w sklepie, bo wszyscy koledzy takie mają. Mam dość, gdy ucieka mi w sklepie, a mi pot ścieka po plecach, bo mam torbę, zakupy i dwoje dzieci pod opieką. Mam dość, gdy nie chce zasnąć do 23.00, a ja tak bardzo chciałam odpocząć / obejrzeć film / pogadać ze znajomymi. Czy to znaczy, że jestem złą mamą? Nie sądzę. Czy Ty jesteś złym rodzicem, bo czasem masz dość? Nie sądzę. Myślę, że większość rodziców tak ma. Tych prawdziwych, a nie tych stworzonych do reklam i seriali telewizyjnych. Nie krytykuję innych, nie oceniam, gdy znam 5 minut. Na matkę z histeryzującym dzieckiem nie patrzę jak na potwora. Zwykle patrzę ze zrozumieniem.

 

Kocham moje dzieci bardzo. Wiem, ile mam szczęścia, że mam zdrowe, szczęśliwe dzieci. Doceniam to szczęście każdego dnia. Każdego dnia za nie dziękuję. Nigdy nie będę się „mazać”, że plama na dywanie, brudna bluzka, katar, kaszel, zapomniał rękawiczki, nie chce założyć sukienki, itd, itp. Nie wzrusza mnie histeria o kolejnego lizaka i kolejną bajkę. Tłumaczę, rozmawiam, czekam. Ale czasem mam dość. I wiem, że większość z nas ma. Bardzo mało znam idealnych dzieci. Bardzo mało idealnych rodziców…. Hmm… chyba nie znam żadnego?

 

Wiem, że na takie posty zwykle pojawia się odpowiedź – „ja nigdy nie mam dość, nigdy nie krzyknę, nigdy nie marzę, by moje dzieci poszły spać, by mieć chwilę spokoju”… dziwnym trafem zwykle to słowa rodziców jednego, małego dziecka. Słowa Mam, które zajmują się dzieckiem na macierzyńskim, nie pracują, nie muszą wychodzić na godzinę i pilnować terminów. Ja też wtedy byłam w macierzyńskim raju 😉 I tak – dla mnie macierzyński z Maksem, macierzyński z korpo był URLOPEM. Wiem, że to bardzo niepopularne stwierdzenie, ale gdy porównam te czasy i obecne, cóż… to był urlop 😉 Jeśli są tu mamy, które mają więcej niż jedno dziecko (oba już chodzące;)), przedszkole, szkołę na głowie, wożenie dzieci i własną, odpowiedzialną pracę zawodową i nadal nigdy nie mają dość, muszę Was poznać 🙂 Musicie  mnie tego nauczyć!

 

Zanim to jednak się stanie nie będę biczować się za to, że czasem mam dość. Czasem ulegam, daję czekoladę dla świętego spokoju, bajkę, by dłużej pospać, pozwalam na krótkie spodenki i ulubioną piłkarską koszulkę, nawet jeśli nosi ją trzeci dzień. Jestem matką, mam super moce, ale nadal jestem tylko człowiekiem.