– Jak wyglądają u Was zwykle wakacje? Gdzie się wybieracie? Raczej Polska, raczej zagranica? Co robicie? – zapytałam jednego z moich respondentów. Był ciepły, lipcowy dzień, a my rozmawialiśmy gdzieś w Katowicach, podczas badania rynku dla jednego z biur podróży.

– No, zwykle jedziemy gdzieś zagranicę, ale zwykle z biurem, do hotelu, żeby był basen i wszystko blisko, na miejscu. Kiedyś dużo podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy, nawet tak z plecakami jeździliśmy, ale teraz, jak już MAMY DZIECKO, to już tak się nie da. Żona już nie chce jeździć, zwiedzać, więc zostaje hotel i basen. Trochę szkoda, bo bardzo to lubiliśmy… Może za kilka lat?

Rozmów z respondentami na przeróżne tematy prowadzę dziesiątki, albo i setki. Są jednak takie, które zapadają w pamięć na długo. Dlaczego właśnie ta, pozornie zwykła i błaha? Bo idealnie podsumowuje to, co dzieje się w głowach naprawdę wieeeelu młodych rodziców. „Lubiłem, ale teraz już się tak nie da.”  I wtedy zwykle padają argumenty na „NIE…Znam je już na pamięć:

NR 1:  a co, jeśli dziecko podczas podróży się rozchoruje?

Kluczowy i najbardziej zrozumiały. Szanuję go, chociaż często te obawy to strach na wyrost, a dziecko może rozchorować się również na własnym podwórku, u dziadków, a zwykle najbardziej poważne choroby przynosi z przedszkola czy ze żłobka, a nie z wakacji. Ale rozumiem, że tego się boimy. Ja też się boję. Bo przecież nikt nie chce, by w podróży maluch chorował i cierpiał, a my nie chcemy spędzać wakacji, jeżdżąc po lekarzach. Wiadomo, że z chorobami lepiej walczyć w domu, ze swoim pediatrą pod ręką lub chociaż w swoim kraju, gdzie zrozumiemy lekarza, znamy wszystkie zasady i leki w aptece

NR 2: to przecież niebezpieczne!

Podróż, zwłaszcza ta daleka, egzotyczna, może rodzić obawy, że pojawią się sytuacje dla dziecka niebezpieczne – insekty, środki transportu, w których jeździmy bez żadnych zabezpieczeń, miejsca, w których dzieci nie powinny przebywać. Na szczęście, jeśli masz głównie takie obawy, łatwo je pokonać – wybrać bliższy, bardziej znany kierunek.

NR 3:  wakacje z dzieckiem to nie wakacje

Wiadomo – są inne niż te we dwoje lub ze znajomymi. Nie ma już beztroskiego leżenia 10 godzin na plaży, nie ma całonocnych imprez, w samolocie nie zawsze można się odmeldować i spać, a zamiast jednej walizki czy plecaka, taszczysz pół domu. To prawda – jest inaczej. Z drugiej strony masz radość malucha z ciepłego piasku na plaży, z każdego nowego miejsca, śmieszne komentarze, śmieszne miny przy próbowaniu nowości i czas razem, zupełnie innej jakości niż ten spędzany między obowiązkami domowymi, a pracą. Nie przesadzaj zatem, tylko spróbuj. Chyba, że Ciebie rodzice też nigdzie nie zabierali?;)

I jest też mój ulubiony argument:

NR 4:  po co dziecko tak męczyć…? Po co tak ciągać je po świecie? Przecież to dorosły się umęczy, a co dopiero taki maluszek!

Pojawia się często, a zarazem ten argument rozumiem najmniej! To jak? Rezygnujemy z wycieczki, ze zwiedzania, bo maluch się umęczy? Słyszałam nawet o dziadkach, którzy chcieli dziecko na czas wakacji przejąć, by się za bardzo nie zmęczyło!!! Rozumiem troskę o dziecko, o moje też się troszczę. Rozumiem, że chowamy dzieci w warunkach idealnie sprzyjających. Chcemy, by miały wszystko, co najlepsze – w domu, w przedszkolu, do jedzenia i do zabawy, ale czy nie zapędziliśmy się trochę za daleko??? Czy naprawdę dłuższy spacer związany ze zwiedzaniem nowego miasta to dla 2-5 latka męczarnia? Czy naprawdę niesienie własnego plecaka to cierpienie, na które rodzice nie powinni skazywać kilkulatka? Czy długi lot to katorga, którą dziecko musi odsypiać dwa dni? Czy naprawdę chcemy wychowywać dzieci, które same kilku kroków nie przejdą (no chyba, że na placu zabaw lub na lody;))?

Czy Maks męczy się w podróży? Czasem tak. Czasem mówi, że nie chce już nieść swojego plecaczka. Czasem mówi, że bolą go nogi. Czasem marudzi, czasem nie pasuje mu nasz plan na dany dzień, bo najchętniej spędzałby cały czas na basenie. Czasem zasypia szybko po intensywnym dniu, ale tak samo jest, gdy jesteśmy w domu. Też czasem ma dość, czasem marudzi, czasem jest zmęczony. Wasze dzieci pewnie też..

Czy w podróży choruje? Czy miewa biegunkę, wymiotuje, czy boli go brzuch? Czasem tak, ale czy dziecko, które nie podróżuje, nigdy nie choruje? Brzuch boli je tak samo, tak samo może się zwymiotować, tak samo dostanie biegunki. Może rozciąć sobie stopę na plaży w Tajlandii, ale równie dobrze może wydarzyć się to na działce u babci, a rękę można złamać w przedszkolu lub na Sali zabaw. Miewał w podróży gorączkę, ale miewał ją również w Warszawie i tak samo miały ją Wasze dzieci w Krakowie, Poznaniu czy Gdańsku. Bolały go nóżki po zwiedzaniu Bangkoku, ale tak samo będą go boleć po długim spacerze po warszawskim parku, jeśli oczywiście na takie spacery będziemy go zabierać, zamiast dawać bajkę i pokazywać wszystko z okien samochodu.

Dobrze, dobrze, powiecie, ale przecież 10 godzin w samolocie na pewno męczy! Tylko kogo bardziej Ciebie czy dziecko, które być może smacznie śpi, a potem tata zaniesie je na rękach do odprawy paszportowej? Albo takie, które właśnie w bonusie dostało 2 godziny filmu dla dzieci, bo szkoda nie skorzystać z pokładowych telewizorków…

Nie dajmy się zwariować. Podróż, jeśli tylko jest dobrze zaplanowana, nie umęczy dziecka, nie wykończy go, nie spowoduje, że będzie musiało leżeć i odpoczywać po niej przez kolejny tydzień. Warunek jest jeden: przyzwyczajajcie dziecko, że czasem trzeba przejechać się gdzieś wózkiem, nawet jeśli to nie jest jego ulubiony środek transportu, że czasem trzeba pochodzić, że czasem nie będzie ulubionych kotlecików i zupy pomidorowej z cienkimi kluseczkami, ale będą inne smaczne rzeczy. Pokażcie, że czasem śpi się w innym pokoju niż swój własny, że są różne łóżka, a i czasem trzeba się przespać w nocnym autobusie lub w samolocie. Pokażcie, że trochę wysiłku jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a podróż ma to do siebie, że po wysiłku zwykle nadchodzi nagroda. Plaża, basen, woda, zabawa, zwierzątka, niesamowite miejsca, które wspomina się latami. Tak, tak, bo to, że „dziecko i tak nic nie zapamięta” to kolejny mit. A podróż poza lekkim zmęczeniem da mu znacznie więcej szczęśliwych chwil. Chwil, w których jesteście wszyscy razem, a przecież w codziennym życiu nie zawsze jest na to czas, chwil, w których nie musicie się śpieszyć, bo praca, przedszkole, bo spotkanie o umówionej godzi, chwil, w których najważniejsze jest, by dobrze się bawić, chwil, w których ma rodziców 24 godziny na dobę, oboje, blisko, obok siebie … nie przez 1 czy 2 dni weekendu, ale przez tydzień czy dwa. Da mu beztroską zabawę na piasku, latanie na bosaka, słońce, radość, uśmiech. A teraz sami odpowiedzcie sobie na pytanie czy dziecko w podróży jest umęczone czy szczęśliwe? I najlepiej przetestujecie na swoim 🙂