Poranek. Poniedziałek, środa, a może piątek. Budzi mnie pojękiwanie Jagody, płacz lub głośne „Mamo!”. Trochę połamana, trochę nieprzytomna, bo nad ranem do naszego łóżka wcisnął się Maks i jak zawsze dostałam parę razy stopą w głowę, lecę sprawdzić czy królewna się wyspała. Jeszcze jest spokojnie. Potem już tylko poranny szał. Obudzić Maksa, który nie chce wstać. „Maks, wstawaj”. Śniadanie dla Jagódki. Wyląduje na ubraniu, na podłodze czy tam, gdzie powinno? „Maks wstawaj!”, „Jagoda nie wychodź z krzesełka”. Gdzie moje rzeczy? Co jeszcze spakować? Gdzie ładowarka? „Jagódku, nie zrzucaj tej łyżki po raz 30sty!”, „Maks wstawaj, bo nie zdążymy”. Owsianka albo granola z pudełka – będzie szybciej. Śniadanie dla Maksa. Przebrać i przewinąć Jagodę. O nie, jest i ciężki ładunek. Przewinąć, umyć, ubrać. Na szczęście jeszcze nie protestuje, w co. Na drugim froncie skarpetki nie te i koszulka również zła. Prysznic, ubrać się, „gdzie moja szara bluzka?”. Szukanie książki z przedszkola. Szukanie zatyczki od butelki Jagody. Ktoś dzwoni, już tak późno. Spóźnię się na spotkanie. Ale korki! Jagódku nie płacz, już zaraz dojedziemy. Maks biegniemy! Jagódko już jedziemy. O cholera, zapomniałam z domu kurtki!!!! „Przepraszam spóźnię się chwilę!”…

 

Weekend. Luz. Nigdzie się nie śpieszymy… przecież umówiliśmy się ze znajomymi dopiero o 11.00. Na ulubione śniadanie. Dzieciaki się pobawią, my pogadamy. Zjemy w domu tylko coś małego. „Głodny jesteś Maks?” „Oki, już jemy! Zrobię coś jeszcze dla Jagódki”. I znów kołowrotek jak w tygodniu. Jedzenie na stole, krzesełku, podłodze i ścianach. Szukanie, przewijanie, „Bo ona nie może dotykać moich kart”. Pisk, wrzask. Budzę Łukasza. Na spotkanie ze znajomymi wychodzimy spóźnieni. Jak zawsze. Restauracja. Uwielbiam to miejsce. „Ciszej Maksiu”, „Jagódku nie idź tam!”, „Co chcesz zjeść?” „Ale przecież chciałeś jajecznicę!” „Dobrze, weźmiemy też „pankejki””. „Nie tak głośno”, „Bawcie się ładnie”…

 

Kto tego nie zna??? 🙂 Dzieci są cudowne, wspaniałe i kochane, ale jak nikt inny potrafią sprawić, że o 9.00 rano jesteś zmęczony jak po 8 godzinach pracy. To dzięki nim czasem do pracy wychodzisz spocony jak po maratonie i z masą tobołków jak podczas przeprowadzki. To one sprawiają, że w weekend uśmiechasz się szeroko, jesteś dumy, rozczulasz się, gdy tak pięknie się bawią, uczą nowych rzeczy, przytulają siostrę, mówią takie mądre rzeczy. Ale to też one potrafią jęczeć od rana, pomimo, że przecież zaplanowałaś wszystko to, co lubią. To one potrafią 15 razy zmienić zdanie co do skarpetek, bluzki i rozpętać wojnę o nie takie spodnie. Biją się z bratem, krzyczą, rozrzucają zabawki, zrzucają jedzenie ze stołu, a Ty podpierasz się nosem, by sprzątnąć jedno, chociaż wiesz, że to syzyfowa praca .. prawda? 🙂

 

Po 40 dniach w podróży z dzieciakami, wiedzieliśmy jedno: czas chociaż chwilę od nich odpocząć!!! Odesłać do dziadków. Rozkoszować się ciszą, czasem dla siebie, czasem we dwoje. Iść do restauracji ze znajomymi i skupić się na nich, na jedzeniu, na rozmowie, a nie na ganianiu uciekającego malucha/ noszeniu marudzącego malucha / karmieniu / rozsądzaniu sporów / łapaniu jedzenia spadającego na podłogę. Wsiąść do samochodu w 1 minutę, bez wózka, fotelików, torby z pieluchami, chusteczkami i ubraniem na zmianę. Albo pojechać Uberem, bo nikt Ci nie powie, że z dziećmi nie zabieram. Z restauracji pójść na deser albo na drinka. Nie patrzeć na zegarek. Wrócić kiedy chcesz. Jeść kolację na mieście lub nie jeść jej wcale. Paść w ubraniach na łóżko. Wstać wcześnie, bo masz ochotę. Wstać późno, bo masz ochotę. Poczytać książkę lub pogapić się w telefon, którego nikt nie chce Ci zabrać. Pójść do pracy tylko z własną torbą i komputerem. Nie spóźnić się. Iść na kawę. Z koleżanką lub z samą sobą. Pogadać na lunchu. Iść spontanicznie na kolację we dwoje bez kontrolowania zegarka, bo zaraz musisz już wracać. Wyspać się bez pobudek. Siedzieć do nocy, bo nie musisz przecież wstać do dzieci.

 

Jest masa rzeczy, które uwielbiam w czasie bez dzieci. Jest masa rzeczy, które uwielbiam w czasie z nimi. Ale ten odpoczynek, czas dla nas (nie tylko w pracy;)) jest po prostu potrzebny. By docenić i jedno, i drugie. By docenić czas z dziećmi, by docenić czas dla siebie, docenić czas we dwoje. Może są rodzice, którzy przez 3 czy 5 lat nigdzie nie wychodzą, nie wyjeżdżają bez dzieci. Może są tacy, którzy wcale nie mają takiej potrzeby. Ja takich nie znam 🙂 Znam za to masę tych, co kochają swoje dzieciaki najbardziej na świecie, ale nie wstydzą się powiedzieć, że lubią też czas bez nich. Ja lubię! 🙂