Wiecie już, że na ostatni, tygodniowy wyjazd do Tajlandii ruszyliśmy w niepełnym składzie. Z Jagodą, ale bez Maksa. Coś nowego. Coś innego. Po raz pierwszy ruszyliśmy gdzieś daleko, w egzotyczną podróż bez niego. Po raz pierwszy odkąd mamy dwoje dzieci, ruszyliśmy tylko z jednym na dłużej niż 2-3 dni. Pytań: dlaczego, ale jak to i jak było padło mnóstwo!

Dlaczego? Sprawa jest całkiem prosta. To Maks zdecydował, że zostanie. Tym razem z podróżami wygrała piłka nożna i treningi 2 razy w tygodniu i koledzy. Nie wiedziałam, że to zaczyna się tak wcześnie, ale jak widać – tak. Mam nadzieję, że na dłuższe podróże jeszcze będzie chciał jeździć z nami 🙂

Jak było? Inaczej. Spokojniej. Mniej męcząco niż z dwójką. Pomimo, że Maks jest samoobsługowy, gdy są we dwoje, zawsze dochodzi pisk i rumor. Maks postaw ją, Maks nie noś jej tak, Maks uważaj, zaraz spadnie! Jagódko, nie zabieraj Maksiowi kredek. Jagoda, zostaw, nie lubię Cię Jagódko – to moje Lego, itd. Wyjazd z dowolnym jednym dzieckiem, gdy masz ich dwoje to relaks. Potwierdzi to każdy rodzic dwójki i uśmiechnie się pod nosem słuchają tych, co narzekają na trudy podróży z jednym. Jak ze wszystkim – punkt odniesienia. To on jest kluczowy.

 

Na wyjeździe z Jagodą, a bez Maksa odkryłam jednak coś innego. Deja vu. Znów jesteśmy z jednym małym dzieckiem w samolocie. Znów ktoś stawia pierwsze, niepewne kroki, raczkuje albo trzeba go ponosić. Trzeba uważać, by nie nadepnęła jej stewardessa i zabrać ze sobą niezbędny zestaw pieluchy, krem, chusteczki. Znów dobrze wziąć body na zmianę, bo przecież wszyscy wiemy, że największe dziecięce katastrofy zdarzają się w najmniej oczekiwanych momentach.Znów ktoś wisi na piersi podczas startu i lądowania albo jeszcze częściej. Rozrzuca chusteczki. Zabiera łyżki. Bawi się wszystkim, co do zabawy się nie nadaje. Mniej lub bardziej świadomie wiele momentów w Bangkoku czy potem na wyspie porównywałam. A pamiętasz, gdy pierwszy raz przylecieliśmy z Maksem? Pamiętasz, jak miał jet lag i nie mógł spać? I jak mu smakowały sataye z kurczaka w restauracji przy hotelu albo ryż smażony z kurczakiem w Chinatown? Pamiętasz śniadania, gdy miał 1,5 roku i mówił, że chce „ajbuza” i „kejetki”? Pamiętasz, jaką miał minę, gdy to on pierwszy raz spróbował wody z kokosa? Gdy jeździliśmy z Jagodą tuk tukiem po zatłoczonych ulicach Bangkoku, widziałam Maksa. Najpierw tego 1,5 rocznego, którego denerwował nadmierny wiatr i musieliśmy przesiąść się na mniej lubiane taksówki. Potem tego starszego o rok czy dwa, który w tuk tukach się zakochał i czasem wsiadaliśmy ot tak, by pojeździć po mieście. Widziałam jak się cieszył czymś tak błahym, co dla wielu dorosłych jest po prostu niezbędnym środkiem transportu. Gdy szłam w wózkiem ulicami Chinatown, wspominałam się jak oparzył się o wielki gar w jakiejś ulicznej jadłodajni albo jak uwielbiał salę zabaw w restauracji, do której teraz nawet nie poszliśmy, a byliśmy tam co roku (Jagoda była na nią jeszcze za mała). Widziałam Maksa z jego rudym kotem, który objechał co najmniej kilka azjatyckich krajów i słyszałam, jak w Kambodży płacze za ulubioną przytulanką, bo wziął tylko 2, a nie 3. Pamiętam, co lubił kupować w 7eleven i jak co wieczór wybieraliśmy ulubione kakao. Na ostatnich wyjazdach nie było już ani kota (został w domu i nikt za nim nie tęsknił), nie było kakao z 7 eleven. Śmiesznych kołysek, które wypożyczaliśmy gdzieś w hotelu w Sukhothai. Tej radości z pierwszych kąpieli w gorącym morzu. Tego zdziwienia biegającymi po drzewach małpkami… Mogłabym wymieniać jeszcze długo.

 

Wyjazd z Jagodą uświadomił, że te wszystkie chwile z Maksem już za mną. Już za nami. Już nigdy nie będzie tak cieszył się na tuk tuka jak wtedy, gdy miał 3 lata, nie będzie ciągnął wszędzie ukochanej Przytulanki, nie będzie biegał w poszukiwaniu posągów buddy jak w Birmie, gdy miał 4 lata. I wiecie co? Trochę mi żal. Bycie razem z Jagodą w miejscach, w których byliśmy z małym Maksem jak nic innego wcześniej uświadomiło mi, jak czas ucieka. Jak szybko nasze maluszki przestają być maluszkami. Mają swoje sprawy, kolegów, swoje pasje. Moja mama powiedziała jak wróciliśmy: wiesz, byłam nawet zdziwiona, ale Maks wcale bardzo nie tęsknił, był w bardzo dobrym humorze! Bardzo mnie to cieszy, ale to kolejny znak – końca pewnej epoki. Do pewnych sytuacji nie będzie powrotu – czy to w domu, w codziennym życiu, czy to w podróży. Podróże z 6-latkiem czy 8-latkiem  już nigdy nie będą takie jak z 2-3 latkiem. Będą często wygodniejsze, łatwiejsze, z czasem dla nas, ale zabraknie w nich tych wszystkich uroczych sytuacji, min, tekstów i słów, które są nieodłączną częścią małego dziecka i tylko jego. I tego trochę mi żal.

 

I chociaż czasem mam dość kolejnej pieluchy  Jagody, bardzo często mam dość jej nocnych pobudek i wiszenia na cycku częściej teraz niż jak miała 3 miesiące, mam dość zbierania resztek jedzenia z podłogi, szafek i całej okolicy (niech żyje BLW), odkurzania nosa, gdy ma katar, chciałabym wyjechać gdzieś tylko we dwoje, chciałabym wyjść gdzieś i nie patrzeć na zegarek, to wiem, że czas z nią taką jaka jest teraz… z kilkoma ząbkami, najsłodszym uśmiechem i miękką główną pokrytą delikatnym puszkiem to czas, który zaraz się skończy. Ten czas z bobasem, który stawia niepewne kroki i przewraca się na pupę, który rękoma wyjada borówki i mlaszcze na widok jajecznicy, który tak śmiesznie dmucha, gdy stawiam gorącą zupę. Gaworzy po swojemu i nie chce oddać ulubionego kota ze żłobka. Ten czas minie. Nim się obejrzę. Nim zdążę się nacieszyć. I znów może będzie mi trochę żal?

 

Dlatego zapominam. O zmęczeniu, o tym, że znów się nie wyspałam, że znów wszystko rozsypane na podłodze, że znów tu okruchy, tam zabawki, nie wytarty stół, znów przerwałam pisanie posta 15 razy (pomimo, że już był prawie gotowy), bo albo pisk albo Mamo, że znów zaraz posprzątam, a po 5 minutach znów będzie bałagan, że znów ktoś położył obgryzione biszkopty na stoliku, że nie wyśpię się w nocy. To mija. Bardzo szybko.