Wyluzuj wreszcie Mamo….

12.10.2017
6

Kategorie: Bez kategorii | Tagi: być mamą, dzieci, macierzyństwo, mama, radość z macierzyństwa
macierzyństwo, mama, być mamą,

Czy zjadł wystarczająco dużo? A może karmię go za rzadko? Czy się najada? A może płacze, bo głodny? A może coś mu zaszkodziło? Niepotrzebnie jadłam te pierogi… a może to czekolada?

Dlaczego tyle śpi? Dlaczego nie chce spać? Może płacze po nocach, bo jest chory?  Może pójdziemy z nim do lekarza? Skąd ta czerwona kropka na brzuszku? Może ma uczulenie?

Dlaczego jeszcze nie chodzi? Dlaczego jeszcze nie siada? Czy nie powinien już raczkować? Nie chce jeść warzyw… Jest niejadkiem… Za dużo je – czy nie będzie potem gruby? Czy na pewno dobrze mu w żłobku? Czy nie je tam za mało? Czy nie je za dużo? Czy nie dają mu słodyczy i parówek? Czy ta czapka nie za cienka? Czy ten kocyk nie za gruby? Czy zjadł 3 plasterki pomidora czy tylko jeden?

Nie powinien jeść słodyczy.

Nie będzie oglądał bajek. A

Musi się kąpać codziennie.

Musi myć dokładnie zęby.

Co ze mnie za matka! Powinien jeść wartościowe posiłki, a znów zabrałam go na pizzę!

Nie powinnam kupować jej lodów – czy nie zrobiła się ostatnio bardziej pulchna?

Nie dałam im rękawiczek! Muszę się wrócić do domu!

Znów zamoczysz buty! Nie idź tam! Nie biegaj, bo się rozchorujesz.

Znów będzie kasłał. Na pewno. Wiem to.

 

To my. MAMY. Matki. Mamusie. Niezależnie, jakie byłyśmy kiedyś, od momentu, gdy mamy przy sobie malucha, zaczynamy martwić się kilka razy bardziej. Martwimy się, niepokoimy, spinamy, rozmyślamy. Wielokrotnie na zapas, wielokrotnie niepotrzebnie. Jesteśmy czujne – to dobrze. Ale czy nie przesadzamy? Pytamy ciągle: czy na pewno? Czy aby tak być powinno? Czy aby dobrze robię? Czy  je zdrowo? Czy nie rośnie za mało? Gdy tylko coś jest nie tak (wg nas), szukamy w Google, drążymy temat, zadręczamy się. Spinamy się, by nasze dzieci miały czyste i wyprasowane ubrania, by jadły zdrowiej niż my w ich wieku, by nie oglądały bajek, by codziennie słuchały czytanych przez nas bajek, by mieszkały w idealnie wysprzątanych pokojach z kreatywnymi zabawkami. Spinamy się, bo chcemy być dobrym pracownikiem, który nie spóźnia się do pracy, a zarazem dobrą mamą, która nie krzyczy i zawsze jest cierpliwa… nawet wtedy, gdy właśnie spóźnia się na spotkanie, a dziecko od 15 minut wiąże buty. Spinamy się, by gotować zdrowe posiłki, a okazuje się czasem, że nasza królewna czy królewicz wcale ich nie chce jeść. Denerwujemy się, bo koszulka brudna, włosy roztrzepane, a przecież miał być piękny warkocz i za cholerę nie możemy znaleźć białej koszuli, a przecież kazali przynieść do przedszkola. Stresujemy się, bo nie zdążymy na czas do żłobka. Że się spóźnimy do przedszkola. Że znów dziecko dotrze ostatnie.

 

A może tak… byśmy trochę odpuściły? Dla naszego dobra i dla dobra naszych dzieci? By nie zwariować? By nie oszaleć? Nadal pamiętam, jak stresowałam się tym, że Maks mało je. Nadal pamiętam narzekania babć. Stres. Kombinowanie. Teraz czasem muszę mu mówić, że już za późno, że już dużo zjadł. Jest zdrowym, silnym, pełnym energii dzieckiem. Czy ma znaczenie, że kiedyś jadł mniej? Nie stresuję się nieuprasowaną koszulką i tym, że założy brudne dresy – przecież i tak za godzinę wyjdzie na dwór i będzie robił ulubione ślizgi na przedszkolnym podwórku. Zmuszam go do kąpieli, ale jak nie robi tego codziennie, odpuszczam. Olewam. Staram się nie denerwować, że właśnie zamoczył całe buty i skarpetki, wjeżdżając na hulajnodze do kałuży – czasem przecież można wrócić się do domu i zmienić na inne buty. Czasem złoszczę się o bałagan i rozsypane klocki, ale czasem staram się odpuścić (chociaż jest mi ciężko;)))… i tak zaraz znów wszystko rozsypie. Przy Jagodzie nie denerwuję się już, że dziś nie zjadła kolacji, nie denerwuje się, że właśnie rozsypała wszystkie kredki, że prawie zjadła Sudokrem, nie zastanawiam się, kiedy zacznie chodzić i dlaczego nie zrobiła tego w dzień swoich pierwszych urodzin. Nie analizuję. Nie szukam problemów. Nie przesadzam. Nie chce mi się walczyć, by spała w swoim łóżeczku całą noc. Nie śpieszę się do picia z kubeczka, jak na razie lubi pić z butelki. Nie biczuję się w myślach, gdy jest w żłobku do 17.00, bo widzę ją codziennie i wiem, że żłobek w żaden sposób nie zabrał jej uśmiechu i pogody ducha. Nie wypatruję na siłę zarazków wszędzie, gdy się zjawimy i nie zamykam się w domu, bo jesień i grasują choroby.

 

Patrzę na moje dzieci i wiem jedno: mam radosne, zdrowe, uśmiechnięte dzieci. Uczę się, by nie zamartwiać się gorszym dniem, przypadkową histerią, by kupić Mambę, nie umyciem zębów od czasu do czasu, zjedzoną czekoladką, podartymi spodniami, mokrymi butami, brudnym body, pójściem spać w ubraniu (bo właśnie zasnęli w samochodzie) czy siniakiem na głowie. Uczę się nie spinać. Nie szukać dziury w całym. Nie chcę psuć sobie macierzyństwa takimi drobnostkami. I chociaż czasem każdemu marzy się idealnie wysprzątany dom, czyste dzieci zajadające pyszny i zdrowy posiłek w idealnie wysprzątanej kuchni, to cóż – czy tak wygląda codzienne życie? 🙂 Czasem naprawdę warto położyć się razem na kanapie, oglądać bajkę, jeść pizzę i zagryzać ptasim mleczkiem. Wyluzować.  Odpuścić. Widzieć to, co dobre, a nie zamartwiać się tym, co w większości przypadków nie ma dużego znaczenia. Spróbuj!

  • Atenianka Grecja

    Super napisany post 👍😉 Choć moje maleństwa jeszcze są w szpitalu(już ponad 3 miesiące, gdyż urodziły się w 25 tygodniu…) już się stresuje wszystkim!!!

    • Ojej, to jesteś na specjalnych prawach z takimi wcześniaczkami.. mam nadzieję, że już lepiej maluchom i dały radę z pewnie ciężkim początkiem życia?

  • Czytam Waszego bloga już od dawna, a mamą jestem od niecałych 6 tygodni. I jest tak jak mówisz. Wszystkim się martwię, a najbardziej to chyba tym, że moje życie już nie wróci. Chociaż obok martwienia się robie też inne rzeczy 😉 Byliśmy już w kilku restauracjach, w centrum wirtualnej rzeczywistości (w którym niesamowicie się wyluzowalam, podczas gdy Franek spał w wózku), u znajomych na kawie, pizzy itp. Tylko, że teraz bobas ma jakąś wysypkę i oczywiście martwię się, że to moja wina, bo jadłam wszystko. Zobaczymy co powie pediatra-alergolog w poniedziałek. Najwyżej wprowadzę dietę eliminacyjną… Łatwo mi nie jest, życie zawsze miałam intensywne i nie chcę rezygnować z siebie. Chcę z maluchem robić wiele rzeczy. Ale czasem, kiedy ma wieczorną kolkę, to chce mi się płakać razem z nim. Albo kiedy nie mam zielonego pojęcia jak się bawić z 1,5 miesięcznym bobasem, a on wyraźnie czegoś ode mnie oczekuje.

    Planujemy też wycieczkę do Stanów jak będzie miał ok. 6 miesięcy. Nie mam jeszcze pojęcia jak to ogarniemy. Na razie dowiedziałam się gdzie można zrobić dziecku nietrzymającemu główki zdjęcie do paszportu. Wtedy kolek już nie będzie (teraz są sporadyczne) i pewnie ogólnie jakoś prościej… Miejmy nadzieję 🙂

    Pozdrawiam serdecznie i przepraszam, że się rozpisałam,

    • Hey 🙂 przepraszam, że nie odpisałam wcześniej, ale w niedzielę wylatywaliśmy do Bangkoku i miałam mnóstwo na głowie… mam nadzieję, że wysypka zniknęła 🙂 co lekarz Ci powiedział? A Wy razem z Tatą dziecka macie jakieś alergie? Chyba wtedy głównie pojawiają się wysypki z powodu jakiegoś pokarmu (w każdym razie tak wynika z moich obserwacji znajomych)…
      Na pewno dasz radę 🙂 pierwsze 6 tygodni chyba jest najgorsze – w sumie to jeszcze połóg – z dnia na dzień na pewno będzie lepiej 🙂 I myślę, że nie ma się co przejmować zabawami z tym 1,5 miesięcznym człowieczkiem 🙂 Najlepiej go angażować w to, co Ty robisz, opowiadać, pokazywać 🙂 ja się tego trzymałam przy bobasach i jakoś tak raźniej było 😉 a półroczniak w Stanach powinien bez problemu dać radę 🙂

  • Beata Dąbrowska

    Prawda, prawda, prawda! Mam te same przemyślenia ale powiedz, kiedy do tego doszłaś? Ile lat miał Maks jak wyluzowałaś? 🙂 To jest takie trudne przy pierwszym dziecku. Ja zaczęłam luzować niedawno a moje dzieci mają już 4 lata. Gdybym teraz miała kolejne wielu błędów bym nie popełniła. W swoim otoczeniu widzę też zupełnie inny trend – pozwalania dziecku na wszystko – jedzenie po umyciu zębów, nie mycie się przez kilka dni bo nie ma nastroju, jedzenie tylko przed tv i zawsze tego samego (czy to kiełbasa, banany czy brokuły – jedno nie jest dobre na dłuższy czas), czy wchodzenie sobie na głowę i głosne tupanie. Wszystko dlatego, że mama cały dzien w pracy a po pracy musi ogarnąć rzeczywistość i jak w tych warunkach jeszcze czegoś wymagać od dziecka???? Wyrzut sumienia jest tak wielki, że należałoby brać na to proszki. No i słowo „dyscyplina” jest dziś odbierane jak „tortury” albo „znęcanie” a nie jak „dobre zwyczaje”. I ten internet… kopalnia wiedzy wszelakiej, która kładzie nam do głów tak dużą ilość ideałów nie do spełnienia, że przyprawia o bezsenność. Matka = troska. Koniec kropka… takie życie 🙂

    • Ja chyba dość szybko doszłam do tego wyluzowania, bo z Maksem też postępowaliśmy w sposób nie do końca popularny, czyli np. ciąganie dziecka po świecie / po mieście, zamiast spanie w swoim łóżku o normalnej porze 😉 restauracje, nie prasowanie, luz, jeśli zaśnie w samochodzie… masz rację przeginanie w drugą stronę też jest słabe 🙁 u nas np. w ogóle nie ma w domu telewizora i cieszę się z tego, bo wiem, że inaczej łatwo byłoby włączyć bajkę, bo rano się śpieszę, a bo wieczorem padam na twarz.. nie ma to nie ma. Bajkę może pooglądać na telefonie, ale to już jakoś łatwiej reglamentować niż TV 😉