Czy zjadł wystarczająco dużo? A może karmię go za rzadko? Czy się najada? A może płacze, bo głodny? A może coś mu zaszkodziło? Niepotrzebnie jadłam te pierogi… a może to czekolada?

Dlaczego tyle śpi? Dlaczego nie chce spać? Może płacze po nocach, bo jest chory?  Może pójdziemy z nim do lekarza? Skąd ta czerwona kropka na brzuszku? Może ma uczulenie?

Dlaczego jeszcze nie chodzi? Dlaczego jeszcze nie siada? Czy nie powinien już raczkować? Nie chce jeść warzyw… Jest niejadkiem… Za dużo je – czy nie będzie potem gruby? Czy na pewno dobrze mu w żłobku? Czy nie je tam za mało? Czy nie je za dużo? Czy nie dają mu słodyczy i parówek? Czy ta czapka nie za cienka? Czy ten kocyk nie za gruby? Czy zjadł 3 plasterki pomidora czy tylko jeden?

Nie powinien jeść słodyczy.

Nie będzie oglądał bajek. A

Musi się kąpać codziennie.

Musi myć dokładnie zęby.

Co ze mnie za matka! Powinien jeść wartościowe posiłki, a znów zabrałam go na pizzę!

Nie powinnam kupować jej lodów – czy nie zrobiła się ostatnio bardziej pulchna?

Nie dałam im rękawiczek! Muszę się wrócić do domu!

Znów zamoczysz buty! Nie idź tam! Nie biegaj, bo się rozchorujesz.

Znów będzie kasłał. Na pewno. Wiem to.

 

To my. MAMY. Matki. Mamusie. Niezależnie, jakie byłyśmy kiedyś, od momentu, gdy mamy przy sobie malucha, zaczynamy martwić się kilka razy bardziej. Martwimy się, niepokoimy, spinamy, rozmyślamy. Wielokrotnie na zapas, wielokrotnie niepotrzebnie. Jesteśmy czujne – to dobrze. Ale czy nie przesadzamy? Pytamy ciągle: czy na pewno? Czy aby tak być powinno? Czy aby dobrze robię? Czy  je zdrowo? Czy nie rośnie za mało? Gdy tylko coś jest nie tak (wg nas), szukamy w Google, drążymy temat, zadręczamy się. Spinamy się, by nasze dzieci miały czyste i wyprasowane ubrania, by jadły zdrowiej niż my w ich wieku, by nie oglądały bajek, by codziennie słuchały czytanych przez nas bajek, by mieszkały w idealnie wysprzątanych pokojach z kreatywnymi zabawkami. Spinamy się, bo chcemy być dobrym pracownikiem, który nie spóźnia się do pracy, a zarazem dobrą mamą, która nie krzyczy i zawsze jest cierpliwa… nawet wtedy, gdy właśnie spóźnia się na spotkanie, a dziecko od 15 minut wiąże buty. Spinamy się, by gotować zdrowe posiłki, a okazuje się czasem, że nasza królewna czy królewicz wcale ich nie chce jeść. Denerwujemy się, bo koszulka brudna, włosy roztrzepane, a przecież miał być piękny warkocz i za cholerę nie możemy znaleźć białej koszuli, a przecież kazali przynieść do przedszkola. Stresujemy się, bo nie zdążymy na czas do żłobka. Że się spóźnimy do przedszkola. Że znów dziecko dotrze ostatnie.

 

A może tak… byśmy trochę odpuściły? Dla naszego dobra i dla dobra naszych dzieci? By nie zwariować? By nie oszaleć? Nadal pamiętam, jak stresowałam się tym, że Maks mało je. Nadal pamiętam narzekania babć. Stres. Kombinowanie. Teraz czasem muszę mu mówić, że już za późno, że już dużo zjadł. Jest zdrowym, silnym, pełnym energii dzieckiem. Czy ma znaczenie, że kiedyś jadł mniej? Nie stresuję się nieuprasowaną koszulką i tym, że założy brudne dresy – przecież i tak za godzinę wyjdzie na dwór i będzie robił ulubione ślizgi na przedszkolnym podwórku. Zmuszam go do kąpieli, ale jak nie robi tego codziennie, odpuszczam. Olewam. Staram się nie denerwować, że właśnie zamoczył całe buty i skarpetki, wjeżdżając na hulajnodze do kałuży – czasem przecież można wrócić się do domu i zmienić na inne buty. Czasem złoszczę się o bałagan i rozsypane klocki, ale czasem staram się odpuścić (chociaż jest mi ciężko;)))… i tak zaraz znów wszystko rozsypie. Przy Jagodzie nie denerwuję się już, że dziś nie zjadła kolacji, nie denerwuje się, że właśnie rozsypała wszystkie kredki, że prawie zjadła Sudokrem, nie zastanawiam się, kiedy zacznie chodzić i dlaczego nie zrobiła tego w dzień swoich pierwszych urodzin. Nie analizuję. Nie szukam problemów. Nie przesadzam. Nie chce mi się walczyć, by spała w swoim łóżeczku całą noc. Nie śpieszę się do picia z kubeczka, jak na razie lubi pić z butelki. Nie biczuję się w myślach, gdy jest w żłobku do 17.00, bo widzę ją codziennie i wiem, że żłobek w żaden sposób nie zabrał jej uśmiechu i pogody ducha. Nie wypatruję na siłę zarazków wszędzie, gdy się zjawimy i nie zamykam się w domu, bo jesień i grasują choroby.

 

Patrzę na moje dzieci i wiem jedno: mam radosne, zdrowe, uśmiechnięte dzieci. Uczę się, by nie zamartwiać się gorszym dniem, przypadkową histerią, by kupić Mambę, nie umyciem zębów od czasu do czasu, zjedzoną czekoladką, podartymi spodniami, mokrymi butami, brudnym body, pójściem spać w ubraniu (bo właśnie zasnęli w samochodzie) czy siniakiem na głowie. Uczę się nie spinać. Nie szukać dziury w całym. Nie chcę psuć sobie macierzyństwa takimi drobnostkami. I chociaż czasem każdemu marzy się idealnie wysprzątany dom, czyste dzieci zajadające pyszny i zdrowy posiłek w idealnie wysprzątanej kuchni, to cóż – czy tak wygląda codzienne życie? 🙂 Czasem naprawdę warto położyć się razem na kanapie, oglądać bajkę, jeść pizzę i zagryzać ptasim mleczkiem. Wyluzować.  Odpuścić. Widzieć to, co dobre, a nie zamartwiać się tym, co w większości przypadków nie ma dużego znaczenia. Spróbuj!